Antologia — Deszcze niespokojne


Чтобы посмотреть этот PDF файл с форматированием и разметкой, скачайте его и откройте на своем компьютере.
marynarzami. ChciaBby pan powiedzie, |e na morzu mam siedzie w kajucie, a pan dowiezie mnie
na miejsce, i |e tutaj dowodzi kapitan albo pan w jego imieniu. Myli si pan. Tu chodzi o
ostateczne zwycistwo. Te romantyczne bzdury o morskim obyczaju nie maj zastosowania.
Zbli|yB twarz do twarzy Reinhardta i wlepiB w niego bladoniebieski, obBkany wzrok. Pierwszy
patrzyB spokojnie, a nawet pogodnie, i raptem zaczB si u[miecha. Lekko i niewinnie, ale za to
coraz szerzej.
Sternik nieraz odwiedzaB w towarzystwie Reinhardta rozmaite knajpy od Marsylii po GdaDsk i
doskonale wiedziaB, co to znaczy. ChwyciB oficera za rami i unieruchomiB mu rk.
 Panie pierwszy, pan usidzie  powiedziaB, odgradzajc go od Wiesmanna.
 Nie wynurzy si pan  oznajmiB Wiesmann.  Natomiast wyznaczy pan kurs do tego
miejsca.  PodaB mu kartk z zakodowanymi wspBrzdnymi, ktre mo|na znalez tylko na
mapach Dowdztwa Okrtw Podwodnych.
*
 Po pierwsze, byBa tylko jedna eksplozja  mwiB Reinhardt, niemal nie otwierajc ust.
Oparty o mapy na stole nakresowym uwa|nie przesuwaB liniaB.  Nie byBo serii bomb, tylko
pojedyncza eksplozja, po ktrej dziesiciotysicznik zatonB w cigu piciu minut.
 Statek idcy pod szwedzk bander  powiedziaB Drugi, gryzc jabBko.
 Mniejsza o bander. Stary okrzyknB alarm i natychmiast poszli[my pod wod. A Oxfolt 
milczaB. Przecie| tam byBa caBa wystawa techniki przeciwlotniczej. Daleki horyzont obserwacji,
radiolokatory, namierniki i nie zauwa|yli samolotu? Nie byBo namiaru radiolokacyjnego, nie byBo
sBycha silnika, |adnej strzelaniny. A pB minuty pzniej trafienie. Do tego patrzyBem na naszych
go[ci. {adnej paniki. Alarmowe zanurzenie w momencie, kiedy wchodz na pokBad, i nadepnB
mi pan na nog . A statek tonB kilka minut. Tak id na dno tylko niszczyciele. I to o ile pByn peBn
par i dostan torped w dzib. Owszem. Ale nie frachtowiec stojcy w dryfie. Przecie| to jest
wanna.
 Co pan sugeruje?
 {e Oxfolt  zostaB wysadzony w powietrze. ZnalazB drugi namiar i zrobiB malutki krzy|yk
oBwkiem, po czym wyznaczyB kurs.
 I dokd pByniemy?
 Donikd. KawaBek. Dwie[cie mil na pBnoc od Islandii. W miejsce, w ktrym nie ma
kompletnie nic.
 Powinien pan zBo|y raport. Tak czy inaczej. Dnitz nie przepada za Abwehr.
Reinhardt przygryzB tylko cybuch pustej fajki i pokrciB gBow.
 Stary pokazaB mi papiery. To s rozkazy z Kancelarii Rzeszy, panie Wichtelmann, a nie
|adna Abwehra. I niech pan zgadnie, kto je podpisaB. Ta banda bBaznw dostaBa okrt w prezencie.
Je|eli ka| panu wsadzi sobie strusie pira w zadek i taDczy na stole nawigacyjnym albo
wystrzeli si z torped, bd mgB tylko rozBo|y rce. Sternik! Kurs sto osiemdziesit! Za
dwadzie[cia minut wyj[ na peryskopow.
*
Przed zamknit grodzi przedziaBu dziobowego staB wartownik. Jeden z czterech blondynw,
ktrych zaczto uwa|a ju| za czworaczki. StaB w rozkroku w swoim czarnym mundurze, z MP40
przewieszonym przez pier[ i w bByszczcym, pokrytym chromem heBmie, w ktrym wygldaB jak
stra|ak. StaB i patrzyB przed siebie przymru|onymi oczami, zupeBnie jakby pilnowaB Reichstagu.
Natknwszy si na niego po raz pierwszy, Reinhardt zbaraniaB. Jedyn sztuk broni osobistej na
pokBadzie byB do tej pory pistolet zamknity w szafce dowdcy. Nawet nie chciaBo mu si
wyobra|a sobie skutkw, jakie miaBoby strzelanie wewntrz okrtu z szybkostrzelnej armaty
wiszcej na piersi wartownika.
 Poza tym grodzie musz by otwarte  tBumaczyB Wiesmannowi delikatnie, takim tonem,
jakim rozmawia si z wariatem.  Chodzi o przepByw powietrza. To jest okrt podwodny. Nie
mo|na otworzy okien. W razie alarmu musi by dostp do sekcji dziobowej. Do tego tam jest
druga toaleta i umywalnia. Nie mo|ecie jej tak po prostu zablokowa.
 Zgoda, panie
Oberleutnant.
Drzwi bd otwarte, a wartownik bdzie staB wewntrz
przedziaBu. Ale niech zaBoga nie wchodzi tam bez potrzeby. Prosz mi powiedzie,
Herr
Reinhardt,
to jest imi czy nazwisko?
 W moim przypadku nazwisko. Nazywam si Udo Reinhardt.
 Bardzo ciekawe & Skoro ju| o tym mwimy, pani Ewa skar|yBa si na marynarzy.
Reinhardt unisB brwi.
 Tak?
 Chodzi o atmosfer & Szczerze mwic, ja te| spodziewaBem si, |e jest tutaj wicej
|oBnierskiej postawy. Wicej patriotyzmu. Tymczasem marynarze rozmawiaj wyBcznie o
jedzeniu i o & spBkowaniu. I te wulgarne |arty & {oBnierze aryjscy nie powinni si tak
zachowywa. Nie wida w nich poczucia misji. No i ten brak higieny. Czy tak wygldaj Niemcy?
 SpodziewaB si pan bBdnych rycerzy, Wiesmann? Mo|e psalmw? A mo|e pelargonii w
luku torpedowym i gipsowego krasnala na pomo[cie?  Reinhardt poczuB, |e chce std wyj[.
Chocia|by na kiosk. A najlepiej wysi[.  To po prostu marynarze. I to marynarze floty
podwodnej. Od chwili wyj[cia z portu wszyscy na nich poluj. Mo|e ich zabi najgBupsza awaria.
Wikszo[ okrtw nie wraca ju| z pierwszego rejsu. A dla tego okrtu to jest pierwszy rejs i oni
dobrze o tym wiedz. W tej chwili w caBej flocie jest mo|e ze stu ludzi, ktrzy prze|yli na
U Boatach
dBu|ej ni| trzy lata.
 A jednak &
 A jednak  powtrzyB Reinhardt z naciskiem  Wiesmann, to s mBodzi chBopcy.
Wikszo[ nie ma jeszcze osiemnastu lat. A paDska przyjaciBka wcale miBo spdza czas tam w
dziobie. Aatwo zauwa|y, |e jest [piewaczk, bo sBycha j a| w maszynowni. Jak panu si zdaje,
jaki to mo|e mie wpByw na morale czterdziestu mBodych m|czyzn, ktrzy od tygodni nie
widzieli kobiety?
Wiesmann zrobiB si purpurowy na twarzy.
 Ja sobie wypraszam &!
 A wypraszaj pan sobie  warknB Reinhardt.  Ale nie zawracaj mi pan gBowy bzdurami!
*
Kolejnego dnia rejsu go[cie rozpanoszyli si po caBym statku. Ewa Loewengang z wBasnej
inicjatywy postanowiBa poprawi morale zaBogi i umilaBa im czas, [piewajc wybrane arie z
Wagnera przez radiowzeB. Wiesmann i Vordinger siedzieli w centrali, co gorsza, w towarzystwie
Starego.
To chyba nastpiBo wBa[nie wtedy.
Potem wielokrotnie Reinhardt usiBowaB sobie u[wiadomi, kiedy [wiat oszalaB. Schwyta ten
moment, kiedy rejs zamieniB si w koszmar wariata. Gdy tamci weszli na pokBad? Pzniej?
Ale to chyba byBa ta chwila, kiedy zaczli rzuca ko[ci wr|ebne na stole nakresowym w
centrali.
Zrazu my[laB, |e to jaka[ gra. Co[ w rodzaju mah jonga. Rozsypali po mapach gar[ pBaskich,
rzecznych otoczakw z wymalowanymi zygzakowatymi znaczkami. OtworzyB ju| usta, by
poprosi ich o przeniesienie si z tym do mesy, to jednak jest pomost bojowy okrtu podwodnego,
panowie . Ale usByszaB nieprzytomne: raidho & mannaz & jera & w domu Asgardhu & .
 Skuld  odpowiedziaB na to Vordinger.  Kenaz & Perthro. Tak. PrzyszBo[ jest jasna.
Zamierzenia oczywiste.  SpojrzaB na Reinhardta i wskazaB palcem przypadkowy punkt na mapie.
 Tu. Kiedy tu mo|emy by?
 Za godzin, podejrzewam  powiedziaB Pierwszy.
 Niech pan ka|e tam wynurzy.
Reinhardt spojrzaB przecigle na kapitana.
 SByszaB pan, Reinhardt  warknB Stary.
 Prosz uprzejmie  powiedziaB Reinhardt.  WedBug rozkazu.
*
W rzeczywisto[ci znalezli si w tym punkcie prawie dwie godziny pzniej. Reinhardt kazaB
wystawi najpierw peryskop, wreszcie wynurzyB kiosk i z ulg wyszedB na pomost, rozpalajc
fajk ju| na schodkach zej[ciwki.
Obaj dziwni pasa|erowie rwnie| wyszli na pomost. Bez ceregieli, nie uprzedzajc nikogo,
zupeBnie jak na balkon u cioci.
Ocean byB caBkiem spokojny i nad wod nisko wisiaBa gsta mgBa, wic nie trzeba byBo obawia
si samolotw. Reinhardt, oparty o przedni falochron, caBkowicie po[wiciB si rozkoszom palenia
fajki. Pasma i smugi mgBy snuBy si nad wod, dzib rozcinaB niewielkie fale. Nagle Reinhardt,
zmarszczywszy brwi, unisB lornetk do oczu. ZesztywniaB caBy, a [ciskana w zbach fajka lekko
obwisBa.
WpBywali na morze trupw.
Najpierw byBy to pojedyncze sylwetki koByszce si w kamizelkach ratunkowych jak spBawiki
albo makabryczne boje. Ludzie bez rk albo tylko bez palcw, o twarzach czarnych od poparzeD i
zakrzepBej krwi, czasem wydziobanych do goBej czaszki przez mewy. Kamizelki byBy
staro[wieckie, z kostek korka zaszytych w |Btym brezencie, takie jakie zdarzaBy si ju| tylko na
transportowcach. Wida je byBo z obydwu burt jak okiem sign. KoBysaBy si na falach. Tu| pod
wod przy ka|dym nieboszczyku kBbiBy si maBe Bawice ryb.
Reinhardt przygryzB fajk i miaB ju| nakaza zanurzenie, ale spojrzaB tylko na obydwu
jegomo[ciw na pomo[cie, ktrzy u[miechali si rado[nie, i daB spokj. Vordinger wyjB z kieszeni
pBaszcza maBy aparat fotograficzny i robiB zdjcia topielcom.
Skd ich tylu?  pomy[laB rozpaczliwie oficer. Przecie| Tomki przeszukuj caBy sektor, kiedy
tylko strac statek. Za ka|dym konwojem id statki ratownicze. Maj samoloty poszukiwawcze.
Skd ci nieszcz[nicy si wzili?
Zza kolejnej fali wynurzyBo si co[, co wygldaBo jak gigantyczna meduza. PBywajcy kilem do
gry kawaBek szalupy otoczony wianuszkiem rozbitkw. Na niej siedziaBo kilku, pozostali
zanurzali si do pasa w wodzie i najwyrazniej |yli.
Gdybym mgB ich zabra, pomy[laB Reinhardt. Gdyby to byBa cywilizowana wojna,
powinienem ich zabra i odstawi na ld. Tak to si powinno robi. To musiaBo si sta niedawno.
To musiaBo by niedawno, bo jeszcze |yj pomimo wyzibienia.
MiaB nadziej, |e jego weseli go[cie nie zobacz |ywych rozbitkw, bo gotowi za|da
karabinw maszynowych.
MyliB si. Co dziwniejsze, Wiesmann zareagowaB okrzykiem: Tam s!   zupeBnie jakby na
kogo[ czekaB.
 Reinhardt! Prosz podpByn do tych ludzi.  Vordinger wycignB rk, a potem zrobiB
rozbitkom zdjcie.  Bierzemy ich na pokBad.
 Niestety, nie mo|emy bra rozbitkw. To wyrazne rozkazy
Kommando der Unterseeboote.
 A ja panu mwi jeszcze raz, |e nie podlega pan ju| Dnitzowi, tylko
Thulegesellschaft.
I ma
pan tylko moje rozkazy. A ja mwi, wyBowi tych ludzi.
Reinhardt odpiB mikrofon interkomu, patrzc na tamtego w osBupieniu. Jego fajka zgasBa.
Rozbitkw byBo dziewiciu. Posadzono ich na a|urowym przednim pokBadzie, Reinhardt kazaB
wycign dla nich koce i gotowa gorc herbat. Nie wiedziaB, jak si zachowa. KrciB si
midzy rozbitkami, patrzyB na zapadnite twarze, wBosy posklejane rop, na usta popkane od soli
i pokryte strupami. WolaB utrzymywa si w przekonaniu, |e walczy ze statkami. Z wielkimi,
suncymi na horyzoncie lewiatanami o skrze z nitowanej blachy. Widok dygoccych rozbitkw
byB nie do zniesienia. Tak Batwo byBo podzieli ich los. Dryfowa potem po oceanie i kona powoli
dzieD po dniu, wiszc w tych sparciaBych korkach nad otchBani. Nie umiaB spojrze im w oczy.

What ship? 
zapytaB wreszcie.
Bez odpowiedzi. Patrzyli na niego tylko wielkimi, sarnimi oczami.

Millehaven Lady , sir!
 odezwaB si wreszcie ktry[ niechtnie.
 Przecie| nie mog le|e na pokBadzie  powiedziaB Reinhardt.  Musimy si zanurzy.
 PopByn w przedziale torpedowym, na samym dziobie  oznajmiB Vordinger.  Zcie[nimy
si troch i kilka dni wytrzymamy.
Dlaczego kilka dni?  pomy[laB Reinhardt. Co bdzie za kilka dni?
Otwarto luk artyleryjski i dwch blizniakw w heBmach zagoniBo rozbitkw pod pokBad.
 Jak daleko jeszcze do celu, panie Reinhardt?  zapytaB Vordinger.
 Niedaleko  powiedziaB.  O ile chodzi panu o tamte wspBrzdne na pBnoc od Islandii.
 A wie pan, kiedy bdzie jesienna rwnonoc?
 Rwnonoc? Za dwa dni.
 Wic niech pan doBo|y staraD, |eby[my zd|yli tam wcze[niej.
*
 SByszaB pan kiedykolwiek o czym[, co by si nazywaBo Towarzystwo Thule?  zapytaB
Reinhardt pBgBosem, krojc chleb. Czif pokrciB gBow.
 Kojarzy mi si to z jakim[ klubem gimnastycznym.
 Ja sByszaBem  oznajmiB drugi oficer.  Moja ciotka jest mianowicie okultystk.
Kompletnie szurnita. KupowaBa sobie broszury. Zakon Germanw, Zakon Nowych
Templariuszy,
Hammerbund
i takie tam gwna. Zdaje si, |e byBo tam co[ o tym Towarzystwie
Thule. Taka aryjska mistyka. Wotan, mity germaDskie i tak dalej. Wszdzie u niej w domu byBo
peBno tego gwna. Kto[ mi mwiB, |e Grfaz si tym specjalnie interesuje.  Zni|yB gBos do
szeptu.  To ma by nowa religia Tysicletniej Rzeszy. Pono poszczeglne ofensywy planuj
magowie i wr|ki &
 Cicho, cicho  mruknB Reinhardt.  Bo sobie pan napyta biedy. O tym to ju| wszyscy
sByszeli[my. Zreszt rzekBbym, |e to wida z geniuszu strategicznego, jaki nam si tu prezentuje.
GBo[nik zatrzeszczaB i popBynBy z niego znane ju| do obrzydzenia dzwiki Wagnera.
 Je|eli ta pByta poleci jeszcze raz, zaczn si modli o bomb gBbinow prosto w kiosk 
oznajmiB czif.
 Wszystko jest lepsze ni| [piew tej szlampy.
 Ale nie sdziBem, |e zatskni do marszw puszczanych przez Starego.
 Za dwa dni staniemy na [rodku Morza PBnocnego, na wspBrzdnych, ktre pokazali.
Ciekawe, co dalej. Wysid?
 ZaBadowali cztery gumowe Bodzie. Mo|e wysid.
 I powiosBuj na biegun?
*
 Jeste[my w miejscu, ktre pan wskazaB  powiedziaB Reinhardt.
 Doskonale. Kiedy jest rwnonoc?
 Dzisiaj.
 Zwietnie, prosz wynurzy i wyBczy motory.  Vordinger signB do swojego skrzanego
woreczka i wyjB pi kamieni, ktre uBo|yB na mapie.  Doskonale & Gdyby tylko mgB pan zda
sobie spraw z wagi sytuacji. Za chwil wygramy wojn, panie Reinhardt. PaDski okrt i my. Nie
samoloty tego grubego bBazna, nie Himmler, nie czoBgi dywizji
Grodeutschland.
Nie |adna
Wunderwaffe.
Tylko my, z niewielkim paDskim udziaBem. W tej chwili dzieje si historia.
WygldaB na podekscytowanego, gBos mu si BamaB i trzsBy rce. PoklepaB oficera po ramieniu i
wszedB do centrali. Przez radiowzeB powiedziaB co[ w zasadzie podobnego, ale jeszcze bardziej
pompatycznie. Motorzy[ci, lordowie , marynarze z centrali i artylerzy[ci zastygli w swoich
podartych podkoszulkach i niewiarygodnych swetrach, drapic si albo trzymajc w dBoni
zatBuszczone karty, i patrzyli tpo w kratki gBo[nikw. Przemow zakoDczyBo wezwanie zaBogi do
trzykrotnego
Heil!,
a potem Ewa Loewengang zaczBa [piewa.
Reinhardt miaB tak min, jakby rozbolaB go zb, i odczekaB cierpliwie niemal do koDca, zanim
przeBczyB mikrofon. To byBo najbardziej osBupiaBe
Heil!,
jakie w |yciu sByszaBem, stwierdziB w
my[lach.
 Szasowa  oznajmiB sucho.  Do wynurzenia.
 Niech nikt nie wychodzi na pomost  za|daB Wiesmann.  Tylko my, kapitan i pan.
WBaz otworzyB si z hukiem przywodzcym na my[l korek od szampana, przez okrt przebiegB
podmuch i ci[nienia wyrwnaBy si. Reinhardt wyszedB niespiesznie na pomost i zapaliB fajk.
Morze zd|yBo si troch rozhu[ta i wiaB ostry wiatr. MgBa opadBa, ale wci| byBo szaro. ZrobiBo
si wyraznie zimniej.
Stojcy w dryfie okrt wpadB w dokuczliwy boczny przechyB, a potem zaczB odwraca si do
wiatru. Fale BomotaBy o kiosk i BamaBy si z hukiem na dolnym pokBadzie.
Stary milczaB, a Reinhardt rwnie| nie czuB si w obowizku podtrzymywa rozmow. PostawiB
tylko koBnierz kurtki i wcisnB gBbiej czapk, |eby wiatr jej nie zabraB.
OtworzyB si wBaz zaBadunkowy i na dolny pokBad wyszBo najpierw dwch blizniakw w swoich
l[nicych nocnikach na gBowie i w dBugich, skrzanych pBaszczach. Za nimi wyprowadzono trzech
rozbitkw. Reinhardt chwyciB kurczowo za falochron i patrzyB szeroko otwartymi oczami, jak z
wBazu wychodz Wiesmann i Vordinger, obaj owinici kosmatymi futrami, w jakich[ kretyDskich
operetkowych strojach, heBmach z krtymi, imponujcymi rogami. Za nimi wygramoliBa si Ewa,
ubrana rwnie idiotycznie, w futro spite na ramionach i pancerz zaopatrzony w zBote, bByszczce,
ozdobione swastykami miseczki, ktre kryBy imponujce piersi. Jej heBm wieDczyBy rozBo|one
skrzydBa, przez co wygldaBa, jakby kaczka usiBowaBa usi[ jej na gBowie. PotknBa si na
rozkoBysanym pokBadzie i przytrzymaBa ociekajcego wod relingu. Za Ew pojawiBy si
chromowane heBmy pozostaBych blizniakw, jak pokryte l[nic ple[ni grzyby.
Reinhardt pyknB z fajki i za[miaB si cichutko przez zby. SpojrzaB jednak na bosych,
obdartych, trzscych si na kracie pokBadu marynarzy i przestaBo mu by do [miechu.
Nie podobaB mu si sposb, w jaki ich ustawiono  [lizgajcych si na pokBadzie i czepiajcych
siebie nawzajem. Ani ten, w jakim stanBy czworaczki. ZwBaszcza za[ nie podobaB mu si jeden z
nich, ten odwrcony tyBem do jeDcw, ktry zerkaB w gr na kiosk i przygldajcego si
widowisku Reinhardta.
Megafon na kolumnie masztu antenowego zatrzeszczaB i bluznB mu prosto w ucho dzik,
pompatyczn muzyk. Ewa zaczBa [piewa.
Runy otrzymasz i czytelne znaki
Bardzo wielkie runy
Bardzo mocne runy
Co Olbrzym Zpiewak zabarwiaB, a bogowie
stworzyli
I boski run GBosiciel rytowaB
Odin  Asom, Alfom  Dain,
Dwalin  karBom,
Alswidr  Olbrzymom, a ludzkiemu
Pokoleniu
Ja sam runy kre[liBem.
Wiatr przybieraB na sile, ale okrt obrciB si ju| dziobem do fal i teraz dostaB si w Batwiejsze do
zniesienia koBysanie wzdBu|ne.
PrzebieraDcy na dziobie z trudem utrzymywali rwnowag, fale obmywaBy kadBub i syczaBy im
pod nogami.
Vordinger krzyknB co[, na co dwaj blizniacy chwycili jednego z jeDcw pod rce i zmusili do
uklknicia. Vordinger wyjB nagle bByszczcy miecz z jelcem zawinitym w spiral i poder|nB
mu gardBo.
Wiatr gwizdaB na sztagu i spychaczu sieci, gBo[nik ryczaB, Ewa [piewaBa, a czBowiek szarpicy
si w ramionach blizniakw wykrwawiaB si na pokBad i korpus gBwnego zbiornika balastowego
wyrazn, ciemn strug spienionej krwi. Reinhardt widziaB jego biaBe stopy dygocce w drgawkach
i pulsujcy strumieD uderzajcy o blach jak z ogrodowego w|a.
Dziewit znam: gdy musz ratowa
M Bdz pdzon po morzu,
Wicher uspokoj na fali I u[pi caB wod.
Reinhardt staB jak skamieniaBy, blady jak pBtno, i trzymaB si kurczowo falochronu. {oBnierz
przed nim bez sBowa odcignB suwadBo automatu i lekko unisB luf.
Z tyBu jego bracia  zepchnli z pokBadu pierwsz ofiar i powalili drugiego rozbitka. Nie
wierzc wBasnym oczom, Reinhardt patrzyB, jak marynarz pogr|a si w spienionej, szmaragdowej
wodzie, a wokB niego rozlewa si ciemna plama wygldajca jak dym.

Bastard! Fucken nazi bastard!
 wrzasnB trzeci marynarz, ale jeden z blizniakw wykonaB
szybki ruch i uderzyB go luf empi w twarz, po czym przydepnB le|cemu plecy.
Jedenast znam: gdy mam na bj druhw wie[,
Zpiewam w tarcz, a oni siB naprzd pdz,
Zdrowi do boju
I zdrowi z boju,
{adna ich szkoda nie spotka.
Reinhardt trwaB nieruchomo, a| rzeznia dobiegBa koDca. Ewa kilka razy straciBa rwnowag i
zwymiotowaBa przez reling. Vordinger zebraB cz[ krwi do miski, po czym przytrzymywany za
pas przez jednego z czworaczkw podszedB do kiosku i zaczB malowa na nim takie same
zygzakowate znaki, jakie miaB na swoich kamieniach. Reinhardt odwrciB si i odprowadziB
wzrokiem trzeciego marynarza, ktry tonB w pozycji siedzcej, i ktem oka zobaczyB bBysk
metalu. Ritter z nieprzeniknion, kamienn twarz belfra chowaB do kabury swj pistolet. Pistolet z
szafki kapitaDskiej.
 Teraz prosz pByn!  krzyknB Vordinger, zadzierajc gBow w kierunku pomostu.  Nie
zanurza okrtu i pByn dokBadnie na pBnoc.
 Poradzi pan sobie z tym, Reinhardt?  wycedziB kapitan.

Jawohl
 odparB Reinhardt nieswoim gBosem. Bardzo chtnie pBynB teraz na powierzchni.
Szczerze mwic, niczego sobie tak nie |yczyB jak samolotu RAF u albo niszczyciela.
*
 Czifie  powiedziaB pBgBosem Reinhardt.  Niech pan znajdzie w[rd swoich skarbw
spirytus do konserwacji torped i wleje mi na trzy palce do pustej butelki. Potem prosz dopeBni to
sokiem cytrynowym z By|k miodu i podesBa mi na pomost. Ale niech zwBaszcza doktor nie widzi,
co pan robi.
 Co tam si staBo?
 Nie chce pan wiedzie. Egzekucja. Ale szczegBy sobie darujemy. Ten okrt jest we wBadzy
szaleDcw.
 Jak caBy [wiat,
Herr Oberleutnant.
Jeszcze pan si nie zorientowaB?
WyszedB na pomost, nakazawszy trzyma kurs na pBnoc, i zostaB tam oparty przedramionami o
falochron, pykajc z fajki i pocigajc ze swojej butelki. Tylko morze byBo uczciwe. Okrutne, ale
szczere i uczciwe, takie jak zawsze. Reinhardt patrzyB na fale i od czasu do czasu przepatrywaB
horyzont. A potem opuszczaB lornetk na pier[ i pocigaB Byk.
 No dalej,
boys
 mruknB.  Akurat jak jeste[cie potrzebni, nigdy was nie ma. Dalej.
Jestem tu. Jak na patelni. Mo|ecie zaBatwi oceaniczny XXI. Wilka Atlantyku.
Ale horyzont byB pusty. Ani nisko leccego hudsona, ani przysadzistego halifaksa, ani
prujcego fale rekiniego dzioba niszczyciela. Nic.
Pomy[laB, |e skoro ma peBne zbiorniki ropy, mgBby wBa[ciwie uciec. Uciec od tego
kretyDskiego [wiata, od nawiedzonych dyktatorw, aroganckich premierw, zdurniaBych
generaBw i ich parszywej wojny. Zosta zwyczajnym piratem. Wywiesi Jolly Rogera na maszcie
antenowym i pByn gdzie mu si podoba. Na Karaiby albo na Kub. MiaB sze[ torped i mnstwo
amunicji. MgBby Batwo sterroryzowa niewielki port i za|da paliwa albo |ywno[ci. MgBby
zreszt rabowa frachtowce zamiast je bezmy[lnie zatapia. MiaB okrt o najwikszej dzielno[ci
morskiej, jaki kiedykolwiek skonstruowano. W zanurzeniu mgB drwi sobie z najci|szych
sztormw i pByn choby na koniec [wiata. Kto by go zatrzymaB?
 Niemiecki Nemo si znalazB  mruknB pod nosem, ale pomysB mu si podobaB. WBa[ciwie,
dlaczego nie? Co miaB do stracenia? Trzeba by tylko utopi Starego i t band popapraDcw, ktra
panoszyBa si na jego okrcie, i  hulaj dusza! WydaBo mu si, |e to du|o rozsdniejsze ni| da si
zatopi w kretyDskiej, przegranej wojnie.
Kiedy[, na pocztku, wydawaBo mu si, |e wie, o co walczy. Mieli odzyska utracon godno[,
odebra siB to, co im si nale|aBo, a przy okazji podpali stchBy [wiat i zbudowa na zgliszczach
co[ lepszego i sensowniejszego. W oparciu o logiczn, niemieck cywilizacj. O Schillera, Junga,
Plancka, Heideggera. Jednak od dawna nic mu z tego przekonania nie zostaBo. Doskonale
rozumiaB, |e to byBy jakie[ romantyczne bzdury.
Owszem, udaBo si spali i zniszczy, i to bardzo wiele, ale niczego nie budowano. A je[li ju|, to
na pewno nic lepszego od tego, co zostaBo zniszczone, za to spotworniaBe i bezsensowne jak rak.
Teraz, jak wszyscy, byB jedynie wykonawc rozkazw oszalaBej machiny, ktrej nikt nie umiaB
zatrzyma. CzuB si ju| tylko zbrukany i wykorzystany.
Pomost dr|aB od wibracji, dzib ciB fale i okrt pBynB na pBnoc. Reinhardt patrzyB na wod i
niebo i staraB si o niczym nie my[le.
Najpierw sdziB, |e odblask, ktry widzi na kursie, to pBoncy tankowiec. Potem, kiedy zaczB
si zbli|a, uznaB, |e zorza polarna. Jednak tczowe l[nienia zamiast pozosta na horyzoncie
przybli|yBy si i rozlaBy po obu burtach. Reinhardt zgBupiaB. Niebo i woda mieniBy si
r|nokolorowymi bByskami, ktre rzucaBy plamy wielobarwnego [wiatBa na pomost, kadBub okrtu
i na blad, osBupiaB twarz Pierwszego. Wszystko to przelewaBo si wokB niego barwami od
krlewskiej purpury i fioletu po ciepB czerwieD. PodnisB twarz i patrzyB w osBupieniu. Nie miaB
pojcia, co to byBo, ale byBo pikne.
DopBynBem do kraDca tczy?  pomy[laB z zachwytem. DogoniBem zorz polarn? Kraniec
horyzontu?
WBaz uchyliB si i ukazaBa si twarz Wiesmanna.
 Prosz meldowa, kiedy zobaczy pan co[ dziwnego.
 WBa[nie teraz widz  warknB Reinhardt. WBaz odskoczyB.
 Co?! Dlaczego pan nic & To niesamowite! To Bifrost!  SchowaB si na chwil i sBycha
byBo, jak wrzeszczy do centrali: DopBynli[my! PByniemy Tczowym Mostem! UdaBo si! To ju|
Bifrost! Cudownie! .
 Prosz trzyma kurs!  krzyczaB kto[ na sternika.  Prosz nie zboczy nawet o milimetr!
Na pomo[cie zrobiBo si ciasno. Obaj okulty[ci taDczyli i klepali si po plecach, zaBoga
pokBadowa w osBupieniu gapiBa si w utkane z r|nobarwnego [wiatBa draperie wijce si wokB
okrtu, tylko Reinhardt czuB si tak, jakby co[ mu ukradziono.
Zjawisko, ktre Wiesmann nazwaB tczowym mostem , przypominaBo raczej tunel i
utrzymywaBo si jeszcze przez pB godziny.
Potem zostaBo jako[ z tyBu i rozwiaBo si. Okrt pBynB przez noc. Reinhardt zmarzB w koDcu na
ko[ i u[wiadomiB sobie, |e nie mo|e zamieszka na staBe na pomo[cie. WyznaczyB wachty i zszedB
na dB.
Podano [witeczn kolacj. StB nakryty obrusem, pekelflajsz z puszki w kapu[cie, [wie|y
chleb i pikle. Kapitan [witowaB na szcz[cie razem z go[mi w przedziale dziobowym. Reinhardt
jadB, patrzc w talerz, i walczyB z wszechogarniajc chci upicia si. Ale tak porzdnie. Bez
|adnej taryfy ulgowej.
 Okazja na namiar wedBug gwiazd!  krzyknB kto[ z pomostu.
 Zjedz pan najpierw spokojnie  poleciB Reinhardt, widzc, |e drugi oficer ju| na stojco
zgarnia ostatni kawaBek misa z talerza i napycha usta kapust.  O co ten gwaBt?
Sam postanowiB zaszy si w swojej kajutce i spokojnie osuszy piersiwk martella, ktr
podarowali mu w czasie kolacji na Oxfolcie . Drugi oficer z sekstansem pod pach wgramoliB si
po drabince do centrali i zniknB, przez caBy czas |ujc.
 Nie wie pan, co teraz?  zapytaB czif.
 Nie wiem. DopBynli[my gdzie chcieli, widzieli[my dziwn zorz, a teraz kazali trzyma
kurs na pBnoc. To znaczy, |e za par dni dopByniemy do granicy pBywajcego lodu. Dalej i tak si
nie da. Mo|emy wtedy od[piewa
Deutschland, Deutschland ber alles
i wraca do domu.
 Pan pierwszy oficer proszony na pomost! Reinhardt westchnB i zgarnB swoj ci|k kurtk
ze skrzyni z mapami.
 O co chodzi?
 Lepiej niech pan sam zobaczy!
 Panie Wichtelmann, to nie s imieniny u cioci, tylko okrt podwodny! Czy musz pana
uczy, co musi zawiera meldunek? Co to za zgadywanki?
 Tak jest,
Herr Oberleutnant.
Melduj posBusznie, |e pomiar nawigacyjny jest niemo|liwy z
powodu braku znanych gwiazdozbiorw!
 Pan jest pijany, panie drugi, czy stroi sobie |arty?
 ChciaBbym,
Herr Oberleutnant!
Reinhardt wyszedB na pomost i zamarB z zadart do gry gBow. Wszyscy stojcy tam marynarze
milczeli i rwnie| patrzyli w niebo.
Gwiazdy byBy wielkie, kolorowe i w zupeBnie innych miejscach. Niektre wyraznie przesuwaBy
si pBynnym ruchem, zakre[lajc jakie[ niemo|liwe, krte linie.
Patrzyli tak dBugo i dBugo milczeli.
 Prosz zapisa w dzienniku, panie drugi  odezwaB si Reinhardt.  Pomiar gwiazd
niemo|liwy z powodu braku widoczno[ci. Nie widzieli[my tego, panowie. Nie wiem, co to jest, ale
nie widzieli[my tego.
 Ale & To jest & niebo, panie pierwszy  wyjkaB ktry[ z rozpacz.  Co za szajs!
 Te| nic nie rozumiem. To jakie[ zBudzenie optyczne i tyle. Co[ jak fatamorgana. Prosz
trzyma wacht. Nie zwracajcie na to uwagi. Zmianie powiedzcie od razu, |e to zBudzenie
charakterystyczne dla okolic polarnych. Prosz odznaczy pozycj ze zliczenia.
*
Ld pojawiB si nastpnego dnia po [niadaniu, akurat kiedy Reinhardt staB pod prysznicem i
szorowaB si mydBem do morskiej wody. Oczywi[cie nie miaBo prawa by tu |adnego ldu.
Poprzednia pozycja, ktr osignli wczoraj, miaBa normalny namiar. ByB to punkt po[rodku
niczego, po czym pBynli dokBadnie na pBnoc.
 Co jest,
Donnerwetter!!
 warczaB, szamocc si ze spodniami.  Grenlandia czy co?!
Panie Wichtelmann, co to za nawigacja?! Skd tu ld?! Gdzie my jeste[my?
 Nie wiem, panie pierwszy. Nic nie rozumiem.
Kiedy wyszedB na pomost, byli ju| z kilometr od brzegu. Ld byB bury, skalisty, ale wcale
niepokryty [niegiem ani lodem. RosBa tam trawa i drzewa, w oddali wida byBo wzgrza i cignce
si jak okiem sign wysokie mury przypominajce wypolerowany metal. A gdzie[ w oddali
wznosiBo si gigantyczne drzewo. ByBo tak monstrualne, |e Reinhardt uznaB je za kolejne zBudzenie
optyczne albo formacj chmur. Tytaniczny pieD przykryty niebieskaw mgieBk wbijaB si w niebo,
a korona nikBa w chmurach. WygldaBo jak odlegBy szczyt grski.
 Nadal pan nie wie, co to jest, panie Reinhardt?  zapytaB Wiesmann, szczerzc krokodyle
zby.  A mo|e pan sprawdzi na swoich mapach?
 To mo|e pan mi powie?
 Chtnie. Bo teraz nie bdzie pan mgB drwi. To Asaheim. Kraina Asw. GermaDskich
bogw. Ta olbrzymia, l[nica budowla, ktr pan tam widzi, to Walhalla. Dwr Wotana, w ktrym
zmarli wojownicy szykuj si do ostatecznej bitwy. Do ostatecznej bitwy, panie Reinhardt. A my
poprowadzimy ich na t bitw. To jak, wierzy pan ju|? Czy zobaczy to jeszcze za maBo?
Reinhardt milczaB, stojc z rcznikiem w rku i patrzc na ld przed dziobem.
Na przednim pokBadzie krztali si marynarze nadmuchujcy przewodem podBczonym do
okrtowej spr|arki pokazne, czarne Bodzie pneumatyczne. Dwie z nich byBy ju| gotowe i le|aBy na
pokBadzie jak stBoczone na pla|y foki.
 Po co to panu?
 Schodzimy na ld, a jak pan sdzi? Porozumie si z Wotanem i przekaza mu zaproszenie
od Najwikszego Wodza Wszech Czasw. Zaproszenie do ostatecznej bitwy. Na tym polega nasza
misja. Sprowadzimy najwikszego germaDskiego boga i jego wojownikw. Jak pan sdzi, jaki to
bdzie miaBo wpByw na przebieg wojny? Czy tamci zdoBaj [cign swojego wiszcego na krzy|u
{ydka, |eby im pomgB? Bg jest z nami, Reinhardt. I to nie byle jaki bg. Sigfdr  Ojciec
Zwycistw, Wotan  Szalony, Ojciec PolegBych. Nie jaki[ rabin od nadstawiania drugiego
policzka.
Reinhardt zapaliB fajk i patrzyB zupeBnie spokojnie. Otaczajcy go obBd osignB rozmiary,
wobec ktrych ka|da reakcja byBa ju| bez sensu. PozostawaB tylko stoicyzm.
 Kuk, prosz o kaw i kanapki na pomost!
OkazaBo si, |e na ld schodz obaj mistycy w swoich absurdalnych strojach operetkowych
rycerzy, Ewa przebrana za walkiri, czworaczki, wszyscy rozbitkowie i kapitan. W specjalnie na t
okazj wypastowanym pBaszczu i butach, z biaBym szalikiem i wyszorowanym Krzy|em
Rycerskim na szyi. A do tego jeszcze czterech wybranych marynarzy do pomocy.
 Schodz na ld  oznajmiB.  Przejmie pan na ten czas dowodzenie, Reinhardt. Prosz
kaza podej[ jak najbli|ej do brzegu.
 Sternik, podej[cie do brzegu, na echosondzie  zawoBaB Reinhardt.
WpBynli do niewielkiej zatoczki i stanli jakie[ pidziesit metrw od kamienistej pla|y.
Dalej nie daBo si ju| dopByn, bo dno usiane byBo skaBami. Reinhardt kazaB rzuci dziobow
kotwic.
 Ojej & To jeszcze si u|ywa czego[ takiego? SByszaBam, |e kotwice to byBy na takich starych
statkach  zawoBaBa Ewa. Reinhardt spojrzaB na ni spod daszka i napiB si kawy z kubka.
Aodzie napompowano i pierwsz z nich zaopatrzono w dostawny zaburtowy silnik. Kawalkada
poBczonych pontonw odbyBa caB podr| tam i z powrotem trzykrotnie, wo|c ludzi, w tym
zwizanych dBug cum rozbitkw, skrzynie i worki.
 Niech pan mwi, co tam si dzieje, panie pierwszy  poprosiB Fanghorst.
 Kazali rozbitkom siedzie na pla|y. Teraz wypakowuj worki.  Reinhardt ugryzB kanapk
i ponownie unisB lornetk do oczu. Na brzegu Wiesmann wskazaB uschnite drzewo stojce
opodal i ustawiono wokB niego krg masztw ze zwieszajcymi si w dB czerwonymi
proporcami opatrzonymi czarnymi znakami: swastyk i kanciastymi runami. Pomidzy flagami
marynarze wetknli w ziemi metalowe pochodnie. Wida byBo, jak mat Zemke obchodzi je,
przypalajc zapalniczk koDcwki podobne do suchego spirytusu.
 Bdzie chyba marsz z pochodniami  komentowaB Reinhardt.  Do kupy w czterna[cie
osb niezbyt imponujcy, ale zawsze. Nie wiem tylko, czy bd maszerowa po wyspie, czy wokB
tego drzewa.
 A maj tam bbny?
 Nie wida.
 Ale! To jak: bez bbnw?
 Za to maj portret Grfaza. Ustawiaj go na jakich[ sztalugach.
Zpiew Ewy Loewengang docieraB jednak na okrt mimo wiatru i odlegBo[ci. WykonywaBa arie z
zaanga|owaniem, robic egzaltowane miny. Wiatr szarpaB proporcami, a pochodnie kopciBy
czarnym dymem.
Rozbitkowie siedzieli rzdem twarzami do morza, pilnowani przez jednego z blizniakw z
pistoletem maszynowym przewieszonym przez pier[.
Po kilku minutach dwch blizniakw zeszBo na pla|, zabraBo jednego z jeDcw i trzymajc pod
rce, powlokBo w stron drzewa.

Himmelherrgott
 wyjkaB po chwili Reinhardt.  Wieszaj ich. Wieszaj rozbitkw.
 Odyna nazywali Ojcem Powieszonych , panie
Oberleutnant.
Oni skBadaj ich w ofierze 
powiedziaB kto[ martwym gBosem.
 Skd to wiecie?
 Ja jestem w poBowie DuDczyk,
Herr Oberleutnant.
SByszaBem bajdy o starych bogach od
babci. Jestem
Obermatrose
Frenssen.
Na pokrconych i uschBych konarach drzewa szarpaBo si i dygotaBo w drgawkach sze[ciu
niedoszBych topielcw, a obaj mistycy obeszli drzewo, przebijajc ka|dego skazaDca wBczni z
kutym, wskim grotem.
Reinhardt opu[ciB lornetk i pokrciB gBow.
 To jest obBd. Normalny obBd.
Scheie!
WidziaBem! Zamordowali tych ludzi!
OdpiB mikrofon od kolumny radionamiernika.
 Uwaga, zaBoga! Obsadzi dziaBa pokBadowe!
 Co pan robi?
 Nie podoba mi si ta okolica  wycedziB Reinhardt.
Tupot butw artylerzystw i ich sprawne, celowe ruchy, kiedy ustawiali pelotki i zakBadali
bbny amunicyjne, wydawaBy mu si jako[ kojce. MiaB ogromn ochot otworzy ogieD w grupk
na brzegu, ale nie byB pewien, czy ludzie go posBuchaj. DziaBa wyjechaBy ze swoich komr,
patrzyB, jak opuszczaj si podwjnie sprz|one lufy dziaBek w wie|yczkach. W jarzmie w tylnej
cz[ci pomostu ustawiono ju| cekaemy.
 Mimo wszystko, niech pan si zastanowi  mruknB drugi oficer.
 Stoimy przy nieznanej wyspie, na terenie kontrolowanym przez lotnictwo nieprzyjaciela.
Nad czym tu si zastanawia?
Nie zauwa|yB, kto wrzasnB. Co najmniej kilku ludzi rwnocze[nie, i byB to krzyk
autentycznego, nagBego przera|enia.
 Co si dzieje!  huknB Reinhardt.  Bez histerii mi tutaj!
 Tam & na brzegu &
Na brzegu pojawiB si jezdziec. Brodaty, z wBczni w rku. I mimo |e siedziaB w siodle, nie
mogli nie zauwa|y, |e miaB przynajmniej ze cztery metry wysoko[ci. Ale nie chodziBo tylko o
wzrost. KoD, na ktrym siedziaB wojownik, miaB pod brzuchem istn pltanin ng. Na ramieniu
olbrzyma siedziaB kruk wielko[ci kondora, a nad jego gBow unosiB si drugi taki sam.
Reinhardt ugryzB kanapk.
 Pytam namiar radiolokacyjny  krzyknB do centrali.  Obiekt na brzegu, kierunek trzysta
czterdzie[ci!
 Potwierdzam, nieruchomy obiekt na brzegu  usByszaB w odpowiedzi.
 Przynajmniej co[ rzeczywi[cie tam jest. Frenssen skuliB si z jakim[ dziwnym skowytem i
zjechaB po [cianie falochronu, po czym zwinB si w kBbek na pokBadzie.
 Co to znaczy! W tej chwili wezcie si w gar[, marynarzu!  wrzasnB Reinhardt.
Drugi chwyciB Frenssena za rami i szarpniciem postawiB na nogi. Ten usiBowaB sta, ale kolana
uginaBy si pod nim i przebiegaBy go fale drgawek. Reinhardt patrzyB na niego z obrzydzeniem.
 Tto jest Odyn &  wybeBkotaB marynarz.  Na o[mionogim koniu & S & Sleipnirze &
 Klawo  wycedziB Reinhardt.  Uspokj si, czBowieku, albo staniesz do raportu!
WychyliB si przez falochron do obsady dziaBek.
 ZaBoga do strzaBu!
 Gotw!
 Chce pan strzela do boga?  zapytaB niepewnie Wichtelmann.
 Czy ten dziadek z dzid je|d|cy wierzchem na stonodze kojarzy si panu z jakim[ bogiem?
Poza tym na razie do niczego nie strzelam.
Olbrzym zeskoczyB z konia i podszedB kilka krokw w kierunku drzewa. ZmarszczyB brwi,
patrzc na wisielcw, na pBonce pochodnie i Bopocce flagi. CaBe towarzystwo  obaj mistycy,
[piewaczka, blizniacy, a nawet kapitan  padBo na kolana i biBo mu pokBony, unoszc ramiona.
WygldaBo to groteskowo nawet z daleka i przez lornetk.
W koDcu Wiesmann wstaB i ostro|nie podszedB do starca wspartego na swojej wBczni,
tBumaczc co[ i gestykulujc. ByBa to niewtpliwie pBomienna przemowa, peBna okrzykw i
dramatycznych gestw.
Odyn wycedziB co[ z nieszczeglnie przyjaznym wyrazem twarzy. A potem wydaB z siebie
w[ciekBy ryk. Nie jaki[ nieartykuBowany wrzask, byBo to zdanie, ale wykrzyczane przez
niewtpliwie rozw[cieczonego osobnika. Jego gBos byB przera|ajcy  przeniknB wibracjami
okrt, pokryB zmarszczkami fal wod w zatoce. Wszyscy chwycili si za uszy i skulili na pokBadzie
lub za falochronem. Ludzie na pla|y zwalili si na plecy jak odrzuceni podmuchem eksplozji.
Starzec wycignB wBczni, wskazujc niebo, potem uderzyB ni w ziemi. Ziemia pokryBa si
pkniciami, w stron okrtu popBynBo kilka sporych fal.
 Frenssen, tBumaczy  krzyknB Reinhardt.  Rozumiecie co[ z tego, co on gada?
 OgBuszyB mnie  jknB marynarz.
 Na dB, do stanowiska akustyka. Zcisz na sBuchawkach, mo|e co[ zrozumiesz przez wod.
Zawsze troch tBumi.
 On dziwnie mwi, to niezupeBnie po duDsku, rozumiem tylko pojedyncze sBowa  meldowaB
Frenssen z centrali.  Co[ & |e idz do szronowych & czy lodowych olbrzymw & Co[ o
tchrzostwie i wojowaniu z babami i dziemi & Wieczny mrok czy ld, nie rozumiem,
szaleDstwo & Czas szaleDstwa i zamie & wilki & nie. Tego nie rozumiem.
Le|cy mistyk przekrciB si i na czworakach podczoBgaB do Odyna, rogaty heBm spadB mu z
gBowy i potoczyB si po piasku. Olbrzymi starzec przykucnB, wysunB przed siebie dBoD i poBo|yB
Wiesmannowi na gBowie takim gestem, jakim dorosBy m|czyzna mgBby chcie zmierzwi wBosy
dwuletniego dziecka. A potem zacisnB mu palce na czaszce i mimochodem skrciB kark.
Dalej wszystko potoczyBo si bardzo szybko. Towarzystwo na brzegu wpadBo w panik. Odyn
unisB wBczni i w uBamku sekundy jednym ciosem przybiB do pnia dwch blizniakw.
Natychmiast wyjB miecz dBugo[ci sporego dyszla i zamachnwszy si, przeciB wpB kolejnego
razem z jego skrzanym pBaszczem i razem z koByszcym si na gaBzi wisielcem. Po czym wpadB
pomidzy biegajcych panicznie i przewracajcych si o proporce ludzi. Odrbana gBowa
Vordingera przeleciaBa nad okrtem i plusnBa w wod zatoki. Marynarze na pomo[cie w
osBupieniu odprowadzili j wzrokiem.
 Dla ciebie kozi mocz, a nie mid Walhalli  tBumaczyB z doBu Frenssen monotonnym
gBosem.  Run Thurs  ci rytuj czy rysuj & i trzy & znaki & ogieD & [mier i rzeka ostrzy &
Co[ o w|ach & Tego nie rozumiem.
 Oerlikon, do strzaBu na wprost  wyrbaB Reinhardt.  Krtkimi seriami, cel na optycznej,
szykuj si.
 Nie ryzykowaBbym  zasugerowaB Wichtelmann.
 Tam s nasi marynarze  odpowiedziaB Reinhardt i unisB rk, otwierajc usta do
komendy.
Olbrzym te| wycignB rk. WBcznia wyskoczyBa z pnia i wrciBa mu do dBoni, uwalniajc oba
ciaBa, ktre runBy na ziemi. ObrciB j ostrzem w dB i narysowaB co[ na piasku, i w tym
momencie caBy brzeg stanB w ogniu. OgarnB go huczcy, pomaraDczowy pBomieD, jaki Reinhardt
widywaB dotd tylko na pokBadach trafionych zbiornikowcw. Znowu przykucnli za falochronem,
chronic twarze przed uderzeniem gorca. Na brzegu rozlegB si przerazliwy, chralny wrzask
pBoncych ludzi.
TrwaBo to kilka sekund, a kiedy wyjrzeli zza osBony, brzeg byB pusty. Nadal rosBa tam trawa,
nadal BopotaBy proporce, a jedynym [ladem po|aru byBy niewielkie sterty jasnego popioBu
wysypujce si z le|cych na ziemi, nietknitych ubraD. Odyn zniknB.
Milczeli w osBupieniu, stojc na pomo[cie, ale nic si wicej nie wydarzyBo. Tylko wiatr koBysaB
pustymi ptlami zwisajcymi z konarw.
 Panie Wichtelmann  gBos Reinhardta przerwaB grobow cisz.  Prosz zapisa w
dzienniku pod dzisiejsz dat: Godzina sma rano, przybicie do nieoznaczonej na mapie wyspy w
rejonie Islandii , tu poda pan wspBrzdne ze zliczenia, pasa|erowie specjalni wraz z kapitanem
Ritterem schodz na ld w celu przeprowadzenia swojej misji. Dowodzenie okrtem przejmuje
Udo Reinhardt, pierwszy oficer. Godzina sma trzydzie[ci pi, atak lotniczy na brzegu,
odpowiedz ogniem artylerii pokBadowej, wszyscy uczestnicy desantu zabici w wyniku eksplozji
bomby fosforowej, na okrcie bez strat. Jako najwy|szy stopniem na zasadzie prawa wojennego
przejmuj tymczasowe dowodzenie. Zarzdzam powrt okrtu w rejon bazowania. Udo Reinhardt.
 ULF . Sporzdzi pan szyfrogram o tej samej tre[ci, tylko doda pan, |e czekam na rozkazy, i
nada go pan do dowdztwa. Co pan tak patrzy? Nie nauczyli pana, |e w komunikatach dla
dowdztwa floty nale|y unika wspominania o syrenach i krasnoludkach? WolaBby pan:
pasa|erowie wraz z kapitanem schodz na ld w celu dokonania krwawej ofiary i wzbudzaj gniew
germaDskiego boga, przypuszczalnie nazwiskiem Wotan lub Odyn, po czym gin pora|eni jego
ognistym oddechem?
 Nadam ten radiogram  powiedziaB Wichtelmann, schodzc do centrali.
 Prosz nakaza przygotowanie tratwy ratunkowej, je|eli jaka[ zostaBa, i da mi jednego
marynarza. Schodz na ld.
 Ale, panie pierwszy &
 Mo|e kto[ prze|yB. Panie Wichtelmann, przejmuje pan dowodzenie. Prosz nas osBania.
Wrcili dziesi minut pzniej w dwa pontony, przywo|c trzy ocalaBe empi i Badownice z
magazynkami, Reinhardt odnalazB jeszcze pas z kapitaDskim pistoletem. Zabrali te| dwie nie
otwarte jeszcze skrzynie.
 Jak pan sdzi, co tam jest?  zapytaB Drugi.
 Nie wiem, ale s zapiecztowane. Co[ mi mwi, |e lepiej zabra to z powrotem. Pod pokBad
z tym. Do komory torpedowej. Z Bodzi spu[ci powietrze. Rwa kotwic i caBa wstecz. Wynosimy
si std.
*

Herr Kaleu &
To od zaBogi. My & znaczy, w naszym imieniu, chcieliby[my &  Bosman
trzymaB w rku star czapk Reinhardta, ktra zapodziaBa mu si natychmiast po odbiciu od wyspy.
Teraz patrzyB znad stoBu nakresowego, unoszc brwi. Czapka zostaBa oczyszczona, pozrywane i
rozplecione hafty naprawiono zBotym bajorkiem, a denko obszyto nowym, biaBym pokrowcem.
Czapka dowdcy okrtu.
 Bosmanie &  powiedziaB powoli Reinhardt.  To bardzo miBy gest. Doceniam & Ale nie
dostaBem nominacji. To tylko tymczasowe dowdztwo. Czapk przyjm, bo w koDcu jest moja, ale
kategorycznie prosz nie tytuBowa mnie
Kaleu.
Widzi pan na moim rkawie trzeci pasek
Kapitnleutnanta?
Nie? To prosz si trzyma regulaminu. Mimo wszystko nie jeste[my okrtem
pirackim.
WrciB do mapy.
 Sternik, jak dBugo pBynli[my kursem na pBnoc?
 Dwadzie[cia osiem godzin, z marszow prdko[ci dwana[cie wzBw.
 Prosz przyspieszy i trzyma kurs dziewidziesit.
 Jest, kurs dziewidziesit.
Reinhardt wyszedB z centrali i zszedB na dB. WahaB si przez chwil, ale w koDcu pchnB drzwi
kapitaDskiej kajuty i wszedB. Wci[nita pod [cian koja, kilka pBek, na [cianie mosi|ny wieszak z
mundurem wyj[ciowym, obok ubranie sztormowe. Niemal nieu|ywane. UsiadB za biurkiem i
odpiB pas z kabur. Pistolet kapitaDski wygldaB dziwnie obco, jako[ zagranicznie. Troch
przypominaB FN k, a troch amerykaDskiego automatycznego colta, ale nabito na nim cechy
niemieckie. P 35(p)
. Nie sByszaB o takiej broni. Wpisane w trjkt litery FB na okBadzinach
rkoje[ci te| nic mu nie mwiBy. SpodziewaB si raczej walthera. WysunB magazynek, po czym
przeBadowaB dwukrotnie dla bezpieczeDstwa i wrzuciB pistolet do szuflady razem z kabur. Papiery
na biurku kapitana le|aBy starannie posortowane i pospinane, niektre wBo|ono do specjalnych
przegrdek. Na wojnie najwa|niejsza jest sprawozdawczo[, Reinhardt .
Przy przymocowanym stalow ta[m kubku na oBwki i pira staB maleDki szklany pingwinek.
Pingwinek zaniepokoiB Reinhardta. Nie pasowaB do lodowatego belfra. Co to byBo? Pamitka?
Amulet? Nie chciaB wiedzie.
PrzypomniaB sobie o makatce i zajrzaB do koi.
ZacisnB szczki i wziB kilka gBbokich oddechw, po czym kciukiem i palcem wskazujcym
usunB przypadkow wilgo z kcikw oczu.
PatrzyB na ni przez chwil w milczeniu, a potem ostro|nie wydBubaB pinezki, zBo|yB makatk na
czworo i pieczoBowicie wBo|yB do walizki z kapitaDskimi rzeczami osobistymi. Razem z
dziecicym rysunkiem przedstawiajcym |aglowiec, z podpisem Tatu[ wraca do Helgi . Razem
ze zdjciami Rittera trzymajcego na kolanach dwie sze[cioletnie dziewczynki, Rittera w krtkich
spodenkach bawicego si z du|ym wilczurem oraz kdzierzawej, ciemnowBosej kobiety jadcej
na rowerze przez Bk, siedzcej na oplecionej r|ami werandzie albo stojcej na pla|y z ogromn
piBk w rkach. Nawet niebrzydka. Pospolita, ale zgrabna. I wyraznie mBodsza od Starego.
Pomidzy materacem a [cian koi znalazB jeszcze jeden cienki plik zdj przedstawiajcych t
sam kobiet, ale zupeBnie innych. StaBa naga z jedn nog opart o taboret i bezwstydnie
rozchylaBa swoje wdziki prosto do obiektywu albo le|aBa na Bce, albo &
WrzuciB je wszystkie do kuferka i zatrzasnB zamki. A potem siedziaB przy biurku z kamienn
twarz.
 PrzestaD udawa czBowieka, przeklty skurwielu  wycedziB z gorycz.  To tutaj, to byBa
twoja prawdziwa twarz. Nie odbierzesz mi mojego osdu, skurwysynu. Ani nie odbierzesz mi ju|
mojego okrtu.
Potem posiedziaB jeszcze przy biurku, patrzc przed siebie, i w koDcu powiedziaB z uczuciem:
gwno .
OtworzyB drzwiczki i wyszedB do mesy.
*
 Lotnik! Nadchodzi! Kierunek osiemdziesit!  wrzeszczano na pomo[cie.

P 35(p)  FB  na rkoje[ci to skrt od Fabryka Broni w Radomiu. Przed wojn i w jej trakcie produkowano
tam doskonaBe pistolety wojskowe VIS. P 35(p) to niemieckie oznaczenie tej broni u|ywanej przez Wehrmacht i inne
formacje hitlerowskie, [przyp. red.]
 Ale, panie
Oberleutnant,
to nie jest samolot!
Ogromna kobieta galopowaBa na dzikim, prychajcym pian rumaku, naga, tylko w kolczudze i
z rozwianymi rudymi wBosami pod miskowatym heBmem. ZnajdowaBa si na wysoko[ci dwustu
metrw i przecinaBa ich kurs przed dziobem.

Scheie! 
warknB Reinhardt i zsunB czapk na tyB gBowy.  Jak mnie to wkurza! Flak
,
alarm przeciwlotniczy, szykowa si do salwy wedBug rozkazu! Na razie czeka!
SzczknBy zamki, obie lufy dwudziestek uniosBy si i zaczBy si obraca.
 Ja pierdziel &!  wyrwaBo si komu[ na pomo[cie.
 Spokj  wycedziB Reinhardt.  Czeka!
Kto[ przeBknB [lin. DziaBko obracaBo si, kanonier siedziaB z nog uniesion nad pedaBem
spustu, czekajc na rozkaz. Druciany kr|ek kolimatora sunB przez niebo, prowadzc sylwetk
galopujcej wojowniczki.
MinBa ich, po czym wydaBa z siebie przerazliwy wrzask, ktry przygiB ich wpB. BrzmiaB jak
dzwik syreny nurkujcego sztukasa.
Reinhardt zaklB i odpiB mikrofon interkomu.
 Sternik, jeden dBugi sygnaB rogiem mgBowym!
Okrt zagrzmiaB w odpowiedzi, ale odgBos nie byB a| tak imponujcy.
 No tak, panowie  wycedziB Reinhardt.  Walkiria. Kto[ chce mo|e zanuci Wagnera?

Herr gott,
gdzie my jeste[my, panie
Oberleutnant?

WedBug mnie, na Morzu PBnocnym. I pByniemy sobie chwilowo kursem na Islandi.
 Ale co to wszystko znaczy?
 Wiem tyle, co i pan. Moja rada  prosz si skupi na tym, co mo|na zrozumie. Na swojej
wachcie. Musimy dopByn do Trondheim. Reszta jest bez znaczenia.
*
 Pytam o mo|liwo[ pomiaru pozycji gwiazd?
 Bez zmian, panie
Oberleutnant.
 To znaczy?
 To znaczy dalej to popierdzielone niebo, to znaczy, przepraszam  zBudzenie optyczne
okolic polarnych.
 Nie rozumiem  powiedziaB Wichtelmann.  Powinni[my dawno opu[ci tamten rejon.
 Co panu wyszBo ze strzelania sBoDca?  zapytaB Reinhardt.
 Przykro mi, ale namiary byBy bBdne.
 Co to znaczy?
 ZrobiBem wszystko jak zawsze i wyszBo mi, |e jeste[my po[rodku Sahary. To jeszcze nie
wszystko. Albo nasze kompasy s wadliwe, albo to sBoDce zachodziBo na poBudniu.
 Co takiego?!
 GBwny |yrokompas elektryczny i kompasy pomocnicze mogBy si zepsu, bo s
elektryczne. Ale kompas klasyczny wskazuje dokBadnie to samo. Tylko |e to si nie zgadza ze
sBoDcem.
Obaj pokrcili gBowami i ponownie spojrzeli na map.
 WBa[ciwie to ja bym chciaB zobaczy jakiego[ Tomka. Cokolwiek normalnego. Statek,
samolot. MiaBbym przynajmniej nadziej, |e mo|e nie zwariowaBem. Tak to mam wra|enie, |e
wszystko mi si [ni.

Flak  (niem.) od
Flugzeugabwehrkanone
lub
Flugabwehrkanone
 dziaBo przeciwlotnicze, [przyp. red.]
*
O [wicie rabanu narobiB dy|urny akustyk. Przez dBu|sz chwil nie mgB wykrztusi
sensownego meldunku. Nie chodziBo o okrt nieprzyjaciela ani o nic, co umiaBby zidentyfikowa.
SBycha byBo szum. Pot|ny, przecigBy i niepowstrzymany, jak odgBos spadajcej wody.
Reinhardt zabraB mu sBuchawki i przez chwil sam schylaB si nad stanowiskiem, przyciskajc
jedn sBuchawk do ucha z gBupi min, wreszcie wyszedB na pomost kiosku.
 WaB mgBy na kursie,
Herr Oberleutnant!
 zameldowaB wachtowy.  Na caBym przednim
perymetrze!
Istotnie, okrt sunB prosto w [cian biaBego oparu stojc na caBej szeroko[ci morza i ta [ciana
wyraznie si zbli|aBa.
 Nie podoba mi si to!  powiedziaB Reinhardt.  Maszyny stop!
Rwne Bomotanie diesli zmieniBo si w odgBos jaBowego biegu, ale okrt sunB z t sam
prdko[ci, a nawet jakby szybciej.
 Oba wstecz!  krzyknB Reinhardt. Za ruf zagotowaBo si, ale okrt nadal pBynB sennie do
przodu.
 Co[ nas [ciga  powiedziaB Wichtelmann.  Jak prd jaki[.
Reinhardt zszedB do centrali.
 Peryskop gra! Na caB wysoko[!
RozlegB si wizg silnika i kolumna peryskopu wyjechaBa wysoko nad kiosk. Reinhardt
przekrciB czapk daszkiem do tyBu i wtuliB twarz w muszl okularu.
TrwaBo to chwil, wreszcie odsunB si blady jak pBtno.
 CaBa wstecz! PeBna moc!
 Co tam jest?
Reinhardt wstaB z siodBa peryskopu.
 Koniec [wiata. Dogonili[my horyzont. Jak pan nie wierzysz, to sam sobie popatrz.  PognaB
po schodkach na pomost.
Istotnie. Morze koDczyBo si jak ucite no|em, a wody przelewaBy si przez krawdz i spadaBy w
nico[, wzbijajc chmury wodnego pyBu. Tak samo byBo a| do koDca horyzontu. Ogromna pBkula
nieba i gigantyczny wodospad od kraDca do kraDca.
Silniki wyBy, za ruf kipiaBa woda, unosiBy si kBby czarnego dymu.
 Zwrot! Ostro! Ster sto! CaBa naprzd!  wrzeszczaB Reinhardt do interkomu.
Okrt, dygocc jak koD chory na febr, zaczB skrca, ale czuBo si, |e jakim[ nienaturalnie
szerokim Bukiem.
 Lewy, maBa naprzd, prawy, caBa!  krzyczaB Reinhardt.
 Nie zd|ymy  wyszeptaB kto[.
 Bzdura! Jecha!
Odwrcili si wreszcie ruf do przepa[ci i Reinhardt kazaB da peBn moc. Okrt ruszyB, ale
wydawaBo si, |e z ka|dym obrotem [ruby zwalnia.
Silniki ryczaBy, a okrt pBynB coraz wolniej.
 Panie
Oberleutnant,
ten prd jest powierzchniowy!  krzyknB czif.  Uciekniemy pod
wod!
 Zanurzenie alarmowe!  ryknB Reinhardt bez namysBu.  Rusza si! Pod wod!
Prd pu[ciB dopiero na stu pidziesiciu metrach. Stopniowo, ale uwolnili si. TrwaBo to prawie
godzin, podczas ktrej siedzieli w milczeniu, patrzc na wskaznik logu, wyBamujc palce albo
wbijajc peBen wysiBku wzrok w plecy sternika, ktry wygldaB, jakby popychaB okrt siB woli.
 Mo|e log idzie, bo prd nim krci?  wyszeptaB Drugi.
Reinhardt pokrciB gBow.
 Nie. Ju| by[my spadli. PByniemy!
Wrzask entuzjazmu niemal rozsadziB okrt. Tylko Reinhardt siedziaB nieruchomo w mesie i
patrzyB, jak klepi si po plecach, unosz jeden drugiego i taDcz na gretingach. OdczekaB, a|
wszystko si uspokoi.
 PByniemy w przeciwn stron  oznajmiB.  Z powrotem do Asaheimu.
Euforia przycichBa.
 Gdzie jest starszy marynarz Frenssen?
 W mesie torpedystw.
 Dawa go do centrali!
Frenssen byB [wicie przekonany, |e staje do zalegBego raportu za atak paniki na pomo[cie, i
szedB jak na [cicie. Reinhardt popatrzyB na jego szczenic gb i poczuB si okropnie stary i
zmczony.
 Frenssen, usidzie pan z drugim oficerem w nawigacyjnej i opowie mu pan wszystko, co pan
sByszaB od swojej babci. Wezmiecie papier i postaracie si sporzdzi mapy tego caBego Asaheimu.
 Panie
Oberleutnant,
przecie| to bajki, zreszt byBem dzieckiem i &
 Wykona,
Obermatrose
Frenssen! Przypomnijcie sobie! Jako jedyny wiecie, o co tu chodzi!

Jawohl!
Wykona & map Asgardu &
*
 Wie pan, co mi to przypomina najbardziej?  zapytaB czif przy kolacji.
 No?
 Odysej.
Reinhardt pokrciB gBow.
 Nie ma tak dobrze. Odys mgB sobie |eglowa i dwadzie[cia lat, ale my musimy mie
paliwo.
 WedBug tego maBego DuDczyka Frenssena kluczem jest ten tczowy most . On ma Bczy
[wiaty.
 PopBynli[my dokBadnie tam, gdzie byB. ZniknB.  Reinhardt posmarowaB kawaBek chleba
pasztetem i pokiwaB gBow.  Bdziemy si teraz tak krci pomidzy jakimi[ karBami, Wanami,
Asami, a| ktrzy[ nas zaBatwi albo zabraknie paliwa. Mapa Frenssena nie daje nam wielkiego
wyboru. Czy chciaBby pan popByn mo|e do Alfheimu, gdzie mieszkaj karBy, Zwietli[ci Alfowie,
co to opiekuj si zwierztami, albo mo|e Czarni Alfowie, parajcy si kowalstwem? Albo mo|e
do Jottunheimu, gdzie mieszkaj &  spojrzaB na kartk  Lodowe Olbrzymy? Nie chce pan
zwiedzi {elaznego Lasu? To mo|e Wybrze|e Trupw? SpodziewaBbym si tam kurortu. 
OdgryzB pot|ny ks i znw pokrciB gBow z politowaniem.  Martwi si te| o ludzi. Nie ka|da
psychika wytrzyma co[ takiego. Dzisiaj rano ten Fliecke z lordw  dostaB szaBu. ChciaB gramoli
si do kiosku i skaka za burt. Trzeba byBo go zwiza. Teraz le|y w przedziale torpedowym.
Doktor daB mu jakie[ proszki, ale to si mo|e rozprzestrzenia.
 A dlaczego nam nie odbija?
 Po prawie sze[ciu latach wojny? Mam wra|enie, |e widziaBem ju| bardziej idiotyczne
rzeczy. WypaliBem si. Nic mnie ju| nie dziwi. Nie chce mi si ju| nawet dziwi. I tyle.
 W ka|dym razie w tej Walhalli chyba nie mamy ju| czego szuka.
 Dziwi si pan? Pojawili[my si i na dzieD dobry obwiesili[my drzewo stryczkami, po czym
odstawili[my miniwiec hitlerowski. Oto nasza wizytwka. Pan by z takimi gadaB?
*
 Co to znaczy, |e akustyk sByszy woBanie o pomoc?  zapytaB Reinhardt cierpliwie mata z
centrali.  Pod wod?
 Powtarzam meldunek, panie
Oberleutnant.
Reinhardt wygramoliB si z koi i ruszyB na gr, zakBadajc po drodze koszul.
 Kto[ woBa po niemiecku, panie dowdco! Krzyczy, jakby okropnie cierpiaB.
 Poka|!  ZaBo|yB na chwil sBuchawki i pokrciB gBow z niedowierzaniem.  Namiar?
 Kierunek dwadzie[cia pi!
 Ster dwadzie[cia pi! Zobaczymy, o co chodzi. Sternik, jecha wedBug wskazwek
akustyka. Id na gr. W razie zmian meldowa.
Okrt sunB na krtkiej fali, byBo pochmurno i zimno.
Ld ukazaB si po pBgodzinie dokBadnie przed dziobem. Ciemnobrunatny pasek na horyzoncie,
potem coraz wyrazniejsze zby skaB, biaBe jak gBowy cukru lodowce i zwaBy [niegu. Reinhardt
odpiB mikrofon.
 Ziemia na kursie! Czy te & gBosy s nadal sByszalne?
 Coraz wyrazniej,
Herr Oberleutnant.
Stanli w dryfie jakie[ dwie[cie metrw od skalistego brzegu. Krzyk byBo sBycha zupeBnie
wyraznie, ju| bez pomocy aparatury. ZachrypBy, przecigBy, peBen cierpienia, ale mocny.
Drugi oficer wyszedB na pomost, przynoszc kaw i |ujc chleb z kieBbas.
 Nie wydaje si to panu dziwne? WoBanie o pomoc po niemiecku? Tutaj?
 Nie umiem oceni, panie Wichtelmann. A latajca goBa cizia nie wydaje si panu dziwna? Co
tu tak naprawd uzna za dziwne?
 Wchodzimy do tej zatoki?
 Tak. Niech pan ka|e obsadzi dziaBa.
Wska, otoczona skaBami zatoka byBa wystarczajco gBboka, |eby wprowadzi tam okrt, ale
pBynli jak najostro|niej. Obie wie|yczki obracaBy si z burty na burt. Na pomo[cie bojowym
Obermat
Lietzmann zaBo|yB do kaemw bbny amunicyjne, trzasnB suwadBem i wpasowaB
ramiona w obszyte skr kolby. PanowaBa cisza. Krzyk ustaB. Oficerowie zastygli z lornetkami
przy twarzy, przepatrujc ka|dy centymetr skalistego brzegu. ZaskrzeczaBa mewa. KawaBek
lodowca oderwaB si z trzaskiem i zjechaB do wody.
 Co to za dzwik?
 To pkajcy ld, panie
Oberleutnant.
Ld tak skrzypi. Topi si i zaraz znowu gdzie[ si
oberwie.
 Ale gdzie?
SkrzypiaBo i trzeszczaBo coraz gBo[niej, a| zauwa|yli, gdzie. KawaB lodowca pokryB si
blizniaczymi pkniciami, ale zamiast odpa[ unisB si do gry, ukazujc szklist, biaBosrebrn
twarz wielko[ci fasady maBego ratusza. Nieprzyjemn twarz, dzik, z wybaBuszonymi oczami
l[nicymi zimnym, niebieskim blaskiem acetylenowego pBomienia i peBn wyszczerzonych kBw
jak dwumetrowe sople. Na pokBadzie zapanowaBa gBucha cisza. Potwr, klczcy dotd na brzegu,
zaczB wstawa i prostowa si, gubic pBaty lodu, potrzaskujc i skrzypic. MiaB z osiem metrw
wzrostu.
 Szronowy olbrzym  wyszeptaB Frenssen.
 Silniki caBa wstecz, pelotki, przygotowa si do otwarcia ognia &  powiedziaB spokojnie
Reinhardt.
Potwr rozwarB karykaturaln, pBludzk paszcz i wydaB z siebie ryk, ktry brzmiaB
ogBuszajco, lecz nisko, jakby pkaB ldold Arktyki. Ni to trzask, ni przecigBy grzmot, ktry [ciB
wody zatoki jzorem szronu i dmuchnB im w twarze piekcym mrozem. Lk marynarzy utonB w
tym ryku, cz[ padBa na kolana, zatykajc uszy, ale w tym samym momencie spadB na nich suchy
Bomot oerlikonw. Brzeg porsB nagle ognistymi krzakami eksplozji pociskw przeciwlotniczych
zasypujcych zatok odBamkami. Potwr poruszaB si jak bByskawica i jakim[ cudem pozostaB
nietknity.
 PudBo!  wrzasnB Reinhardt.  Na stu pidziesiciu metrach, skandal! Poprawi!
Olbrzym skuliB si i zaskakujco szybko pomknB pomidzy skaBami, wokB niego
eksplodowaBy pociski przeciwlotnicze. Ld i kamienie wybuchaBy mu pod nogami i tu| za
zgarbionymi plecami, ale nie mo|na byBo oceni, czy cokolwiek mu zaszkodziBo. Lietzmann
pogoniB go jeszcze strumieniami pociskw ze swoich jazgoczcych kaemw, ale bez wikszego
efektu. Kanonierzy krcili korbami jak szaleni, obracajc oerlikonem. Gorce Buski sypaBy si do
wody.
Olbrzym ukazaB si znowu, unoszc nad gBow kawaB lodu wielko[ci traktora, i zamachnB si.
 Uwaga!  wrzasnB Reinhardt.  Ster lewo! CaBa wstecz!
 CaBkiem jak Polifem  zadrwiB drugi oficer. BryBa lodu przeleciaBa z szumem nad pokBadem
i rbnBa dziesi metrw od burty, wyrzucajc sBup wody i potrzaskanego lodu. Okrt zakoBysaB
si, wielki kawaB lodu rozbryznB si o kiosk, przewracajc artylerzystw. Celowniczy schowaB
gBow w ramiona i obrciB korbami, po czym nadepnB na spust. Lufy dziaBka dziobowego wypluBy
strug ognia, cel utonB w dymie, fontannach odpryskw i rozpylonego [niegu. Na zatok i okrt
posypaB si grad odBamkw. Kiedy si uspokoiBo i Reinhardt wychyliB si zza falochronu, wszystko
dookoBa, brzeg i skaBy, zbryzgane byBo zabarwionym na czerwono [niegiem, haBdami krysztaBkw
przypominajcymi malinowy sorbet, ktre dopiero teraz zaczBy topnie i pByn jak krew.
Nad zatok eksplodowaB zwyciski wrzask.
 No dobra. Artyleria, pozosta na stanowiskach. Ponton i dwch ludzi do desantu  zawoBaB
Reinhardt.  Bosman, wyda trzy automaty. Panie Wichtelmann, prosz by gotowym przyj
nas na pokBad w ka|dej chwili. I niech kto[ obudzi doktora.
 Marynarz ranny!  rozlegB si krzyk od dziobowej wie|yczki.
 Co si dzieje?
 To Frenssen,
Herr Oberleutnant.
RzuciBo nim o wBaz komory amunicyjnej. Nieprzytomny,
ale chyba |yje. Ma rozwalony Beb.
 Pod pokBad z nim, niech doktor go opatrzy.
 Chyba nie powinien pan i[  odezwaB si Wichtelmann.  To nierozsdne, |eby dowdca
szedB na zwiad. Pjd z bosmanem i &
 Nie, panie drugi. Troch to trudno wytBumaczy, ale chc cho raz zrobi co[ jak czBowiek.
Rozumie pan? Nie rozstrzela rozbitka, nie spali bezbronny kuter, nie powiesi jeDcw, tylko
postpi po ludzku. Na przykBad zareagowa na woBanie o pomoc i pomc komu[. Nie |eby go
zaraz obrabowa, zatBuc albo wysBa do obozu i zrobi z niego mydBo. Chc co[ zrobi jak
czBowiek, raz w |yciu, rozumie pan? Prze[laduje mnie my[l, |e zmuszono mnie do oszukaDczej
gry.
Reinhardt zapiB pas z kapitaDskim pistoletem, przewiesiB przez rami automat i wziB jeszcze
Badownic z picioma magazynkami.
Nad skaBami znowu popBynB nagle rozpaczliwy jk, i okrzyk: Ludzie, pomocy! Ratunku! .
Ziemia zadr|aBa lekko i przez zatoczk przebiegBy fale.
 Idziemy. Bosmanie, niech pan wezmie jeszcze lin i granaty. Kto jeszcze idzie?
 Fanghorst, panie pierwszy.
Wspinali si ostro|nie midzy skaBami, grzznc w [niegu, przygici i niepewni, jakby
odzwyczaili si od nieruchomego ldu. Reinhardt zadyszaB si, dotarBszy na gr klifu, i przerzuciB
empi za plecy.
 Skd dochodzi ten wrzask?
 Tam. Pod t skaln [cian, widzi pan?
Przed nimi wznosiBa si ponura [ciana z pBytk pieczar. Krzyk dochodziB stamtd.
Reinhardt odcignB suwadBo i przewiesiB automat przez pier[.
 Co[ si tam rusza. Ja i bosman idziemy na skrzydle, pan, Fanghorst, w ariergardzie. Nie
strzela bez rozkazu.
 Co[ stamtd wycieka, widzi pan? Spod tego nawisu. Paruje i ziemia wyglda tam jak
wypalona.
Podeszli do pieczary z obu stron, wzdBu| [ciany. Reinhardt przyklknB i zajrzaB ostro|nie pod
nawis akurat w momencie, kiedy rozbrzmiaB stamtd ogBuszajcy krzyk. CofnB si natychmiast,
krzywic twarz, po czym zajrzaB jeszcze raz. Z pieczary wypBynBa struga cuchncego ostro,
dymicego pBynu. WydawaBo si, |e kamienie paruj i kipi w zetkniciu z ciecz.
Pod skalnym nawisem le|aB nagi m|czyzna rozkrzy|owany na skaBach, ramiona miaB skute
kajdanami, a z gry, gdzie[ ze stropu jaskini, sczyB si cuchncy, parujcy pByn, prosto na pokryt
czerwonymi oparzeniami twarz. Przy jego gBowie klczaBa pBnaga dziewczyna o skoBtunionych
wBosach, okryta jak[ niemo|liwie brudn i podart szmat. TrzymaBa w dBoni mis, usiBujc
chwyta strumyczki cieczy i chroni gBow m|czyzny. Na przedramionach miaBa takie same
ropiejce blizny, jakie znaczyBy twarz i pier[ m|czyzny. Misa dygotaBa w jej dBoniach. WBosy
okrywaBy umorusan twarz i Reinhardt widziaB tylko oczy. Wielkie i przera|one.
 Prosz, pomocy & To mj m|, jad si zaraz przeleje, ja musz opr|ni mis & BBagam &
Pom|cie nam &
PByn istotnie wypeBniaB ju| naczynie. Dziewczyna pochyliBa si i chlusnBa cuchnc ciecz
poza jaskini, ale kilka kropli spadBo natychmiast na twarz m|czyzny, tworzc parujce w|ery.
Ten wypr|yB si konwulsyjnie i wrzasnB przerazliwie. Z sufitu posypaB si piasek, ziemia
zadr|aBa.
 Bosmanie, prosz wzi mis od pani  powiedziaB Reinhardt.  Spokojnie, pomo|emy
wam. Niech pani usidzie. Co to jest? Co to za pByn?
Dziewczyna niechtnie oddaBa naczynie, po czym osunBa si na ziemi, dygocc z
wyczerpania. Skuty m|czyzna zajczaB rozpaczliwie. ByB pBprzytomny z blu.
 To jad & Tam jest w| & Jego jad [cieka na twarz mego m|a dzieD za dniem i rok za
rokiem. Chwytam jad w mis; kiedy jest peBna, wylewam & Rok za rokiem &
 Co ona gada, panie pierwszy?
 Nie wiem, ale faktycznie co[ si rusza tam na grze. Niech pan czeka, najwa|niejsze
BaDcuchy.
 Mo|e przynie[ palnik acetylenowy z okrtu?
 Szkoda czasu. Te BaDcuchy oplataj skaB i koDcz si za tamt [cian. Mo|e je rozsadzi?
 A nie zawali jaskini?
 Jest solidna, a to tylko granat. Tam z tyBu jest wielka komora. Nie bdzie skoku ci[nienia.
Reinhardt wczoBgaB si za skaB i wepchnB granat pomidzy ogniwa BaDcucha, odkrciB
nakrtk trzonka, wydobyB sznurek z zawleczk na zewntrz, po czym przywizaB do kBka
kawaBek linki. Potem znalazB wilgotn glin i ulepiB z niej zatyczki do uszu, |eby zabezpieczy
m|czyzn. Na koniec obwizali mu nogi lin i wyprowadzili dziewczyn pod skaB.
 Bd musiaB wyla ten szajs  ostrzegB bosman.  Cuchnie jak kwas akumulatorowy i
iperyt naraz. Zaraz si przeleje.
 To wylewaj pan, nie ma rady.  Reinhardt zajrzaB ostro|nie w gr jaskini i wydawaBo mu
si, |e widzi pBaski, trjktny Beb wielko[ci maski ci|arwki, nieruchomy jak krokodyle w
hamburskim zoo. Z rozchylonej paszczy kapaB jad, jak rzadki, trujcy deszczyk. WydawaBo mu si,
|e widzi blado|Bte oczy rozmiaru melonw.
 Nie mog trzyma misy, jak bdziemy detonowa granat. Mo|e pogoni to bydl seri?
Reinhardt wpakowaB w gr ogBuszajc seri z empi, po czym szarpnB za sznurek i obaj
uciekli z jaskini. Kiedy strzelaB, tam w grze co[ eksplodowaBo konwulsyjnym, wijcym si
ruchem, jak gigantyczna, zwolniona spr|yna.
HuknBo, dopiero kiedy Reinhardt byB ju| caBkiem pewien, |e to niewypaB. PomaraDczowy
rozbBysk, potem z pieczary zionBo kBbami dymu. Pocignli za lin i m|czyzna wyjechaB na
wznak na [wie|e powietrze. ByB nieprzytomny, a zerwane BaDcuchy cignBy si za nim po ziemi.
Powlekli go midzy sob Bk w kierunku klifu. Dziewczyna snuBa si za nimi, potykajc si z
wyczerpania i chlipic. Zd|yli zrobi poBow drogi, kiedy Reinhardt zerknB przez rami i
zobaczyB ogromny, pokaleczony pysk pokryty Buskami wyje|d|ajcy z pieczary niczym szar|ujcy
czoBg. Fanghorst przyklknB i zaczB strzela.
Reinhardt upu[ciB rannego i unisB automat, naciskajc spust. Bosman zamachnB si i posBaB
syczcy granat prosto pod suncy Beb.
 Padnij!
Eksplozja targnBa sucho powietrzem, z gry posypaBy si kamienie, kawaBki darni i bryBy lodu.
W| zwinB si w miejscu [cigany kolejnymi strumieniami pociskw i zanurkowaB w gBb
pieczary. Reinhardt wstaB i odpiB magazynek.
 Ju|? Pusty? Ale| to szybko idzie. Nie jestem pewien, czy go trafiBem. Nie miaBem tego w
rku od szkBki.
 A ja jeszcze nigdy nie strzelaBem z empi  powiedziaB Fanghorst.  W szkBce dali nam
mauzery. Jak na polowanie.
 Zabierajmy si std. A gdzie jest delikwent? M|czyzna zniknB. Nie byBo te| [ladu jego
towarzyszki. Zostali sami.
 Troch gBupio  skonstatowaB Reinhardt.  Przynajmniej rozprostowali[my nogi.
*
 Jad [ciekaB mu na twarz?!  pytaB Frenssen. MiaB obanda|owan gBow i szwy pod okiem
zaklejone opatrunkiem, ale trzsB si z wra|enia.  Kobieta podstawiaBa mis?!
 Przecie| wam mwi.
 Jezu, panie
Oberleutnant
, czy pan wie, co[cie zrobili?
 Uwolnili[my torturowanego czBowieka wzywajcego pomocy  zauwa|yB sucho Reinhardt,
nabijajc fajk.
 Przecie| to byB Loki! Loki! Bg oszust, ktry zostaB zakuty, |eby nie sprowadziB koDca
[wiata i zagBady! To on wywoBa Ragnarok  wiek ciemno[ci i ostatecznej bitwy, w ktrej
wszystko przepadnie! Zgin bogowie i caBy [wiat pogr|y si w mroku!
 Trudno. Ju| si staBo. Niech pan nie rozpacza. Co pana obchodzi koniec [wiata
skandynawskich bogw? My musimy znalez tylko ten caBy Bifrost i wynie[ si std.
 Panie
Oberleutnant!
NasBuch ma sygnaB radiowy! Bardzo silny!
Reinhardt pomknB do centrali, przeskakujc stopnie.
 Co to za czstotliwo[?
 Eee &  powiedziaB radiotelegrafista.  Nadaje na wszystkich czstotliwo[ciach. Na fonii.
 Dawa na gBo[nik!
Najpierw zatrzeszczaBo jak zdarta pByta, po czym rozlegBo si monotonnym gBosem: Loki do
Je|eli wam si dzi[ wydaje, |e zabi to jest prosta sprawa,
Dla tego ktry byB kowalem, dla tego ktry Ban uprawiaB.
To nie jest prawda, to si mija, z tym co[my chcieli i co chcemy.
To nie nasz zawd byB zabija, nie nasza miBo[ cekaemy.
Nie szukali[my [mierci, nie szukali[my krwi
O orderach na piersi nie marzyli[my zbyt & z piosenki Edmunda Fettinga
Nie szukali[my [mierci  sBowa A. Kreczmar
JarosBaw Grzdowicz
ILCZA ZAMIE
JarosBaw Grzdowicz urodzony w 1965 roku, debiutowaB w 1982. W 1990 roku wraz z
Andrzejem Aaskim, Krzysztofem SokoBowskim, Dariuszem Zientalakiem i RafaBem
Ziemkiewiczem zaBo|yB magazyn literacki Fenix , w ktrym prowadziB dziaB prozy polskiej, a od
1993 roku byB jego redaktorem naczelnym. Oprcz tego pracuje jako dziennikarz, prowadzi staB
rubryk naukowo cywilizacyjn w Gazecie Polskiej i tBumaczy komiksy, gBwnie z serii
Usagi
Yojimbo
i
Batman.
W Fabryce SBw ukazaBy si dotd
Ksiga jesiennych demonw
(2003), jego
pierwszy autorski zbir opowiadaD grozy, oraz
Pan Lodowego Ogrodu
(2005)  najnowsza
powie[ mistrzowsko Bczca elementy science fiction i fantasy.
Bracia bi i zabija si bd,
Dzieci sistr rodzonych zwizki krwi kalaj,
Czasy szaleDstwa, bezwstydu, cudzoBstwa,
Wiek topora, wiek miecza i tarcz strzaskanych,
Wiek zamieci wilczych, nim [wiat w przepa[ runie.
Vluspa  Wieszczba Vlvy
Atlantyk PBnocny
WrzesieD 1944
6427  N 1311  W
stan morza  3
wiatr  4B NNW
Zwiat zalany oBowiem, pomy[laB Reinhardt, wciskajc si midzy chrapy a kolumn peryskopu,
by utrzyma rwnowag na chybotliwym pokBadzie. OBowiane morze marszczyBo si dBugimi,
gBadkimi falami przypominajcymi faBdy na dywanie. Ci|kie, sine niebo wisiaBo nad gBowami jak
nagrobna pByta. Dzib okrtu wbijajcy si w kolejne fale rwnie| byB szary. Podobnie jak twarz
stojcego obok Fanghorsta. Marynarz wygldaB jak dziwaczny stwr o l[nicej, czarnej skrze i z
oczami wystajcymi z gBowy na dwch czarnych szypuBach. Ciekawe, czy kiedykolwiek zdoBa
oderwa lornetk od twarzy? Nawet bryzgi piany, wykBadajce si w odkosach dziobowych i
zwieszajce jak festony ze spychacza sieci, wydawaBy si szare. OBowiany [wiat. SBycha byBo
tylko [wist wiatru i dzwiczne, gBbokie uderzenia fal o zbiorniki balastowe jak o pust beczk.
W szkBach wida byBo dwie szare pBaszczyzny  ciemniejsz na dole i ja[niejsz na grze.
Przecite nimi podziaBki, niezno[nie monotonne i puste.
 Wracamy do domu, panie
Oberleutnant?
 zapytaB Fanghorst. Z tyBu mat Zemke
przepatrujcy swj kwadrant tylko parsknB.
 A gdzie si panu niby tak spieszy?  mruknB niewyraznie Reinhardt, przygryzajc ustnik
fajki.  Do tych blaszanych barakw i fiordw? Tam jest gorzej ni| tutaj.
 Trondheim!  zawtrowaB mu z tyBu Zemke, cedzc to sBowo jak ordynarne przekleDstwo.
 Zasrana [wiDska dziura! Nawet nie ma gdzie postawi patyka! Jak pomy[l o St. Nazaire &
 W St. Nazaire pewnie ju| s Tomki i ciupciaj t twoj {ermen, a| iskry lec.
 Ma szans si zrehabilitowa  dorzuciB ktry[.  Musi odstawi tylko pi patriotycznych
numerkw za ka|dy kolaboracyjny, szwabski sztos z tob.
 Do[ rajdania  warknB Reinhardt.  Zaraz nadleci jaki[ Tomek i zrobi ci Trondheim z
dupy!
Jeszcze tego brakowaBo. NadcigaB dy|urny Temat Numer Jeden. Ju| i tak caBy okrt od
przedziaBu torpedowego po maszynowni rozbrzmiewaB Tematem Numer Jeden. Gwniarze
wy|ywali si w gadaniu. Jeszcze tylko brakowaBo tego na pomo[cie podczas wachty. Mo|na byBo
dosta kiBy od samego sBuchania.
Zemke ucichB natychmiast.
Wszyscy wygldali jak l[nice, czarne kukBy. Zapici szczelnie w ubrania sztormowe, tak |eby
pomidzy postawionym koBnierzem uszczelnionym rcznikiem a okapem zudwestki mie[ciBy si
tylko okulary lornetek.
Przepatrywa horyzont. Minuta po minucie i stopieD po stopniu. Ka|da plamka, ktra pojawi si
w tej szarej, oBowianej nico[ci, to mo|e by cholerny hudson z brzuchem peBnym bomb
gBbinowych.
Albo mewa.
Atlantyk nie nale|aB ju| do nich. Wilki zamieniBy si w zwierzyn.
Korba rygla zakrciBa si, a potem ostro|nie uniesiono wBaz. CzBowiek, ktry staB na drabince,
najwyrazniej uwa|aB, |e nie jest odpowiednio ubrany na spacery w tak pogod. Boczna fala
BupnBa o kiosk i zasypaBa ich gradem lodowatych kropli.
 Szyfrogram do pana pierwszego oficera!
Reinhardt opu[ciB lornetk i rozmasowaB zdrtwiaBe palce. OdczekaB kolejne przej[cie fali, a
potem wystukaB fajk o stalowy falochron. Pedantycznie  od zawietrznej, |eby popiB i iskry
poleciaBy w morze. W [rodku wszystko mu si gotowaBo. Szyfrogram. Zamiast rozkazu powrotu
szyfrogram.
Przeciek nad kolektorami gBwnego zbiornika balastowego, przeciek przy oringach lewego
waBu [ruby, brak |arcia, dwie tony paliwa, jedna jedyna torpeda w rurze. Chrapy bior wod.
Wgnieciony cudowny, nowiutki kadBub elastyczny. Wylane osiem akumulatorw, zbocznikowane
jakimi[ [mieciami. A oni przysyBaj szyfrogram. I to jeszcze taki, ktrego nie mo|e rozBo|y
radzik. ChBopak zapewne przepu[ciB ju| wszystko przez Enigm i zobaczyB tylko sBowo pierwszy
oficer , a potem cig literowo cyfrowych bzdur.
Niedobrze. Szyfrogram jest jak nagBy telegram. Nigdy nic dobrego.
Reinhardt otworzyB wBaz i zszedB na dB, starannie stpajc po szczeblach. Rozkosz. Nie trzeba
zje|d|a na Beb na szyj, nie trzeba zdziera gardBa przy zanurzeniu alarmowym. Radiowiec staB
obok z depesz w rku, jak nadgorliwy kamerdyner.
Reinhardt rozsznurowaB ta[my zudwestki i zdjB j z daleka od ciaBa, a potem wziB si za
rozpinanie sztormowego pBaszcza.
Zaple[niej w tej gumie, skrach, filcach i weBnach, pomy[laB. Tu trzeba dostpu powietrza. To
nie jest tylko kwestia wody, mydBa, ani te| wody koloDskiej. Od tygodni nie zdjBem ubrania.
Gdyby nawet w tej chwili weszBa tutaj sama Marlena Dietrich, Marlena otulona tylko
szlafroczkiem, mikka, pachnca i gBadka, a potem w[lizgnBa si do koi i kiwaBa na niego palcem
zza zasBonki, nawet by jej nie dotknB. WstydziBby si. To nie po ludzku.
Najpierw kpiel. DBuga kpiel. MydBo, pumeks, proszek do zbw.
I |yletka, oczywi[cie. Zgoli t paskudn, cuchnc kozl brod.
Natrze si wod koloDsk.
Potem dopiero mo|na pokaza si kobiecie.
Bo|e, jak tu cuchnie, jknB w duchu. Do koDca |ycia przypuszczalnie nie tkn limburskiego
sera.
Jednak przyszBo mu do gBowy, |e nawet najbardziej dojrzaBy i o[lizgBy limburger to o wiele za
maBo, by odtworzy niepowtarzalny aromat okrtu podwodnego. To duszny, sBodkawy smrd
brudnych ciaB, rozkBadajcego si mskiego potu, zwBaszcza tego na stopach, zmieszany z rop,
gum, kwasem akumulatorowym z zzy, z delikatn nut ple[ni, wymiocin i amoniaku. Do tego
resztki aromatu neoprenowego kleju i farby. Taki kozlo techniczny odr.
Bosman nazywaB to krtko  mokra bzdzina .
 Panie pierwszy, radiogram.  Radiowiec dzgnB powietrze trzyman w dBoni kartk, jakby
chciaB wepchn mu j do ust. Pod rzadk jak islandzkie porosty, niedorozwinit brdk wida
byBo woskow cer i czerwone rumieDce na policzkach. Dzieci. To wszystko byBy dzieci.
Podwodne przedszkole PBnocnego Atlantyku. Zapewne tak samo jak na frachtowcach i w
niszczycielach Tomkw. Dziecica wojna. Ten tutaj podskakuje ju| ze zniecierpliwienia. No i
co? No i co? Puchatku? 
 Czeka!  burknB Reinhardt, walczc z guzikami zdrtwiaBymi i przemarznitymi na koBki
palcami. ZdjB wreszcie ci|ki jak nieszcz[cie pBaszcz i powiesiB go na kolumnie peryskopu, |eby
ociekB. Radiowiec unisB si lekko na palcach, podsuwajc znowu swj [wistek niczym lokaj
srebrn tac z porann poczt, ale Reinhardt, przysiadBszy na skrzyni z mapami, [cigaB ci|kie,
podbite od [rodka korkiem i filcem morskie buty.
 Naprawd pan sdzi, |e nasz dawca szcz[cia,
Oberbefehlshaber der Kriegsmarine,
Groadmiral
Karl Dnitz, nie wytrzyma, zanim zdejm pBaszcz?
Radzik spsowiaB pod swoim zBotym puchem.
 Taa &  wycedziB z zadowoleniem Reinhardt, [cigajc przez gBow wilgotny, sfilcowany
pulower w nieokre[lonym, burym kolorze. Drogi pulower z lamiej weBny, zapinany na zamek
bByskawiczny a| po uszy, ktry jeszcze miesic temu byB niebieski.  WBa[nie tak. Spokojnie i po
kolei. Nie szarpa si i nie miota. Zawodowo trzeba, panie radio. Kuk! Co si dzieje z kaw, o
ktr prosiBem pB godziny temu?
 Si parzy, panie pierwszy.
 Cholerny zwierzak selcerski, gryzie t kaw zamiast zmieli  burczaB Reinhardt.  Gdzie
jest mat z centrali? Co tu si dzieje? Zanie[ mi to mokre gwno, jak tylko obcieknie. Rozwiesi
piknie w maszynowni. Ma by suche jak pieprz za pB godziny! Buty te|! Dawaj pan ten
radiogram.
Nowiutki, jeszcze niedawno nawet pachncy farb i klejami okrt typu XXI oferowaB rozmaite
luksusy, o ktrych na starym U 250 mgB tylko pomarzy. Dwie toalety zamiast jednej. Prysznic.
Umywalnia. Niestety, wskutek awarii odsalaczy na razie tylko teoretycznie. Mo|na si byBo
wykpa, ale jedynie w sBonej, pompowanej zza burty wodzie. Jednak chyba mniej tu [mierdziaBo.
Gdyby klimatyzatory lepiej dziaBaBy, mo|e nawet powietrze mo|na by uzna za czyste. Ale
najwa|niejsze, |e pierwszy oficer dorobiB si malusieDkiego kantorka  niemal|e prawdziwej
kajuty, ktr dzieliB jedynie z czifem. Cudowne. Co[ jak kibel w wagonie kolejowym drugiej klasy.
Na starym VIIC miaB tylko koj z zasBonk w przedziale O, jak ka|dy oficer pokBadowy. Teraz z
rozkosz zamknB drzwiczki z udajcego drewno arkusza sklejki i mgB rozkoszowa si
namiastk samotno[ci.
Natychmiast zaBo|yB inny pulower oraz teniswki. OdetchnB ci|ko i zabraB si do roboty.
PoBo|yB kart na maleDkim skBadanym stoliczku i otworzyB drewniane pudBo z Enigm.
WygldaBa jak przero[nita, cudaczna maszyna do pisania. Klnc pod nosem, Reinhardt wyszukaB
w wyBo|onych mikko gniazdach cylindry szyfrujce i zaBo|yB je na osie. Potem zamknB oczy,
bbnic palcami po stole, nastpnie spojrzaB na kalendarz i w sufit, szukajc w pamici aktualnych
nastaw.
 2178, teraz kontakty: REGENBOGEN, ULLA 88 NORDPOL  zamruczaB pod nosem,
ustawiajc oznaczone literami i cyframi pier[cienie, a potem przekBadajc wtyczki do oznaczonych
literowo gniazd.  Szlag by ich trafiB, banda bBaznw. Komancze w dup jechani.
PisaB niewprawnie, kciukami i palcami wskazujcymi, gryzc wygasB fajk i cedzc w ustnik
okropne sBowa. StukaB powoli, potykajc si, niczym gminny urzdnik. Nie znosiB tego. Mieli tu
kalk, suszki, dziurkacze i kopiowe oBwki. Walizkow maszyn do pisania Torpedo ,
zawierajc czcionk ze swastyczk, i drug  ze znaczkiem SS. PBywajca kancelaria po[rodku
Atlantyku. Kawa si koDczyBa, chleb ple[niaB, brakowaBo ju| aspiryny, ale spinaczy  w |adnym
wypadku. Porzdek musi by. Stary byB prawdopodobnie szcz[liwy.
Reinhardt stukaB w klawisze, nie patrzc na efekt, tylko zerkajc na kart peBn kodw, |eby
czego[ nie pomyli.
Dopiero po wszystkim spojrzaB na kart z rozszyfrowanym tekstem i zmartwiaB.
KAPITNLEUTNANT ZUR SEE
 to byBy jedyne sensowne sBowa. Reszt stanowiB cig liter i
cyfr bez |adnego sensu. Potrjny szyfr. Naprawd niedobrze. Zdecydowanie, rzeczywi[cie,
powa|nie niedobrze. Nie pozytywnie. Ponuro. Bardzo zBo|ona sytuacja. KBopoty.
ZabraB poprzedni kart i t now, po czym odsunB drzwiczki i poszedB do Starego. Ten te|
dorobiB si lepszej kajutki w miejsce dziupli, ktr musiaB si zadowala na poprzednim okrcie.
O ile byB jaki[ poprzedni okrt, pomy[laB Reinhardt zBo[liwie. Wszystko wskazywaBo na to, |e
jego wdz |eglowaB dotd jedynie na biurku przez oceany paragrafw. Kiedy byBo ju| wiadomo, |e
wchodz na nowy, oceaniczny XXI, caBa zaBoga byBa absolutnie pewna, |e to Reinhardt dostanie
trzeci zBoty pasek oraz zaBo|y nieprzepisowy, cho tradycyjny, biaBy pokrowiec na czapk. Prawd
powiedziawszy, w gBbi serca Reinhardt te| byB tego pewien.
Niestety.
C est la vie.
SkoDczyBo si na kawaBku blachy na szyj. Taki fetysz. Co[ w rodzaju
ko[ci kazuara do wetknicia w przegrod nosa.
 Szyfrogram dla
Kaleu
 oznajmiB Reinhardt i zapukaB do kajuty. Na okrcie zapadBa
grobowa cisza, ktra przeniosBa si w gr do centrali i w obu kierunkach wzdBu| kadBuba jak
trujcy gaz. Najpierw szepty: szyfrogram & kapitaDski & , potem zduszone przekleDstwa i cisza,
jakby zabiB ich tymi trzema sBowami.
Stary siedziaB, oczywi[cie, przy blacie swojego biureczka i skrobaB pirem w zeszycie. WokB
pitrzyBy si papierzyska, pisma i kwestionariusze. Zcian nad koj zdobiBa wyszyta przez |on
makatka. Niebieskim kordonkiem, BaDcuszkiem, w bardzo pruskim stylu. Z pewno[ci byBa tam
jaka[ patriotyczna, budujca sentencja, ale wisiaBa tak, |e nie sposb byBo cokolwiek zobaczy.
ZakBadano si o to. Fenrich Fanghorst upieraB si, |e to z pewno[ci Bo|e, ska| Angli! .
Natomiast motorzy[ci ustalili midzy sob, |e obstawiaj Naprzd, do zwycistwa! .
Reinhardt prywatnie sdziB, |e raczej Jeden Nard, jedna Rzesza, jeden
Fhrer .
I pod tym
wypr|ony hitlerek w[rd kwiatkw, ptaszkw i barankw.
 SBucham, Reinhardt?  Stary unisB t swoj bezlitosn twarz belfra od matematyki i
spojrzaB na Pierwszego przez okulary.
 Szyfrogram trzeciego stopnia,
Herr Kaleu
 wycedziB Reinhardt.  PrzyniosBem kart i
maszyn.
 Prosz postawi na stole i wychodzc, zamkn za sob drzwi. Przepisy,
Oberleutnant.
 WedBug rozkazu.
 I & Reinhardt?
 Tak?
 Po co pan wrzeszczy na caBy okrt, |e dostaBem szyfrwk? To budzi tylko niepotrzebne
emocje. ZaBoga powinna cierpliwie czeka na rozkazy, a nie si dekoncentrowa. Ci, ktrzy nie
maj wachty, maj obowizek wypoczywa i pozostawa w gotowo[ci.
 Tak jest  durny bucu, dodaB w my[lach. Zaraz powie co[ o odpowiedniej postawie i
|oBnierskim wypoczynku.
 Odmaszerowa.
*
Reinhardt wcisnB si za stB w mesie O i napotkaB ci|ki wzrok czifa, ktry udawaB, |e czyta
wystrzpione numery Signala  sprzed miesica.
 Kuk, kaw do mesy, biegiem!  krzyknB Pierwszy.  Z cukrem i mlekiem! I gorc jak
piekBo!
 Ten interes ju| si koDczy  stwierdziB czif, skBadajc starannie pismo.
 A skd to taki brak ducha? DostaB pan nowy, cudowny okrt, perB niemieckiej my[li
technicznej, i jeszcze przed podwieczorkiem zaczyna pan wtpi w zwycistwo?
 Jak pan opalaB si w ogrdku na tarasie, dostali[my dwa trzygwiazdkowe  meldunki.
 Kto?
 U 489 i U 88.
 To pewne?
 Ten sam konwj, ktry zrbaB nam dup. I jeszcze samoloty.
 489 to chyba Hagenstoss, a ten drugi?
 Korbatschek.
 Nie znaBem. To jaki[ nowy. Ale na 489 pBywaB Vogelmann. Cholera, niemo|liwe.
Vogelmann?! ZnaBem go jeszcze ze SzkoBy Marynarki. SBu|yli[my razem na Scharnhor[cie  &
 Dwa jednego dnia! Wyobra|a pan sobie co[ takiego jeszcze dwa lata temu? Tak, panowie z
konkurencji robi si coraz sprawniejsi. W tym tygodniu to ju| bdzie &
 Dziesi okrtw. Jeszcze dwa i tuzin. CaBa paczka. Powinni[my im dorzuci co[ w
promocji.
 Taa. Kupuj ju| hurtowo.
 I wcale tanio. Ile zarobili[my na caBej tej awanturze?
 My jeden i Stimmt jednego, do kupy jakie[ sze[ tysicy ton.
 Ale trofea! Zaczynamy ju| strzela kutry jakie[.
W przej[ciu obok mesy zrobiBo si ciasno. Zmiana wachty na kiosku. Wszyscy w skrze i
cuchncych sztormiakach, ju| z rcznikami wokB szyi i z zudwestkami w rku.
 Zmiana. Nareszcie co[ zjemy  ucieszyB si Reinhardt.  StoBowy, dlaczego dostaj kaw
w tym blaszanym [wiDstwie? Nie ma ju| fili|anek?
 WytBukBy si  wycedziB ponuro marynarz.  Podczas nalotu, melduj posBusznie. Mo|e
bym znalazB, ale kuk mwiB, |e si panu spieszy.
 Spieszy?! ProsiBem o t kaw godzin temu! Co si wyprawia na tym okrcie?
 Co pan z nim gada  zauwa|yB czif.  WoBaj pan od razu oberkelnera. Albo lepiej
kierownika sali!
Reinhardt ledwo zd|yB dzgn widelcem parujc papk z puszkowej kaszanki z cebul i
octow saBatk z ziemniakw, gdy usByszaB dolatujce z mesy PO komentarze:
 Przecie| to [mierdzi gwnem! Z puszki ta kaszanka?
 Nie, z twojej babci.
 Och, zamknij si! Zasrane gBupoty!
 Pierwszy do kapitana!  zabrzmiaBo gromko z centrali.

Scheie!
 powiedziaB Reinhardt.
 Na wieki wiekw, amen  dodaB czif uroczy[cie.
*
 Otrzymali[my drug szans  oznajmiB kapitan, patrzc na Reinhardta.
Czyli urodzimy si po raz drugi?! W Kanadzie?!  przemknBo tamtemu przez gBow, ale
milczaB cierpliwie. Wobec
Kapitnleutnanta zur See
Waltera Rittera |adne |arciki nie wchodziBy w
ogle w rachub.
 Dobrze pan wie, jakie to szcz[cie. Otrzymali[my doskonaBy okrt, prosto ze stoczni, i
zamiast rozbi konwj zawiedli[my.
Rozbi konwj jednym okrtem, ty patentowany kozle?!  ryczaB w my[lach Reinhardt.
Prawie |e eksperymentalnym i skomplikowanym jak cholera? Na ktrym poBowa tych cudownych
patentw w ogle nie chce dziaBa?! Z band dzieciakw, ktra jeszcze niczego si nie nauczyBa?
Po tygodniowym rejsie szkolnym wzdBu| Norwegii? Z psujc si instalacj? Czterema
uszkodzonymi torpedami? Z przeciekajcym balastem?! Tamci mieli ASDIC, ktry wykrywaB ich,
jak chciaB, mieli te straszne nowe wyrzutnie, ktre kBadBy caBy dywan bomb gBbinowych jedn
seri, mieli nawet oryginaln Enigm, mieli te przeklte elektronowe maszyny liczce, ktre
BamaBy ka|dy szyfr. Mieli dziesitki niszczycieli, niebo peBne samolotw, a my nie mieli[my nawet
dosy paliwa, ty baBwanie! Zatopili dziesiciu w tym tygodniu, [wiDski psie! Dziesiciu tylko w
rejonie Lofotw!
 Tak. Zawiedli[my. Wiem, co pan powie: jeden frachtowiec. Ale co to jest jeden frachtowiec,
je|eli przepu[cili[my ich dziesitki? Nard odjB sobie od ust |ywno[. Spalili[my paliwo, o
ktrym nasi towarzysze w czoBgach marz po nocach. I w zamian co dajemy
Fhrerowi?
Jeden
maleDki frachtowiec!
Marysia maBa pierdolca miaBa   za[piewaBo w gBowie Pierwszego.  Pierdolca jasnego jak
[nieg & 
 Dlatego jestem szcz[liwy z naszych nowych rozkazw. Wyznaczono nam spotkanie na
peBnym morzu ze statkiem zaopatrzeniowym Oxfolt .
Gdziekolwiek biegBa Marysia maBa & 
 Tam otrzymamy zaopatrzenie, paliwo, nawet cz[ci do naprawienia tych wydumanych,
mazgajskich uszkodzeD oraz dalsze rozkazy. Wracamy do akcji!
Pierdolec rozsadzaB jej Beb . (Oklaski)
 Czy zna pan dokBadn pozycj, panie
Oberleutnant?
 Ze zliczenia, panie kapitanie.
 Co to znaczy?
Nie wiesz, co to jest zliczona pozycja, pruski, kapusto|erny bawole?
 Ostatni namiar brali[my w nocy poprzedzajcej atak. Potem pBynli[my w zanurzeniu,
cz[ciowo kluczc pod bombami, potem po wynurzeniu znalezli[my si we mgle, rwnie| dzisiaj
ze wzgldu na brak widoczno[ci sBoDca nie mo|na byBo potwierdzi namiarw. Znamy pozycj z
analizy kursowej i &
 Mo|e pan wyznaczy kurs do podanej pozycji? Tutaj?
Reinhardt spojrzaB na kartk.
 Oczywi[cie.
 Wic prosz to zrobi. Musimy zd|y na jutro na czwart rano. Da pan rad?
 Sdz, |e tak. Mog potwierdzi to po konsultacji z pierwszym mechanikiem.
 Prosz go przysBa.

Herr Kaleu &
Prosz o pozwolenie przekazania krtkiego komunikatu zaBodze.
 Wie pan, |e jestem temu przeciwny. {oBnierz ma stuli pysk i sBu|y, a nie politykowa.
Zaraz si zaczn dyskusje.
 Jednak serdecznie doradzam. Wiem z do[wiadczenia, |e ludzie lepiej pracuj, kiedy wiedz,
o co chodzi. Spodziewali si powrotu do portu. Powinni si zmobilizowa.
 Dobrze, skoro si pan upiera. Ale krtko i rzeczowo. I |adnych dyskusji.
*
Obiad byB ju| niemal zimny, co gorsza, drugi oficer wymieszaB swoj porcj z musztard,
produkujc co[ takiego, na co w ogle nie daBo si patrze. WygldaBo jak rzadka zawarto[
pieluchy.
 Czifie, ma pan i[ do zarzdu. Natychmiast.

Scheise!
 warknB czif i wypiB duszkiem reszt herbaty.
 Na wieki wiekw.
*
Stali nad stoBem nakresowym, patrzc na map przykryt peBnym oznaczeD arkuszem celuloidu.
Czif ogryzaB w milczeniu koniec oBwka. Na czole pogBbiaBa mu si pionowa zmarszczka bdca
wyrazem zwtpienia.
 To tylko gBupie dwie[cie mil  zachciB go Reinhardt.  No, powiedz|e pan co[. Co pana
tak martwi, czifie?
 W kolejno[ci? Najpierw te rozchrzanione baterie. Nie ma mowy o przej[ciu tego w
zanurzeniu na czas. Na wierzchu nadziejemy si na samolot, zanim zd|y pan powiedzie
mamma
mia.
 Dlatego pjdziemy na peryskopowej. Przecie| ma pan cudowny wynalazek  te chrapy.
Wystawimy je i pojedziemy piknie na dieslach.
 Te sBynne chrapy te| mnie martwi. PotrzepaBo je. Pamita pan te bliskie bomby nad
kioskiem, a potem przechyB? Teraz caBy czas bior wod. DBawiki si blokuj. Jak mi si ta woda
dostanie do oleju &  PokrciB gBow.  Ao|yska caBy czas haBasuj, waB si grzeje, jeszcze te
oringi & To najmniejszy problem. Przeciek usuniemy pomp zzow do zbiornika
wyrwnawczego i za burt. Trym si utrzyma jako tako. Kwas ju| kazaBem zneutralizowa,
wypompujemy hurtem.
 A paliwo?
 To jest gBwny problem. CaBy czas gubimy. Du|o mniej ni| przedtem i nawet wiem ju|,
ktrdy. Uszczelnili[my jak si daBo, ale [rodkami pokBadowymi &  Znowu powtpiewajcy
gest gBow.  Altenberg tBucze w chrapy i mo|e co[ z tego bdzie. Doj[ dojdziemy. Martwi mnie
co innego. To nie jest miBa okolica.
 Wiem  przyznaB Reinhardt.  Jeszcze ta cisza radiowa &
 Przypu[my, |e dojdziemy tylko po to, |eby dowiedzie si, |e tego mitycznego Oxfolta 
kupiBa ju| konkurencja. Co wtedy?
Reinhardt pokiwaB gBow.
 Do Trondheim na wiosBach.
*
Dopki byBo jasno, Reinhardt siedziaB za peryskopem, krcc si jak na karuzeli. Lewo, prawo,
unosiB gBowic wy|ej  na krtko, |eby zerkn midzy falami  i z powrotem nisko, tu| nad
wod.
Nale|aBo si spodziewa niszczycieli, dozorowcw, nawet [cigaczy.
Kilka razy minli maszt na horyzoncie, sterczcy pomidzy falami jak odlegBa tyczka do
grochu.
Co jaki[ czas akustyk unosiB gBow, przytrzymujc palcem sBuchawki.
 Szumy [rub z SW, daleko. Oddalaj si. Chyba niszczyciel.
Reszta zaBogi wolnej wachty siedziaBa w kojach. Nie bardzo nawet rozmawiano. W dziobowym
torpedy[ci bez przekonania grali w skata, ale raczej dla zamanifestowania, |e maj wszystko
gdzie[.
Ritter si nie naprzykrzaB. SiedziaB w swoim kantorku i wypisywaB niekoDczce si
sprawozdania. Ze zu|ycia torped, zapotrzebowania na cz[ci zamienne, protokoBy awaryjne.
Mam mnstwo pracy. Poradzi pan sobie? .
Na wojnie najwa|niejsza jest sprawozdawczo[. Bez tego nie ma porzdku .
Z kolei czif nie wychodziB z maszynowni, obserwujc z trosk swoje diesle, sprawdzaB co
chwila smarowanie i z marsem na czole spogldaB na wskazniki temperatury i obrotw, i patrzyB na
l[nice osie waBw.
Ao|yska waBu grzechotaBy, ale si krciBy. Co dziesi minut wBczali na chwil pomp zzow,
usuwajc to, co naciurkaBo przez r|ne nieszczelno[ci.
Jako[ pBynli.
Pod wieczr Reinhardt zszedB z centrali, nakazawszy utrzymywa nasBuch radiowy i
akustyczny, i usiadB w mesie, |eby napi si herbaty. Troch liczyB na to, |e bdzie pusta. Rzadko
si to zdarzaBo, ale na XXI i tak byBo luzno. Przynajmniej w porwnaniu z tym, co si dziaBo na
poprzednich okrtach. Niestety, w samym kcie siedziaB lekarz okrtowy, ponury Austriak, ktry,
zdaniem Reinhardta, byB sBabo zaleczonym alkoholikiem, i Ritter. Lekarz usiBowaB czyta
postrzpiony kryminaB, a kapitan patrzyB nieruchomo w grodz, spltBszy palce na blacie stoBu.
Zawsze tak byBo. SiedziaB i gapiB si przed siebie. Nigdy nie czytaB, nie bardzo rozmawiaB, jadaB te|
zawsze na osobno[ci. Reinhardt przez caBe |ycie nie spotkaB drugiego takiego sztywniaka. Ritter
zawsze, w dzieD czy w nocy, byB tak oficjalny, |e a| nieprawdziwy. Do tego wszystko, nawet
najpotworniejsze propagandowe brednie, ktre oficerowie czytali sobie nawzajem, ryczc ze
[miechu, traktowaB absolutnie serio. Nie daBo si nawet ustali, czy jest taki gBupi, czy tylko udaje.
Kiedy[ Reinhardt usiBowaB zgadn, jak stary jest Stary. Od lat na okrcie podwodnym oficer,
ktry przekroczyB trzydziestk, uwa|any byB za wiekowego. Sam Reinhardt, ktry miaB trzydzie[ci
pi  sam [rodek Conradowej smugi cienia  tu| tu|, na wycignicie rki  uchodziB za
jakiego[ matuzalema. Marynarze mieli i po dziewitna[cie lat. Ale Ritter wygldaB na co najmniej
pidziesit. Skd si wziB? Skd przybyB i dokd zmierzaB? Nie wiadomo.
Gdyby sBu|yB na
U Boatach,
Reinhardt powinien go zna. Sam byB jednym z ostatnich asw
wilczych stad . SBu|yB od mata do Pierwszego.
 Panie pierwszy?
Reinhardt drgnB i oderwaB wzrok od kubka z herbat. Niechtnie. Podnie[ oczy w tej chwili
oznaczaBo patrze na martw, belfersk fizjonomi kapitana, a gdyby zerkn jeszcze wy|ej,
nieuchronnie spogldaBo si na wiszc na grodzi, oprawion w szkBo fotografi Grfaza. Na
innych okrtach w mesie wisiaBy portrety egzotycznych pikno[ci, jakie[ alpejskie widoczki albo
fregaty pod |aglami czy tropikalne wyspy. Tutaj gapiB ci si w talerz Najwikszy Wdz Wszech
Czasw ze swoim kretyDskim wsikiem i wbit na oczy, zbyt du| czapk. Obok smutnym
wzrokiem gBodnej maBpki patrzyB Dnitz z odstajcymi na boki uszami. To stanowczo odbieraBo
apetyt.
 Kiedy znajdziemy si na pozycji Oxfolta ?
 Godzin przed czasem, je|eli nie bdzie kBopotw.
 Prosz przygotowa list czBonkw zaBogi, ktrzy mog zej[ z okrtu.
 SBucham?!
 To dalszy cig rozkazu, ktrego szczegBw nie musi pan zna. Prosz opr|ni z ludzi dwa
przedziaBy dziobowe. Zabierzemy kilka osb, ktre zamieszkaj w przedziale torpedowym.
PByniemy dalej ze szkieletow zaBog. Trzeba zostawi co najmniej pitna[cie, a najlepiej
dwadzie[cia osb. Zejd na Oxfolta  i wrc z nim do bazy.

Herr Kaleu,
to wyklucza prowadzenie boju zaczepnego. I tak okrt nie jest obsadzony. Bez
torpedystw &
 Nie bdziemy prowadzi dziaBaD zaczepnych. Nasze zadanie bdzie inne. Musi pan wiedzie
tylko tyle, |e zaBoga ma by jak najmniejsza i |e na pokBad wejdzie kilka osb. Bd traktowane jak
pasa|erowie specjalni.
 Ilu?
 Mniej ni| dziesiciu, ale musz mie odpowiednio du|o miejsca i bd przewozi te|
Badunek. Kilka du|ych skrzyD.  Kapitan unisB si i przecisnB obok stoBu.
 I, Reinhardt &
 Tak?
 Na okrcie maj zosta tylko prawdziwi Aryjczycy.
 SBucham?!
 SByszaB pan. Pan ich lepiej zna. Rozkazy s jasne. {adnej ska|onej krwi. {adnych
mieszaDcw,
Mischlingw,
jestem pewien, |e co najmniej kilku to w jednej czwartej SBowianie,
{ydzi albo jeszcze jakie[ inne bydBo. Ma pan oczy[ci okrt i nie dyskutowa. Co to jest, na
przykBad, za nazwisko: Boditschek ?
Nie wiadomo, skd przyszBa mu do gBowy obBdna my[l, by odpowiedzie: To nazwisko
Boditschka,
Herr Kaleu ,
ale zmilczaB.
 To
Sudettendeutsch,
kapitanie. Z Marianenbadu.
 Wszystko jedno. Bd u siebie. Prosz kaza poda mi tam kolacj o dziewitej.
Kiedy Ritter zasunB drzwi, Reinhardt wezwaB bosmana.
 Dwudziestu ludzi to wszystko, na co mo|emy sobie pozwoli  powiedziaB.  Zostaw pan
tylu, ilu si da. Prosz wybra do spisania z pokBadu przede wszystkim |onatych, szczeglnie od
niedawna, i tych, co maj jakie[ dzieci, o ktrych wiedz. No i takich, ktrzy s do niczego. GBupi
albo wypaleni, albo ze zszarganymi nerwami. Musz mie jak[ zaBog pokBadow, musz mie
motorzystw i palaczy. Na tej luksusowej trumnie co rusz wszystko si psuje. I musz mie
artylerzystw. Mo|e pan odda cz[ lordw . Prosz przyj, |e bdziemy w takim razie robi
trzy wachty zamiast czterech.
 Zrobi si  powiedziaB bosman, drapic si pod czarn fura|erk, ktra siedziaBa na jego
wielkiej, Bysej gBowie niczym zawizek na ziarnie bobu.  Spiszemy Houdiniego,
GBuchokrzykacza i Himmericha, i & Utter si o|eniB, i &
 Niech pan zrobi list i przygotuje im karty urlopowe. Nie musz tego w tej chwili wiedzie.
Przecie| nie bd si |egnaB z ka|dym z osobna.
Potem poszedB siedzie w centrali, ale po godzinie machnB rk. Sternik sterowaB, akustyk
nasBuchiwaB, gdzie[ dookoBa pojawiaBy si czasem okrty, ale raczej daleko.
 ASDIC w to si pan
Oberleutnant
mo|e nie obawia  mwiB pierwszy sternik.  Oni
mog namierza tylko do dwunastu wzBw, a my robimy teraz czterna[cie. Za szybko idziemy.
Robimy czterna[cie wzBw. Je|eli bd chcieli nas goni, to strac namiar. Chrap na radarze te|
nie zobacz, bo za du|a fala. W razie czego sprawdzimy, jak dziaBa ta & niby & buna, co to niby
pochBania ultradzwiki i radar, i wszystko. Ta dzidzia jednak zupeBnie niezle chodzi. Pan si
poBo|y, panie pierwszy. Od wczoraj pan na nogach. Gdyby co, bdziemy budzi.
Reinhardt podrapaB si w gBow, a potem postanowiB rzeczywi[cie zej[ na dB. Dla spokoju
sumienia poszedB jeszcze zobaczy, co si dzieje w maszynowni.
Potem zjadB kolacj, mimo |e nie miaB apetytu. WmuszaB w siebie chleb, such kieBbas i
sardynki, ale my[lami byB zupeBnie gdzie indziej. W [wiecie niedobrych podejrzeD. Pasa|erowie,
Badunek, potrjny szyfrogram &
Rejs do Ameryki, Bo|e uchowaj? Z Badunkiem szpiegw albo dywersantw?
Raczej nie chodzi o to odwieczne
ide fixe
z rejsem do amerykaDskiego wybrze|a i zatapianiem
im statkw w portach, bo kazali odda torpedystw. A zatem szpiedzy.
Dlaczego nie?
To chyba lepsze ni| samobjcze ataki na konwoje. Znalez! Zatopi! Zawsze naprzd! Jak
Blucher pod Katzbach! . Ach, bzdury. I lanie za ka|dym razem. Czif miaB racj. Ten interes ju| si
koDczyB. Ka|dy mgB to jasno zobaczy, gdyby tylko miaB olej w gBowie. Kiedy zaczynamy traci,
to trzeba wstawa od stoBu. A to wBa[nie oznaczaBa utrata Afryki, WBoch, Normandii, Rosji, Grecji,
Polski & Patrze tylko, jak bdziemy si bi o stacj
S Bahnu
w Berlinie. Ka|dy to widziaB, tylko
nie ci durnie. A te konwoje? Atakujc konwoje, Reinhardt czuB si teraz jak pies szczekajcy na
pocig, a nie straszliwy wilk Atlantyku.
WlazB do swojej kajutki i poBo|yB si.
*
Nie miaB pojcia, co go zbudziBo. Aoskot powietrza szasujcego balasty? Tupot ng? Czy
dopiero blaszane czszwuum!  fal tBukcych o kiosk. ZerwaB si na nogi.
 Co si dzieje?! Meldunki!
 Troch si przeja[niBo, na chwil. Okazja gwiazdy strzela, panie pierwszy. Drugi oficer
poszedB z sekstansem na pomost. Bdziemy mieli pozycj.
Reinhardt rozmasowaB zdrtwiaBe policzki i powieki, jakby chciaB wepchn do [rodka oczy.
Pki si nie kBadB, jako[ to jechaBo. Po trzech godzinach snu czuB si po prostu chory.
WsunB nogi w grubych, sfilcowanych skarpetach w buty i namacaB wiszc na grodzi ci|k,
skrzan kurtk podbit filcem. ZnalazB jeszcze weBnian czapk i poczBapaB do centrali.
 Jeden na pomost?
 Mo|na!
Zd|yB tylko postawi nog na szczeblach drabinki.
Wszystko wydarzyBo si naraz.
Najpierw operator radiolokatora wrzasnB:
 Lotnik! Nadchodzi! Kierunek dwie[cie! Osiem mil!
Rwnocze[nie rozlegB si wrzask: Alarm! . Drugi oficer zjechaB mu po porczach zej[ciwki
prosto na gBow, za nim mat z centrali. Jazgot dzwonka zlaB si z krzykiem zbierajcego si z
pokBadu centrali Reinhardta.
 Zanurzenie alarmowe!
Mat wisiaB ju| na korbie rygla i zamykaB wBaz, woda waliBa z gry jak z wodospadu.
 CaBa naprzd! Sternik  ostro w prawo! Ster dwie[cie! Wszyscy na dzib!  wrzeszczaB
Reinhardt.
Okrt przechyliB si wyraznie na dzib. OtworzyBa si jaka[ szafka, co[ wywrciBo si z hukiem
i potoczyBo po podBodze. W mesie O z brzkiem posypaBy si jakie[ naczynia. Okrt klasy XXI
umiaB wej[ awaryjnie pod wod w osiem sekund.
SBycha byBo, jak syczy powietrze wypychane ze zbiornikw, skrzypi i jczy kadBub, jak
brzcz silniki elektryczne. Okrt pochyliB si na burt, wykonujc najcia[niejszy z mo|liwych
skrt. Prosto pod nadlatujcy samolot. Tak jest najbezpieczniej. Skrci dystans.
Niech hamuje, niech robi zwroty, niech wyrzuci go poza obszar ataku.
 PoszBy dwie  oznajmiB akustyk uroczystym tonem. Wszyscy przysiedli odruchowo,
chowajc gBowy w ramionach. Reinhardt przytrzymaB si tylko barierki.
ZapadBa cisza.
Widzieli je. Na wewntrznej stronie zaci[nitych powiek. Tak wyraznie, jakby ka|demu
otworzyBo si trzecie oko. Dwa obBe, l[nice ksztaBty, ktre wbijaj si coraz gBbiej w
atramentowoczarn wod, cignc warkocze fosforyzujcych bbelkw powietrza. A potem
zamieniaj si w upiorne, maBe sBoDca i rozdzieraj toD pcherzami zgazowanej wody.
Pierwsza eksplozja spadBa nagle, jak uderzenie topora. Przerazliwy Bomot, [wiatBo zamigotaBo,
kto[ wrzasnB.
 Spokj!  ryknB oburzony Reinhardt.  Przecie| to nic nie jest! Kompletne pudBo!
 Przeciek pod kolektorem szasu awaryjnego!
Kolejny grzmot. Okrt przebiegBy fale wibracji, potem wstrzs, sBycha byBo grzechot, z jakim
podrzuciBo podBogowe gretingi. ZapadBa ciemno[.
 PrzedziaB maszynowy daje wod!
 Bez histerii! Jak tak mo|na! ZapBonBo niebieskie [wiatBo awaryjne.
 No i tyle  oznajmiB Reinhardt.  O co tyle wrzasku? RbnB w pian pozanurzeniow. Po
najmniejszej linii oporu. Zej[ na sto osiemdziesit. Kurs sto dwadzie[cia. Panie Wichtelmann,
dlaczego stanowiska oerlikonw nie byBy obsadzone? Mogli[my zdj tego drania.
 KazaBem wynurzy tylko na chwil,
Herr Oberleutnant
 tBumaczyB drugi oficer.  Tylko
|eby zdj namiary.
 I wystarczyBo  skonstatowaB Reinhardt.  Ju| nie mo|emy nawet pokaza gBowy na tym
morzu? A| niewiarygodne, co za pech. WziB pan te namiary przynajmniej?
 Zd|yBem.
 Zostaniemy pod wod jeszcze pB godziny. Potem wrci na peryskopow i przej[ na
diesle.
 Ale jakim cudem w nocy? Przecie| nie mgB nas zobaczy!  indyczyB si kto[ w przedziale
podoficerskim.
 CzBowieku! Oni od dawna maj radary w samolotach! Nie do wiary, jak mo|na by takim
woBem! Zajrzyj sobie w dup i zobacz, czy tam jeszcze jeste[!
 Reinhardt, co si dzieje? Prosz o meldunek.  Ritter otworzyB drzwi i wkroczyB m|nie na
plac boju. BrzknBy bezpieczniki i znw zapBonBo [wiatBo.
Pierwszy westchnB.
*
Na miejsce dotarli nastpnego dnia o drugiej w nocy. Reinhardt kazaB zastopowa maszyny i
stanli w dryfie. Wysunli peryskop, ale morze wokB byBo zupeBnie puste. Przypadkowy kwadrat
pBnocnego Atlantyku, oznaczony na mapach czteroliterowym kodem.
Niczego tu nie byBo. Ani statku zaopatrzeniowego, ani Royal Navy, ani nawet mew.
 Czifie, jak z paliwem?
 Niedobrze. Do domu na pewno nie wystarczy.
 Radionamiernik, pytam namiary?
 Nic, panie pierwszy.
 Akustyk?
 Nic.
 Czekamy  oznajmiB Reinhardt. SpltB dBonie na dzwigniach peryskopu i oparB gBow o
kolumn.  Kuk, prosz o kaw!
 Oczywi[cie, |e bd  oznajmiB kapitan ostrym gBosem.  Niech pan nie rozsiewa
defetyzmu!
*
Jakie[ dwie godziny pzniej Reinhardt poleciB wynurzy okrt i opBywa powoli sektor. Sam
wyszedB na gr i kazaB sobie da lamp sygnalizacyjn Aldissa.
Silniki mruczaBy.
Kapitan siedziaB oparty o pluszow kanap w mesie ze szklanym wzrokiem wbitym w grodz i
kontemplowaB nico[. Lekarz apatycznie tasowaB wy[wiechtane karty. Bez koDca. Okrt zamieniB
si w gigantyczn poczekalni gabinetu dentystycznego.
Wszyscy siedzieli na kojach albo w mesach i milczeli. Mniej wicej co dziesi sekund kto[
spogldaB na [cienny zegar elektryczny. Niektrzy kBadli si spa przepeBnieni |oBnierskim
fatalizmem. Wiadomo, |e niczego na wojnie nie da si przegapi. Obudz. Pki si da, trzeba spa.
A co ma by, to bdzie.
Dlatego skrzypnicie wBazu i kanonada |wawych wrzaskw Reinhardta podziaBaBy jak wybuch
granatu w zamknitej przestrzeni.
 MaBa naprzd! Ster trzydzie[ci pi! ZaBoga pokBadowa na gr! Szykowa okrt do
cumowania! Biegiem! Obsada artylerii na stanowiska! Przygotowa luki zaBadunkowe! Szykowa
cumy! Wysun polery! Rusza si, ludzie!  Po czym normalnym gBosem do centrali:  A ten
radionamiernik to se pan w dup wsadz!
*
Statek zaopatrzeniowy Oxfolt  okazaB si przebudowanym rudowglowcem, caBym w
resztkach zielonej farby i rdzawych zaciekach, nie wiedzie dlaczego, kryjcym si za szwedzk
bander. Tak jakby ktokolwiek mgB uwierzy, |e te grne pokBady naje|one broni
przeciwlotnicz nale| do neutralnego statku.
Wszystko odbywaBo si po ciemku i wydawaBo si troch nierzeczywiste. Krzyki marynarzy,
rzdy wielkich odbijaczy zwieszone midzy burtami niczym gigantyczne kieBbasy, worki
prowiantu spuszczane z gry do lukw zaBadunkowych, torpedy koByszce si na |urawikach,
karbowany, gruby w| dystrybutora ropy zwieszajcy si nad ruf jak dziwaczna ppowina.
Niebo siniaBo.
Przy zbiorniku balastowym sBycha byBo syk spawarek i pomimo ochronnych ekranw
rozbByski i pki iskier musiaBy by widoczne na wiele mil. Wewntrz okrtu zostawiono tylko
sBabe, czerwone [wiatBo. ZaBoga miotaBa si po pokBadach, marynarze z narczami bochenkw
chleba i krgami serw wBazili w drog tym, ktrzy wymieniali akumulatory albo nie[li elementy
instalacji. Chaos. Czif ciskaB si midzy nimi jak oszalaBy szaman Papuasw i kierowaB naprawami.
Reinhardt i kapitan weszli po drabince na pokBad Oxfolta .
Okrt podwodny nowej generacji mgB wydawa si luksusowy, ale tylko podwodniakom.
Tutaj pod nogami [cieliB si kokosowy, czerwony dywan, ostre [wiatBo biBo w oczy, w mesie
kapitaDskiej w[rd eleganckich mahoniowych mebli pyszniB si nakryty biaBym obrusem stB
zastawiony jak na [w. Marcina, byBy pBmiski kieBbas, pieczone gsi, pasztety, spienione, zimne
piwo w szklanych kuflach. PBomyki [wiec odbijaBy si w krysztaBach.
Stali w salonie jak dwch oszoBomionych wdrownych dziadw. Ritter w swoim popkanym i
wyszmelcowanym skrzanym pBaszczu, Reinhardt w ci|kich pokBadowych butach i cuchncej
smarem, pokrytej zaciekami soli kurtce, obaj zaro[nici, brudni i bladzi. Obaj mru|yli oczy jak
wykopane na polu krety.
Kapitan Oxfolta  i jego [wita wygldali z kolei, jakby urwali si z opery. Czarne mundury,
[nie|nobiaBe koszule, l[nice zBotem paski na mankietach, ordery wypucowane sidolem do
poBysku.
Zapach cygar i wody koloDskiej.
Huknli obcasami, pr|c rce w salucie. Ritter ochoczo dzgnB dBoni, jakby chciaB wydBuba
komu[ oko, Reinhardt wykonaB tylko nieokre[lony gest przypominajcy co[ pomidzy
po|egnaniem ciotki na peronie a prb odwieszenia kapelusza.
 Panowie, czym chata bogata &
 Nasi morscy bohaterowie &
 Rycerze podwodnej bitwy &
 Wilki Atlantyku &

Prosit!
GBosy mieszaBy si w zgieBku. Kapitan pozwoliB si zaprowadzi do stoBu. W tej chwili tak
bardzo przypominaB zBachmanionego nauczyciela matematyki jak to tylko mo|liwe. Na okrcie
wydawaBo si, |e jest schludny. {adnych cywilnych Bachw, |adnej brody. Codziennie drapaB
szczk |yletk, kazaB sobie czy[ci szczotk mundur. A teraz wystarczyBo troch [wiatBa i czar
pryskaB. PojawiaBy si wy[wiecone mankiety, postrzpione dystynkcje, jakie[ odbarwienia, plamy
i zacieki. Do tego |Btawa cera, jak po ci|kiej chorobie.
Kiedy[ Reinhardt dsaB si na takie cyrki, przewracaB oczami na toasty, uprzejmie odmawiaB
prezentw i heroicznie wynosiB co si daBo zaBodze, po czym uciekaB na okrt. Teraz ju| zmdrzaB.
WiedziaB, |e pzniej i tak ocean zamknie mu si nad gBow, a on bdzie siedziaB w stalowej rurze i
tsknie wspominaB ka|dego papierosa i ka|d lampk koniaku, ktrych odmwiB.
PozwalaB si wic rozpieszcza, poklepywa po plecach, przyjmowaB cygara, piersiwki i
tabliczki czekolady.
 Reinhardt, prosz pozna naszych go[ci  odezwaB si Ritter, chwytajc Pierwszego za
rkaw.  To
Herr
Klaus Vordinger, doktor Alfred Wiesmann & A to
Frulein
Ewa Loewengang.
Ewa Loewengang zwracaBa uwag. Przede wszystkim wzrostem. Jej gBowa udekorowana
loczkami na pudla  wznosiBa si odrobin ponad top pierwszego, dodatkowo szacunek budziBy
szerokie bary i imponujca, Babdzia pier[ pod kosmatym sweterkiem. Jej ksztaBt przywodziB na
my[l dwie gruszki dziobowe blizniaczych niszczycieli.
Reinhardt strzeliB obcasami swoich morskich buciorw i u[cisnB dBonie. SmukB, siln dBoD
damy, lodowat, szkieletowat Bapk Vordingera i such Wiesmanna.
Vordinger nosiB ws i wygldaB jak stalowosiwy, emerytowany lekarz, a Wiesmann byB chudy,
miaB okrgBe, druciane okulary i dwa razy za du|o zbw. PrzypominaB uczBowieczonego
krokodyla.
 Czy kajuty naszych go[ci ju| s gotowe?
 Niestety, trudno to nazwa kajutami  zauwa|yB Reinhardt  ale kazaBem ju| opr|ni dwa
przedziaBy, wedBug rozkazu.
 Poznaje mnie pan,
Herr Oberleutnant?
 zapytaBa postawna blond bestia.
Reinhardt wpadB w popBoch. Mzg ruszyB mu na najwy|szych obrotach jak przelicznik
artyleryjski, ale w[rd epizodw, przygd, a nawet pijackich incydentw nie figurowaBo
wspomnienie o prawie dwumetrowej blond  szkapie z cycem jak dwie pBawy i gBosem niczym
nurkujcy sztukas. Z pewno[ci nie.
 Pani wybaczy & ale &

Madame
Ewa jest diw Opery BerliDskiej  oznajmiB surowo Ritter. Siada Reinhardt!
Niedostatecznie!  Jej wykonanie Wagnera wzbudziBo zachwyt samego
Fhrera!
 Przepraszam, ale ostatnio nie bywam w operze.
 Mo|e zechce si pan wykpa?  zaproponowaB kapitan Oxfolta .
 Dzikuj, ale powinni[my jak najprdzej odpByn. Kiedy nastanie [wit &

Herr Oberleutnant,
jest pan pod ochron naszych baterii przeciwlotniczych i stoimy z daleka
od szlakw. Okrt jest tu bezpieczny.
 Chyba si pan nie boi, poruczniku?  Ewa spojrzaBa na niego oczami bBkitnymi jak szafiry
zamro|one w bryBkach lodu.
 Boj si, prosz pani. O zaBog i okrt. Spici cumami jeste[my bezbronni i niezdolni do
manewrw. Zaopatrzenie nale|y pobiera jak najszybciej. Do tego stan morza mo|e si
pogorszy &
 Och, maj tu tyle tych armat & Mo|e pan by zupeBnie spokojny. Na pewno nic si nie stanie.
 To paDstwa zabieramy na pokBad?
 Panie Reinhardt, paDski kapitan jeszcze nic panu nie mwiB?  zagadnB Vordinger.  Nie
tylko nas. Jeszcze Badunek i naszych ludzi. Mam nadziej, |e si zmie[cimy.
Reinhardt spojrzaB za jego dBoni i z osBupieniem zarejestrowaB czterech pot|nie umi[nionych
blondynw w czarnych jak sadza mundurach i polowych czapkach, ktrzy podpierali rzdem
[cian i przypominali o|ywione plakaty
Volkssturmu.
Granitowe szczki, niebieskie oczka Bypice
spod czarnych daszkw, wBosy barwy lnu. Nosili bryczesy, koalicyjki i wypucowane do poBysku
oficerki, ale nie mgB rozpozna formacji. Nie mieli chyba nawet przepisowego godBa na ramieniu.
Pomy[laB, |e to niekoniecznie wojsko. Tyle byBo rozmaitych organizacji i sBu|b, a wszyscy
oblekali si w jakie[ mundury, i to coraz bardziej operetkowe.
Obaj przedstawieni mu m|czyzni niby byli w cywilu, ale ubierali si identycznie. Obaj mieli
okrgBe swastyki wpite w krawaty i jakie[ znaczki w klapach marynarek. Co[, co wygldaBo jak
czarna strzaBka skierowana grotem do gry, obwiedziona biel, na czerwonym tle. Diabli wiedzieli,
co to jest.
 Zmie[cicie si paDstwo. W tych dwch przedziaBach zwykle podr|uje do dwudziestu ludzi,
ale komfortu tam nie ma. ZwBaszcza dla pani nie bdzie odpowiednich warunkw.
 Wszystko dla zwycistwa,
Herr Oberleutnant.
To jest warte ka|dej ceny.
Reinhardt postanowiB da sobie godzin. Jedn godzin przeznaczon na korzystanie z piwa,
koniaku, pieczonej gsi z czerwon kapust, rolady i wtrobianych kluseczek. Tam na dole i tak
musiaBo potrwa.
Prosz skosztowa kieBbasy, panie pierwszy. Prawdziwy
Wurst!
W kraju pan nic takiego teraz
nie zje, mam kuka, ktry pochodzi z Gr Kacperskich! .
Za zwycistwo! .
Dosy tego baBwaDstwa, pomy[laB sobie po jakim[ czasie Reinhardt. PostanowiB wy[lizgn si
std i wraca na okrt. Rwnocze[nie Badowano prowiant i zaopatrzenie, na gwaBt naprawiano co
wiksze uszkodzenia, dwudziestu ludzi z dziobowego pakowaBo w po[piechu toboBy. To musiaBo
by istne pandemonium.
ByB ju| w poBowie pomieszczenia, kiedy dopadB go Wiesmann i z miejsca zaczB Bapa za guzik.
ByB ju| lekko podpity. Reinhardt nie znosiB takich typkw z lepkimi rczkami. A| si prosiBo, |eby
przydzwoni mu w t krokodyl szczk.
 WykonaB pan rozkaz?
 Znaczy?
 W zaBodze nie mo|e by elementw nieczystych rasowo. Do trzeciego pokolenia & Tylko
czysta krew. To bardzo wa|ne.  W oglnym zgieBku nie za bardzo byBo go sBycha.
 ZredukowaBem zaBog, wedBug rozkazu  powiedziaB Reinhardt wymijajco.
 Tak & Zredukowa. {adnych mieszaDcw. Tylko Aryjczycy. Prawdziwi. Jak si nazywa
paDski okrt?
 Nie nazywa si. To okrt podwodny. U 966. Oznaczenie wywoBawcze ULF.
 Wic Ulf! Ulf, czyli wilk po starogermaDsku! Wspaniale. Panowie, za pomy[lno[ okrtu
Ulf, ktry przyniesie nam wszystkim upragnione zwycistwo! Za operacj
Gtterdammerung!
Heil Hitler!
Wszyscy wstali, kto[ wcisnB osBupiaBemu Reinhardtowi kieliszek koniaku.
Wic tak wyglda w Abwehrze najwy|szy stopieD tajemnicy?  skonstatowaB w duchu.
Poddam si. To nie ma sensu. Poddam si pierwszemu napotkanemu niszczycielowi i pojad sobie
do Kanady karczowa lasy. Starego si udusi & Ta wojna prowadzona jest przez imbecylw.
Szkoda mojego czasu. Panie i panowie, zostali[my nabrani.
PodszedB do stoBu, szukajc Rittera, i zastaB go rozmawiajcego ze [piewaczk i Vordingerem.
 Jak|e paDstwu zazdroszcz  mwiB Ritter.  Bardzo chciaBbym te| zobaczy
Fhrera
na
wBasne oczy.
 Ale|, panie kapitanie  wdziczyBa si diwa.  Kiedy wrcimy, jestem pewna, |e przyjmie
pana osobi[cie! Nawet pan nie wie, jak wiele od tego zale|y. My &
 Najuprzejmiej przepraszam pani  powiedziaB Reinhardt.  Panie kapitanie. Prosz o
pozwolenie powrotu na okrt. Musz dopilnowa prac pokBadowych i przygotowa wszystko do
odpBynicia.
 Co &? Ach, tak, Reinhardt. Przygotowa. SBusznie. Zezwalam.
 Ju| pan nas opuszcza,
Herr Oberleutnant?
 Niestety. Serdecznie radz, |eby paDstwo rwnie| przygotowali si do odpBynicia i weszli
na pokBad najdalej za dwie godziny.
*
Czif wygldaB jak duch ojca Hamleta. Z podwinitymi rkawami, po Bokcie utytBany smarem,
ktrego smugi pojawiBy si nawet na jasnej brodzie, z wBosami zlepionymi od potu siedziaB pod
barierk diesla i apatycznie wycieraB dBonie szmat.
 Baterie akumulatorw i siBownia elektryczna sprawne  powiedziaB Reinhardtowi
zmczonym gBosem. Gdzie[ w tle jego mechanicy zbierali narzdzia i kawaBki kabli, z haBasem
ukBadali na miejscu l[nice kraty gretingw.  DBawiki chrap i siBowniki sprawne, nieszczelno[ci
gBwnego kolektora za wodowskazem zaBatane, dwa odsalacze sprawne, Bo|yska waBu obsadzone,
oringi wymienione, uszkodzenie kadBuba nad zbiornikiem balastowym zaspawane. Da si jecha.
ZostaBo troch drobiazgu, ale to mo|emy spokojnie poBata po drodze. Mamy paliwo. A jak
wyglda na grze?
 Dzikuj.  Reinhardt podaB tamtemu butelk piwa. GBwny mechanik przyjB j z
wdziczno[ci i jednym ruchem odbiB kapsel o [rub bloku silnika. Piwo huknBo jak szampan,
kapsel poleciaB gdzie[, rykoszetujc z brzkiem niczym pocisk. Czif unisB si, znalazB kawaBek
blaszki i posBaB j do wiadra ze zu|ytym olejem. Mechanik piB duszkiem, piana wsikaBa mu w
brod i wida byBo, jak niezmordowanie porusza chud grdyk.
 Dwch kretynw, moim zdaniem, Abwehra, czterech byczkw prosto z aryjskiej farmy
rozpBodowej i [piewaczka operowa. Mamy to wszystko wiez w ocean. Nie wiem, dokd, i nie
wiem, dlaczego. Mam nadziej, |e chodzi o to, |eby ich gdzie[ utopi.
 Zpiewaczka?  zapytaB czif z niedowierzaniem.
 Operowa  potwierdziB Reinhardt z gorycz.  Dwa metry, tleniony blond, brak nosa, oczy
krowy i cyce jak pontony. GBupia jak bawarskie gacie. Prezes jest zachwycony.
 Robi si coraz dziwniej.
*
W centrali zrobiB si tBok. DBugi sznur marynarzy z workami w rkach tBoczyB si do wyj[cia,
tymczasem cigle jeszcze noszono skrzynki konserw i suszone kieBbasy, przy radionamierniku
szafki straszyBy pltanin kabli i biedzili si tam elektrycy.
Reinhardt staraB si nie przeszkadza. SiedziaB w mesie O, popijajc sok jabBkowy z butelki, i
czekaB, a| chaos przeistoczy si w co[ sensownego.
 Mamy teraz torpedy we wszystkich wyrzutniach, ale |adnego zapasu  mwiB drugi oficer.
NapiB si ofiarowanego mu piwa i mlasnB.  Amunicji do pelotek nie brali[my w ogle, bo mamy
komplet. Dwa przedziaBy dziobowe wolne, a poniewa| nie ma zapasu torped, niczego nie trzeba
bdzie regulowa, wic to w zasadzie bez znaczenia. Bdziemy odpala elektrycznie. Spisali[my
siedemnastu ludzi. Bdziemy robi trzy wachty i jako[ to bdzie. Je[li nie mamy prowadzi
normalnych atakw, to w zasadzie nie ma problemu.
Marynarze w centrali ruszyli wreszcie na gr, a potem po zrzuconej im z burty Oxfolta  sieci.
Na pokBadzie natychmiast rozlegBy si wrzaski.
 Nie zapomnijcie pisa, cholerni szcz[ciarze! A wsadz swojej starej raz ode mnie! Trzyma
mi tam koje gotowe do akcji, a| wrc! Pozdrwcie zimne Norwe|ki! Rozgrza je jak nale|y!
 Szcz[ciarze  mruknB Drugi.
 Czy ja wiem & Zimno, parszywe |arcie, naloty. Sam ju| nie wiem, gdzie gorzej. WidziaB
pan, jakie dali zaopatrzenie? Zwie|e sery, owoce, kieBbasa, konserwy &
 WidziaBem nawet rosyjski kawior, pasztety i Bososia w puszkach. Skd to wytrzasnli?
 To raczej dla pasa|erw. Niech pan nie liczy, |e zobaczymy takie rzeczy na stole w mesie.
Na kiosku rozlegBy si kroki i kobiecy [miech.
 Jaki on malutki! Jaki maleDki!
 Ona mwi o okrcie?  zapytaB kto[ w mesie podoficerw, chyba Fanghorst.
 Nie! O twoim fiutku!
 Och, zamknij si, stara [winio, z nikim tu nie mo|na porozmawia!
Reinhardt westchnB i napiB si soku.
Na pomo[cie znowu rozlegB si piskliwy chichot, a potem krzyk: Chrzcz ci! Chrzcz ci &
Nibelung! . A potem szklany Bomot o burt. Drugi skrzywiB si odruchowo.
 Co to byBo?!
 Butelka po szampanie, prawdopodobnie. Kolacja, mianowicie, dobiegBa ju| koDca.
Kolejny dzwik, ktry rozlegB si na grze, w pierwszej chwili kojarzyB si z syren alarmow.
Akustyk, siedzcy apatycznie na swoim stanowisku, nagle zdarB z gBowy sBuchawki i poderwaB si
z krzesBa.
 A to co?!
 Aria. Zdaje si, Pier[cieD Nibelungw  Wagnera. Drugi oficer zrzuciB fura|erk na stB i
rozmasowaB twarz.
 Co tu si wyprawia?! W co my si pakujemy? WBaz do centrali otworzyB si ze
skrzypniciem, po czym pokazaBa si szczupBa noga obleczona jedwabn poDczoch ze szwem, w
damskim pantoflu i poBa futra. A potem rozlegB si chichot.
 Jakie to ciasne! Ostro|nie, bo zBami obcas! Au! Tu wszystko jest |elazne!
Kiedy
madame
Loewengang gramoliBa si po zej[ciwce, wszyscy obecni w centrali jak jeden
m| w milczeniu patrzyli w gr. Nawet akustyk odwrciB si na swoim siedzisku. Zpiewaczka
miaBa na sobie dBugie futro i stojc ju| na pokBadzie, marszczyBa nos jak rozzBoszczony pekiDczyk.
 Fuj! Przecie| tu trzeba wywietrzy! Okropne! Mj kufer si nie zmie[ci! Trzeba zabra mj
kufer!
Istotnie. Nie tylko jej kufer obity skr i spity skrzanymi pasami, ale i cztery pokazne
skrzynie, podobne do amunicyjnych, nie miaBy szansy zmie[ci si w luku.
Reinhardt wyszedB na gr i otaksowaB stert baga|u.
 Do luku zaBadunkowego przedziaBu torpedowego z tym wszystkim! Ruszaj si, czBowieku!
 Ostro|nie!
 Ju| ja si za was wezm, chBopcy!  dobiegaBo z doBu.  Jeszcze bdziecie je[ z kwiatami
na stole!
Na pomo[cie i w centrali znowu zrobiB si tBok i chaos osignB szczyt. Pasa|erowie przeciskali
si przez grodzie na dzib, Ewa straciBa rwnowag i z piskiem usiadBa na koi w sekcji
motorzystw, ldujc jednemu z marynarzy na kolanach. Czterej ubrani na czarno Aryjczycy
pchali si w milczeniu, holujc swoje toboBy. Kto[ potknB si o prg sztormowy w mesie PO,
przewracajc butelk z sokiem w czyj[ po[ciel. Ritter wcisnB si do centrali i staB po[rodku
wsparty majestatycznie o barier stanowiska radionamiernikw, zawadzajc ka|demu, kto
chciaBby gdziekolwiek przej[. Pierwszy sternik przeciskaB si na swoje miejsce.
 Szykowa si do zdjcia cum! Chowa polery!  wrzeszczaB Reinhardt na pomo[cie. Na
horyzoncie niebo ju| r|owiaBo i zaczynaBo si robi szaro. Burta okrtu stojcego obok nich
zmieniBa si w czarny masyw.
A potem w jednej sekundzie [wiat stanB nagle na gBowie.
Najpierw rozlegB si ryk klaksonu na kiosku, niemal prosto w ucho, a potem wrzask Rittera:
Alarm! Lotnik! . Reinhardt a| przysiadB z wra|enia. RyknB: Rzuca cumy!  i rozejrzaB si
bezradnie po niebie, ale zobaczyB tylko czarn mas nieruchomego Oxfolta  wiszc nad nim jak
grskie zbocze. Marynarz na dolnym pokBadzie zrzuciB cum z ostatniego polera i pobiegB do luku
zaBadunkowego. Reinhardt spojrzaB jeszcze na dzib i ruf, upewniajc si, |e zamknito wszystkie
luki, i zjechaB w gBb kiosku, zamykajc wBaz i dokrcajc rygle w momencie, kiedy okrt szedB ju|
pod wod.
 Wszyscy na dzib! Zanurzenie alarmowe! Gdzie[ z przodu rozlegBo si Ewy: Auu!
NadepnB mi pan na nog!  i nerwowy tupot. Reinhardt przytrzymaB si barierki stoBu
nakresowego. Z Boskotem po pokBadzie potoczyBa si jaka[ butelka.
 Radionamiernik, pytam namiar?
 Nic nie miaBem  powiedziaB operator.  ZupeBnie nic. Albo Oxfolt  go zasBoniB, albo to
faBszywy alarm.
W tym momencie pot|na eksplozja wstrzsnBa morzem. Jedno krtkie, gBbokie tpnicie,
ktre mogBo poBama zby, a potem seria wibracji, ktra przepBynBa przez kil okrtu. ZwiatBo
zamigotaBo.
 Dostali ich?! Jedn bomb?  zapytaB kto[ w osBupieniu. Spojrzeli na akustyka, ktry
przyciskaB sBuchawki do gBowy i patrzyB nieobecnym wzrokiem gdzie[ w przestrzeD. Reinhardt
otworzyB usta, ale niepotrzebnie. ByBo ju| sBycha doskonale, tak|e bez sBuchawek. Dzwik, ktry
znaB a| za dobrze  wielorybie, przecigBe zawodzenie konajcego statku. WiedziaB, |e zrdBem
haBasu jest powietrze wypychane przez wod z komr kadBuba, ale i tak ciarki zawsze chodziBy mu
po plecach.
 Co to jest?!  usByszaB przera|ony gBos Ewy.
 Zmier statku  odpowiedziaB kto[.  Zawsze tak krzycz, kiedy ton.
Idcy na dno Oxfolt  minB ich w odlegBo[ci dwustu metrw. SBycha byBo, jak fragmenty
kadBuba szczkaj i obijaj si o siebie, potem skrzypienie i potrzaskiwanie pkajcych grodzi.
 Houdini &  szepnB kto[.  Himmerich &
 Ofiary s niezbdne dla zwycistwa  oznajmiB nagle Wiesmann gdzie[ z dziobu. 
Zreszt, to byli tylko podludzie &
Gdzie[ za mes elektrykw sBycha szamotanin, kto[ co[ przewrciB, kto[ syknB zduszonym
gBosem:
Nie, kretynie & Zamknij si & Pu[ mnie! Nie! Spokj!   ale wszystko szeptem. Reinhardt z
trudem rozluzniB szczki i zobaczyB zalan zielonkawym [wiatBem przyrzdw mostka twarz
Starego. Bez wyrazu, ze zmru|onymi oczami. Kapitan patrzyB na niego badawczo. Akustyk
trzymaB si kurczowo za barierk, a chude kostki jego dBoni byBy zupeBnie biaBe.
 GBboko[ peryskopowa!  krzyknB Reinhardt.  Zwrot! Kurs w rejon katastrofy!
 Nie!  huknB Stary.  Co pan sobie wyobra|a! ByB alarm lotniczy!
 Tam mog by rozbitkowie.
 Samolot mo|e wrci!
 Nie sByszaBem |adnego samolotu  powiedziaB Reinhardt, patrzc kapitanowi prosto w
oczy.  Nie byBo te| namiaru.
 PowiedziaBem: nie!
 Prosz zosta pod wod  odezwaB si sucho Wiesmann.  Wiem, |e uwa|a nas pan za
pasa|erw, ale zapewniam, |e paDski kapitan wyprowadzi pana z bBdu. Wiem, jak to jest z
Antologia
Deszcze niespokojne
2005
$#guid{5A891364-BE17-4A99-9F35-95EE0620CEEA}#$
kapitana ULF. Loki do kapitana ULF & .
 Tu dowdca ULF,
Oberleutnant
Reinhardt. SBucham?
ChciaBbym podzikowa & UratowaB mnie pan. Mo|emy porozmawia? .
 Rozmawiamy przecie|.
Normalnie  w cztery oczy. Czekam na brzegu. Bez odbioru .
 Panie
Oberleutnant,
niech pan nie idzie! To oszust! Bg zBa!
 Mam do[wiadczenie, Frenssen. Taki sam wieszaB mi Krzy| Rycerski na szyi. Wychodz na
pomost. Zamkn wszystkie wBazy. Wchodz do pierwszej wie|yczki przeciwlotniczej. Je|eli nie
odezw si przez interkom, to znaczy, |e zginBem. W takim razie idzcie w zanurzenie i
wychodzcie z zatoki. Wichtelmann, przejmuje pan dowodzenie.
 Aha,
Herr Oberleutnant &
Zajrzeli[my w tamte skrzynie. Na moj odpowiedzialno[.
MiaBem nadziej na mapy albo cokolwiek, co pozwoli znalez nam drog powrotn. Stan do
raportu, je[li &
 Dobrze ju|. Co w nich byBo?
 Paznokcie,
Herr Oberleutnant.
Obcite ludzkie paznokcie. Rzyga si chce.
 I nic wicej?
 Nic.
*
Reinhardt wyszedB na pomost i tupnB we wBaz.
 Zamyka!
WBaz opadB, sBycha byBo trzask rygli. Reinhardt przede wszystkim starannie rozpaliB fajk.
Nastpnie wgramoliB si na stanowisko strzelca i sprawdziB stan bbnw amunicyjnych dziaBek.
ByBy wypeBnione.
Bg oszust siedziaB na brzegu w[rd skaB oparty wygodnie o [cian skaln. MiaB teraz ze cztery
metry wzrostu, lekko [wietlist skr i co chwila przykBadaB do twarzy kompres z chusty, ktry
moczyB w misce wielko[ci pokaznej wanny. Jednak poza tym nie robiB wra|enia specjalnie
zmasakrowanego. WygldaB teraz jak atletycznie zbudowany, dBugowBosy mBodzieniec.
Reinhardt odcignB po kolei oba zamki, po czym zakrciB korbami, obracajc dziaBo w stron
rozmwcy. Lufy oerlikona opadBy, a potem wie|yczka przekrciBa si w lewo. Druciany kr|ek
kolimatora zawisB na wprost piersi olbrzyma.
 Co pan robi, kapitanie?  zapytaB Loki aksamitnym gBosem.
 Powiedzmy, |e wyrwnuj szanse. Nie dysponuj boskimi atrybutami, ale mam sprz|one
dziaBka przeciwlotnicze dwadzie[cia milimetrw. Wystrzeliwuj ze trzysta pociskw na minut z
jednej lufy. S zaprojektowane do niszczenia celw powietrznych. Zapewniam, |e z takiej
odlegBo[ci roznios na strzpy wszystko, co si znajduje na brzegu. Je|eli nawet jeste[
nie[miertelny, bdziesz si zbieraB z maleDkich kawaBkw. Wystarczy, |e nacisn ten pedaB. Tak|e
padajc.
 Tak, widziaBem, co pan zrobiB biednemu Eggdirowi. Nie byB mo|e specjalnie mdry, ale to
co[ zmieniBo go w [nieg w jednym bBysku. Jest pan niebezpiecznym wojownikiem, kapitanie.
 Tylko kiedy kto[ wejdzie mi w drog.
 A jednak nie ma pan powodu do mnie strzela.
 WykorzystaBe[ mnie. Jeste[ bogiem oszustem, ktry zniszczy [wiat, sprowadzi zagBad i
rozpta wieczn wojn.
 Oczywi[cie. To cz[ faktw. Wiem o tym, odkd si urodziBem, i wszyscy inni te| o tym
wiedzieli. A mimo to mi dokuczali. My tu nie mamy Batwych charakterw. ZwBaszcza Asowie.
Nawet pan sobie nie wyobra|a, jak to jest dorasta w takim [rodowisku. Dobrze  ja te| im
dokuczaBem, ale tylko po to, |eby co[ si dziaBo. Przecie| to trwa ju| prawie pidziesit tysicy
lat. NarodziBem si pod koniec paleolitu. Jeszcze trwaBa epoka lodowcowa, ma pan pojcie?
Zreszt, posBugiwali si mn. Kiedy chcieli kogo[ wykiwa, okra[ albo mu nie zapBaci, ja
zaBatwiaBem spraw. Bo jestem zBy, pan rozumie? Widzi pan ten paradoks? Dobry Odyn chce mie
nieprzebyty mur wokB Asgardu i czym kusi budowniczego? Frej. Potem, oczywi[cie, do mnie z
pBaczem: Zrb co[, nie chc, |eby ten olbrzym r|nB mi Frej!  On nie mo|e nikogo oszwabi.
Przepraszam za to okre[lenie. Od tego jestem ja  zBy bg oszust. Wic zaBatwiam spraw.
Istotnie. Sprowadz na caBy ten burdel Ragnarok. Jak pan widzi, jestem najzupeBniej szczery.
Zrobi to poniekd dziki panu, bo uwolniB mnie pan z BaDcuchw.
 Jako[ chyba czujesz si ju| lepiej  zauwa|yB Reinhardt kwa[no.  Ja nie zd|yBem
zmieni przemoczonych butw ani wypi herbaty. A tobie nie tylko wygoiBa si twarz, ale i urosBe[
ze dwa metry z okBadem.
 Och, no przecie| jestem bogiem, mimo wszystko! Zreszt, twarz troch mi jeszcze dokucza.
Blizny i dzioby ju| chyba zostan. WidziaB pan, w jakim byBem stanie? To trwaBo gdzie[ od
siedemsetnego roku. Tysic dwie[cie czterdzie[ci cztery lata tortur! Skoro chcieli mnie
unieszkodliwi, mogli darowa sobie ten jad, prawda? ZwBaszcza |e s niby tacy szlachetni?
 Jednak co[ mi zawdziczasz, prawda?
 Do czego pan zmierza, kapitanie? Przecie| to ja prosiBem o t rozmow, to znaczy, |e chc
si odwdziczy.
 Zwietnie. Chcemy znalez Bifrost i przepByn nim w drug stron.
 Aj, zaraz Bifrost i Bifrost! Porozmawiajmy najpierw. Przecie| most panu nie ucieknie.
 Loki, je|eli uznam, |e krcisz i |e nie dojd z tob do Badu, odpalam. Daj caB wstecz i
wychodz z zatoki. Bifrost mi uciekB wBa[nie. Nie ma go tam, gdzie byB.
 Nie oszukuj, kapitanie. Szczerze mwic, pan ju| zostaB wkrcony i to wcale nie przeze
mnie.
 Co to znaczy?
 No & Asgard to jest w zasadzie za[wiat. Troch lepszy ni| Helj, ale & No, sam pan wie, jak
i dlaczego trafia si do Walhalli.
 To znaczy, |e ja nie |yj? I caBa zaBoga?
 {eby to byBo takie proste. Wtedy by pan tu mo|e nie trafiB, chyba |e jest pan |arliwym
neopoganinem. Ale i wtedy przecie| nie okrtem, w czapce i w ogle. SiadBby pan w Dworcu
Odyna, by pi mid bohaterw, i tak dalej. Pan tu wpBynB |ywcem. Jako pierwszy od bardzo
dawna. Dziki magii. Ale wypByn &  Loki pokrciB gBow.
 {yj czy nie?
 Technicznie rzecz biorc &
 Rzeczowo, Loki.
 Jest pan pomidzy. Zawieszony. MusiaBbym panu wytBumaczy, jak to jest z Nornami i ich
lini losu, co zmienia napicie si ze zrdBa Urd, na przykBad. To nie jest takie proste, |e wszystko
jest zapisane. Mamy woln wol, ale ona jest cz[ci osnowy tego, co tkaj Przdki.
 Nic z tego nie rozumiem.
 WiedziaBem. To najBatwiej pokaza matematyk & Dobra. Sprbujemy inaczej. ZniknB im
pan z radarw.
Przdkom. Uznany za zaginionego. I przeszedB pan w za[wiaty. Pan nie ma obecnie losu.
ZaBoga te| nie. Je|eli wrcicie, to prosto pod bomby. Albo na celownik niszczyciela.
Verstehen?
 Dlaczego?
 Bo tamten [wiat chce wrci do rwnowagi. Tak jest skonstruowany. Odrobina magii od
razu wywoBuje reakcj obronn. Teraz jest tak, jak by[cie ju| nie |yli. Rzeczywisto[ waszego
[wiata mo|e to kupi. Najwy|ej troch zafaluje. Ale kiedy wrcicie, postawicie j na gBowie.
Uruchomicie wszystkie zabezpieczenia. Mog pomc wam znalez Bifrost, kapitanie. Ale niech
pan si zastanowi, czy warto.
 Ja musz si jeszcze zastanowi, czy aby to wszystko, co mwisz, to nie jest lipa.
 Dobra. Przyznaj, |e nie jestem tego pewien tak na sto procent. Natomiast jest to wysoce
prawdopodobne. Ale przyjmijmy, |e si myl. Przypu[my, |e wypByniecie i nic si nie stanie. Co
bdzie dalej? Bdzie pan atakowaB konwoje? Ma to sens i szans powodzenia? Ile pan po|yje,
prbujc toczy t wojn? Ona potrwa do maja 1945 roku. Do Berlina wejd Rosjanie. PaDskie
Drezno zostanie zbombardowane. Totalnie. Alianci te| popeBniaj bBdy. Kto[ sobie wymy[li, |e to
was powinno zBama, i rozpieprzy to miasto do zera. Nic im to nie da i w zasadzie bdzie im potem
gBupio, ale domu ani rodziny ju| pan nie bdzie miaB. Z kolei Trudi & Przykro mi to mwi, ale w
koDcu zorientowali si, |e jest w jakiej[ cz[ci {ydwk, i wywiezli j do Dachau. Ju| nie |yje.
Hitler strzeli sobie w Beb, niektrzy uciekn, innych powiesz, zachodni poBow paDskiego kraju
zajm alianci i tam po jakim[ czasie da si |y jeszcze jako[, wschodni zabior Rosjanie i zrobi z
niej kraj komunistyczny. Pan sobie wyobra|a, jak si |yje w kraju Prusakw udajcych
komunistw? Do tego trzeba bdzie |y z pitnem haDby. Dlaczego? Pan pamita te plotki o
obozach? No, to wszystko prawda, tylko |e jest sto razy gorzej, ni| pan my[laB. To si dziaBo na
skal kilku milionw ludzi. Bezbronnych cywili. Tego to wam [wiat nie daruje. A pan jest
podwodniakiem, za wami te| nikt nie przepada. Zatapiali[cie cywilne statki. SBowem  mam dla
pana lepsz propozycj.
 SBucham.
 Ragnarok.
 Strzelam.
 Chwileczk! Jest pan |oBnierzem. {eglarzem. Czy pan rozumie, czym jest Ragnarok?
 Bezsensown, krwaw zawieruch. Apokalips. Zniszczeniem dla zniszczenia, byle
wszystko rozpieprzy. Dzikuj, ju| braBem w czym[ takim udziaB.
 Nie!  krzyknB Loki. Od jego okrzyku ziemia zadr|aBa, od lodowcw oderwaBo si kilka
pBaskich tafli lodu i runBo w wod.  Przeklta propaganda! To bdzie ogieD, ktry strawi [wiat,
prawda. Wiesz, dlaczego chc go za wszelk cen powstrzyma? {eby zachowa
status quo!
Bo
im odpowiada [wiat taki, jaki jest! A tobie odpowiada? A teraz powiem ci, o co bd walczyB. Tak!
Uwolni wilka Fenrira! Zbuduj straszliwy Drakkar z trupich paznokci, zwany Naglfarem! Tak,
[cign armi Olbrzymw, Surta i Byleipta. Tak! Powal wszystkich bogw. A potem? PosBuchaj:
Rola nieobsiana bdzie rodziBa
ZBo w dobro si przemieni; Baldr wrci
Na Hropta boiskach zamieszka Hd i Baldr
W [wityni bogw  wiecie teraz czy nie?
Sal widz, od sBoDca pikniejsz,
Dach zBotem kryty, na Gimlei
Sprawiedliwi tam mieszka bd
Szcz[cia wiecznego doznawa bd.
Tak mwi wieszczba o [wiecie, ktry nastanie po mojej wojnie. Wszyscy o tym wiedz. Ja tego
nie wymy[liBem. I Asowie, i Wanowie, i wszyscy! Wiedz! Powiedz mi, panie kapitanie: nie
warto? Raz ci namwiono, |eby[ podpaliB [wiat. W nikczemnej sprawie. ZBamali ci |ycie i zrobili
z ciebie wilka. Wojownika. Bdziesz potrafiB uczy w szkole albo przybija piecztki na poczcie?
Napij si miodu, kapitanie.
 Siedz, gdzie siedzisz  wycedziB Reinhardt.  My[l.
Loki nalaB miodu do rogu, a potem dmuchnB lekko na wod i postawiB rg pionowo na tafli.
Naczynie zakoBysaBo si jak boja, po czym mikko popBynBo w stron
U Boota,
a| stuknBo o
pancerz zbiornika balastowego. WystarczyBo pochyli si i sign.
Reinhardt wypiB Byk.
 Ci, ktrzy nas tu sprowadzili, przypBynli z podobn propozycj  zauwa|yB.  I Odyn
roznisB ich na strzpy.
Loki za[miaB si i pokrciB gBow.
 To zupeBnie inna sytuacja. SBuchaj, mo|na o Starym powiedzie niejedno, ale nie jest gBupi.
Nie jest gBupi. ZwBaszcza on, ktry oddaB wBasne oko za wiedz. Przecie| dobrze wiedziaB, co to za
jedni. PrzypBynli, powiesili kilku bezbronnych i rannych jeDcw  w prezencie dla niego,
uwa|asz  po czym usiBowali mu wmwi, |e jest taki sam jak oni i jeszcze |e ma walczy dla
chwaBy ich maBego, pokrconego tyranka. On  Odyn! Wiesz, dlaczego nazywaj go Hangagud,
Bg powieszonych ? Przecie| nie dlatego, |e lubi egzekucje albo wiesza bezbronnych! On si
sam powiesiB! Sam zBo|yB si sobie w ofierze, |eby uzyska moc run. Albo by j osignB, albo
skisB na tym drzewie! UdowodniB, jak wiele mo|e po[wici, |eby uzyska tak cenny dar! To byBo
po[wicenie! A oni ofiarowuj mu tchrzliwe morderstwo. Nic dziwnego, |e si w[ciekB. Ci
gBupcy nie wiedzieli nawet, |e jego wyobra|enia jako dzikiego okrutnika to pzniejsza
chrze[cijaDska propaganda. Nie. Ja mam inn propozycj. PosBuchaj, kapitanie. Bdz szczery sam
ze sob. Wejrzyj gBboko w swoj dusz i posBuchaj. Co ci zostaBo? A gdyby tak podpali [wiat
naprawd? Naprawd sfajczy to wszystko  polityk, hipokryzj, Hitlerw, Stalinw, ale i
Churchillw, adwokatw, tych, co pierwsi rzuc kamieniem, i tych, co zawsze maj wszystko na
tacy, tych, co wszystkiego si domagaj, i tych, co rozdaj przywileje? Sfajczy caBy ten sple[niaBy
[wiat, niech go zetnie mrz i niech po nim odrodz si wreszcie szcz[liwe Bki? Spjrz w swoje
sumienie! Po ktrej stronie chcesz sta podczas ostatniej bitwy? Nieskalanych, [wietlistych
hipokrytw, ktrzy chc chroni Republik Jest Jak Jest? A mo|e desperatw, ktrzy chc walczy
o marzenia albo zgin? Kim pan jest, kapitanie? Czy to nie brzmi dla pana znajomo? Pocigajco?
Lepiej by piratem czy niewolnikiem, Reinhardt? Niech pan posBucha. MiaBem zbudowa Drakkar.
Przera|ajcy okrt, ktry zaniesie ostateczn bitw wrogom. Budzcy przera|enie Naglfar
zbudowany z trupich paznokci. Ale tak pomy[laBem  czy to musi by Drakkar? A gdyby to tak
byB oceaniczny okrt podwodny typu XXI? Nie bezimienny U ile[tam pBywajcy na posyBki
jakiego[ kretyna? Moje karBy potrafi skopiowa wszystko. Wezm ten okrt na wzr i wkrtce
powstanie przera|ajcy Naglfar , ktry przyniesie sple[niaBemu [wiatu zawieruch.
U Boot
z
trupich paznokci. Sze[ wyrzutni torpedowych. DziaBa przeciwlotnicze. I pan. W biaBej czapce
dowdcy.
Reinhardt pocignB Byk miodu. MilczaB.
 SBucham?  zapytaB Loki.
Reinhardt wstaB.
 Musz pogada z zaBog.
 Bd czekaB. Nie spieszy mi si.
*
Jednak przepBywamy przez Tczowy Most. Tam i z powrotem.
Potrzeba paznokci. Du|o paznokci. Przestali[my si ju| na to krzywi. W zrcznych dBoniach
karBw z Nilfheimu trupie paznokcie staj si kowalne jak metal. Zmieniaj si w doskonaBy, lekki
i wytrzymaBy materiaB, z ktrego mog zbudowa wszystko. Czasem wchodzimy do jaskini
zmienionej w suchy dok, |eby popatrze jak stawiaj wrgi, zabudowuj zbiorniki balastowe, jak
ukBadaj kolektory szasu, kadBub sztywny, klapy wyrzutni. Patrze na l[nice zBotem, srebrem i
platyn kartery diesli, na dzwignie i przeBczniki tablic sterowania l[nice zBotem i polerowan
ko[ci. Patrzymy na pki iskier ze spawarek, sBuchamy huku nitownic.
Jest pikny.
Pod zrcznymi palcami maBych kowali z Nilfheimu nasz Naglfar  troch si zmienia. Kil i
wrgi przypominaj krgosBup i Buki |eber, przewody wij si we wntrzu jak nerwy i |yBy |ywej
istoty.
Jeszcze troch i skoDczymy. Naglfar  bdzie gotowy. Poniesie ogieD parszywemu,
nieudanemu [wiatu. Koniec z niesprawiedliwo[ci, koniec z pBaczem, ndz i rozpacz. Koniec
czasw szaleDstwa, bezwstydu i cudzoBstwa.
Jeszcze troch.
Nadchodzi wiek topora, wiek miecza i tarcz strzaskanych.
Nadchodzi wilcza zamie.
Jeszcze troch.
Trzeba tylko paznokci. Wicej paznokci.
Na szcz[cie, to, czego wasz zgniBy [wiat daje w nadmiarze, to wBa[nie trupie paznokcie. I krew,
ktra tak piknie zapBonie w cylindrach naszych diesli. I niespeBnione po|danie, ktrym mo|na
naBadowa akumulatory. Naglfar  mo|e si wykarmi tym, czego wasz [wiat ma w nadmiarze.
Trzeba tylko wicej paznokci.
Wic przepBywamy Tczowy Most i suniemy przez wody waszego [wiata. Mo|emy wynurzy
si wszdzie tam, gdzie czyje[ szaleDstwo ka|e mordowa innych bez powodu. Wynurzamy si i
zbieramy plon pychy szalonego muBBy albo zwierzcej nienawi[ci skaczcych sobie do gardeB
warlordw lub optanego ideologi tyrana. Nawet ld nie jest dla nas przeszkod.
Darfur, Srebrenica, pola pod Phenianem, Sierra Leone. Hawana.
Tyle miejsc. Tyle paznokci.
Opowiadaj sobie o nas na morzach. O przekltym
U Boocie
z zaBog upiorw. O kapitanie w
sztywnej od soli kurtce, o oczach jak oBw pBnocnego morza. Wiedz o nas marynarze tanich
bander i samotni |eglarze. A tak|e zaBogi piknych, kosztownych jachtw. Ale rzadko mog
podzieli si t wiedz. Krew, po|danie i paznokcie. Tyle nam trzeba.
Wracamy potem na Wybrze|e Trupw i czekamy. Czujemy, |e nasz czas si zbli|a, ale wci|
nic si nie dzieje.
Czekamy.
 Ju| niedBugo  mwi Loki.  Nadejdzie nasz czas. Wkrtce zaszczeka Garm. Fenrir wilk
zerwie BaDcuchy i poBknie sBoDce. WypBynie Naglfar . Przyjdzie wilcza zamie. Ju| niedBugo.
Nadchodzi czas.
NiedBugo.
Eugeniusz Dbski
DNIEMCY
urodzony 26 stycznia 1952 roku w Truskawcu, mieszka na staBe we WrocBawiu. Z
wyksztaBcenia rusycysta, absolwent Uniwersytetu WrocBawskiego. Na swoim koncie ma kilka
powie[ci z gatunku SF i fantasy, thriller SF, melan|e powie[ci sensacyjnych i fantastycznych.
Ponadto kilkadziesit opowiadaD opublikowano na Bamach Fantastyki , Nowej Fantastyki ,
Fenixa , Portalu  i Science Fiction . OtrzymaB nagrod Zlskiego Klubu Fantastyki Zlkfa .
Czterokrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla, jednak nigdy jej nie zagarnB. Jest
bodaj|e jedynym pisarzem na [wiecie posiadajcym a| dwie nagrody specjalnie dlaD ustanowione:
Nagrod Mtwy i Srebrnej Muszli. Wraz z |on Ew ochoczo tBumacz fantastyk rosyjsk:
BuByczowa, Pierumowa, Wasiliewa, Rybakowa, Jeskowa i innych. W Fabryce SBw  ukazaBy si
jego powie[ci:
WBadcy nocy, zBodzieje snw
(2002),
Tropem Kameleona
(2003),
Zmier magw z
Yara
(2005), oraz zbir opowiadaD
Szklany Szpon
(2004).
Dwie ci|arwki, jedna pusta, druga z dwiema dru|ynami |oBnierzy, i
Kubelwagen
raznie
toczyBy si po zakurzonej, wyschnitej le[nej drodze. Deszczu nie byBo od dawna, ale wysokie
drzewa trzymaBy drog w cieniu, nie dawaBy wyschn. PyB nie dokuczaB nawet jadcym z tyBu, w
ci|arwce bez budy. Zwyczajna pacyfikacja, pewnie trzeba bdzie w pysk da soBtysowi, mo|e
jakiego[ kmiota |ydopodobnego powiesi. Zabra troch kur, kilka cielt, krowy i tyle.
Leutnant
SchwibeB zdjB czapk, wychyliB si za burt wozu i podstawiB twarz pod chBodny,
aromatyczny powiew z lasu.
 Jak si to nazywa?  zapytaB siedzcego z przodu kaprala Kutzke.
 Jaki[ las, panie poruczniku  odpowiedziaB Kutzke.  Drobne literki, nie mog odczyta, a
te polskie mapy to niech je & Zielone lasy? Znajomy Las? Mo|e &
 Dobra, niewa|ne  machnB rk porucznik.
Co za r|nica, jak si wie[ nazywa? Wiadomo, |e na koDcu drogi jest tylko ta jedna, nie da si
zboczy, zbBdzi i & Roze[miaB si w duchu. Tak mu si ta my[l spodobaBa, |e postanowiB
podzieli si ni z kapralem, cho to [winia orBu nie towarzysz, ale mo|na przewiczy na nim
mot.
 A jakby[my tak zbBdzili i spacyfikowali nie t wie[, co, Kutzke?
Kapral zastanawiaB si chwil.
 Jak to nie t, panie poruczniku? Przecie| wszystkie s do spacyfikowania  zdziwiB si,
odwrciB si do tyBu i widzc podpowiedz  u[miech na twarzy porucznika  zrozumiaB dowcip.
Roze[mieli si obaj.
SBu|ba zbli|a.
Z mapy wynikaBo, |e jeszcze cztery kilometry i przekrocz strug, pewnie jaki[ brd. I jeszcze
dwa kilometry &
*
Natalk z ogrodu zabraBa mama.
 PrzyszBy Andzia i Marytka, idzcie si pobawi  powiedziaBa.
Natalka ucieszyBa si. Zabawa zawsze lepsza od pielenia marchwi, nawet je[li mo|na potem
zje[ dwie chBodne, prosto z ziemi, sBodkie. I skubn zielonego groszku.
 Na Bk mo|emy, mamu[?
 Nie, Natalko, do szopy.
Aha, do szopy. No dobrze. To te| lepsze od pracy w ogrodzie.
WybiegBa na podwrze, pomachaBa do stojcych pod bram kole|anek, te szybciutko pod|yBy
w jej stron.
 Jak si uwiniemy, to mo|emy si potem jeszcze pobawi ze zrebakami, tak powiedziaBa
mama  o[wiadczyBa Marytka.
 No to idziemy.
W szopie, w ich krlestwie, byBo sucho, cicho, powietrze miaBo nieprzyjemny posmak kurzu i
pajczyn  nikt tu nie zagldaB. Kiedy Marytka zawinBa dBug spdnic, wzbiB si maBy obBoczek
pyBu i leniwie zaczB wznosi si w gr.
 Co mamy zrobi?  zapytaBa Andzia.
I ona, i Natalka popatrzyBy na Marytk, najstarsz w ich trjcy.
 Jad odniemcy  powiedziaBa i pokazaBa klepisko.
WokB starannie wyrysowanego krgu dziewczynki nawtykaBy patyczkw, tylko z jednej strony
zamiast drewienek byBa wygBadzona rk wstga, przecita peBzncym po stycznej do
miniaturowego lasu rowkiem.
 Jakie?  zainteresowaBa si Andzia.
 Ci!  skarciBa j Natalka, ktra sama chciaBa zada pytanie.  Takie jak ten w czarnej
sukni? Tak?  zwrciBa si do Marytki.  Ty za maBa jeste[, przyjechaB w zeszBym roku podwod,
lataB po wsi, wrzeszczaB, wszystkich pryskaB wod, a potem powiesiB na zborze dzwonek i
dzwoniB & A tatko wziB widBy i poszli, wszyscy doro[li poszli. A kiedy wrcili, to tatka widBy byBy
czy[ciutkie, prosto z wody, w rowie mo|e umyB czy co? GBupi Burek przylazB do tych wideB, jak
tatko je powiesiB, obwchaB i zaczB wy. To mu tatko takiego [pica dali, cho goB nog, |e si
rozjazgotaB i na dwa dni w budzie schowaB.
 Nie  o[wiadczyBa Marytka.  Tamten byB odmiemiec, a ci s miency albo niency & 
ZawahaBa si.
 Ao matko! A co to za r|nica?  plasnBa w dBonie staruszkowym gestem Andzia. 
Odniemce to odniemce.
 No!
 To co mamy zrobi?
 Nie pu[ci  rzuciBa Marytka. No pewnie, jak nieraz ju|.
 No to dalej.
WstaBy z kucek, rozeszBy si dokoBa wyrysowanego krgu, potem Andzia pomachaBa rk i
wskazaBa kilka patyczkw:
 Hadziuki tu porb zrobiBy!
Marytka powiedziaBa uhu  i skinBa gBow, Andzia szybko wyjBa par kijkw, robic tym
sposobem karczowisko. I ju| byBo dobrze, tak jak naprawd we wsi.
UmilkBy, zapatrzyBy si w klepisko, potem zaczBy mrucze cicho i wolno, bokiem, nie
odwracajc spojrzenia od polepy, okr|yBy wie[  z prawej na lewo siedem razy i siedem z lewej
na prawo.
Nie liczyBy okr|eD, |adna nie umiaBa nawet do siedmiu doliczy, ale wiedziaBy znakomicie, ile
razy nale|y zrobi toczeD , |eby zadziaBaB. Co kilka krokw przystawaBy jednocze[nie i
wydmuchiwaBy mocno powietrze z pBuc.
I wracaBy w tan.
*
Leutnant
Schwibel poczuB nagle dziwn niech do dalszej jazdy.
Co[ zabulgotaBo mu w gardle, zakrztusiB si [lin, omal nie zadBawiB. PoderwaB si, uklkB na
siedzeniu i wychyliwszy si, zwrciB caBe domowe [niadanie. W
Kubelwagenie
nikt nie zwrciB na
to uwagi: silnik nagle strzeliB gBo[no dwa razy, potem jeszcze raz i nagle nastaBa cisza, cho wz
toczyB si jeszcze chwil. Schwi  bel otarB usta, odcharknB, splunB.
 Co jest?

Scheifiel
 odwa|yB si warkn kierowca.  Czuj, |e dojechali[my.
Stanli. Kierowca i Kutzke rzucili si do przegldu silnika.
Leutnant
podszedB do |oBnierzy i
krzyknB:
 Kto chce, mo|e rozprostowa ko[ci!
Dziwne, ale nikt nie skorzystaB. Inna sprawa, |e jechali dopiero drug godzin. Ale przede
wszystkim las staB si jaki[ & NiemiBy & Niechtny & Wrogi? {oBnierze z wBasnej inicjatywy
porozsiadali si tak, by mie oko na wszystkie strony. Oko i celowniki.
 No i co tu mamy?
Porucznik przepBukaB usta wod z manierki. SplunB, byBa jaka[ siarkowa, kleista i [liska.
 Co[ ty tu nalaB, Kutzke?  warknB Schwibel.
 Ja nic, to Waldstein, ale widziaBem, |e laB prosto z wiadra przy studni, jak pan kazaB.
Leutnant
zaklB w duchu, cisnB manierk do wozu.
 Co z silnikiem?
 Nic nie zrobi, panie poruczniku. Nie wiem, pierwszy raz takie co[ widz &
Schwibel miaB ochot zerwa czapk, cisn j na ziemi i podepta doszcztnie, ale przecie|
niemiecki oficer nie bdzie si wygBupiaB przed
gemeinen Soldaten?!
 Musimy wzi go na hol  powiedziaB kierowca.
 Tak, i bd jechaB i BykaB kurz z ci|arwki!  warknB
Leutnant.
 Zostawimy was tu z
nim  zdecydowaB po chwili namysBu.  Jad w pierwszej ci|arwce, Kutzke  do drugiej.
Jazda!
Po chwili ruszyli.
Do brodu byBo pBtora kilometra.
*
 Nie stoj  powiedziaBa Andzia.
WidziaBy to wszystkie. ToczeD zatrzymaB ich, ale tylko na chwil. Trudno, trzeba bdzie inaczej.
PopatrzyBy po sobie.
 Ja!  Natalka pierwsza podniosBa palec.  Ene, due, like, fake &
WypadBo na Andzi. MaBa zacisnBa usteczka, zmarszczyBa czoBo, po chwili u[miechnBa si i
przykucnBa nad rowkiem, tam, gdzie przecinaB si z wstg drogi.
 No!  pogroziBa jej Mary tka.  Bo my[laBam, |e pjd po cebrzyk i bdziesz piBa, a|
try[nie z ciebie!
Roze[miaBy si wszystkie.
Ju| za chwil bd mogBy pj[ si bawi ze zrebakami i cielaczkami.
*
Droga skrciBa raz jeszcze i pokazaBa si najpierw tablica, chyba z nazw wsi, a za ni mostek.
No tak  Zielone Las?
Mostek solidny, nadspodziewanie solidny, z grubych modrzewiowych bali, na to jodBowe kloce.
Ci|arwki przejad spokojnie, pomy[laB
Leutnant
Schwibel.
W zB godzin.
Nad lasem nagle przemknBo licho. Nie mogBo to by nic innego  niespodziewanie w [rodku
sBonecznego letniego dnia w szczyty drzew chlasnBo co[ ciemnego, zimnego, siekcego & Wiatr
w pierwszej chwili przemknB w poprzek drogi, ale zaraz jakby zawrciB i zaatakowaB kolumn z
dwch wozw od czoBa. Droga, dotd uklepana i zwarta, sypnBa pod podmuchem kurzaw pyBu,
li[ci, szpilek, kory, gaBzek &
Kierowca gwaBtownie wbiB stop w pedaB hamulca, jaki[ wikszy kawaB drzazgi z porby huknB
w szyb, zerwaB wycieraczk. Nad i za swoj gBow porucznik sByszaB przekleDstwa |oBnierzy,
ktrzy nawet nie pomy[leli jeszcze o nacigniciu tentu.

Wirfahren zurck!

Verdammtes Land!

Scheie, Scheie!

Heilige Maria!
 Au  Ba!!
A potem, je[li kto[ my[laB, |e znalezli si w piekle, to miaB okazj zrewidowa swoj my[l. To
byB czy[ciec albo przedczy[ciec.
PiekBo zaczBo si dopiero teraz. Upiorna burza zwaliBa si prosto na nich. Huragan targaB i
miotaB czterotonowymi maszynami jak w[ciekBy ojciec drcym si od kilku godzin w koBysce
bachorem. Z nieba waliBa gsta, sina i zimna struga wody. Pioruny rbaBy chyba wszdzie, omijajc
 mo|e na razie  ci|arwki. Schwibel pomy[laB, |e w rowie mo|e by bezpieczniej, signB do
klamki. Kierowca rzuciB si do niego.
 Nie wyBaz!  wrzasnB, ze strachu przechodzc na ty.  W samochd piorun nie strzeli!
HuknBo tak, |e wszyscy ogBuchli na moment. Jakie[ drzewo eksplodowaBo i nawet pBonBo mimo
ulewy. Potoki wody pokonaBy jednak ogieD. Potem na chwil deszcz jakby zel|aB, zobaczyli drog,
piorun strzeliB dwukrotnie w dwa pot|ne buki po lewej od mostu. ZwaliBy si natychmiast, kruszc
go i zaBamujc swoim ci|arem. Znowu zaczBo la silniej, znowu [wiat za szybami szoferki
zniknB zmyty strugami wody.

Vater unser im Himmel &
 Kierowca szybko mamrotaB pacierz, wczepiwszy si dBoDmi w
poprzeczki kierownicy tworzce, jakby kto[ chciaB tak my[le, ksztaBt krzy|a.
Nagle wszystko ucichBo. Tak samo raptownie, jak si zaczBo. Jeden mocny podmuch,
ci|arwka si za  koBysaBa, deszcz ustaB w jednej chwili, dmuchnBo jeszcze raz, z dachu i
jakich[ wklsBo[ci na szyb poleciaBa woda. Ulewa si skoDczyBa.
Odczekali chwil, potem Schwibel otworzyB drzwi, popatrzyB na grunt pod stopami, wybraB
miejsce i wyskoczyB na drog tak, by nie wpa[ do kaBu|y. PoszedB wzdBu| paki. {oBnierze,
doszcztnie i kompletnie mokrzy, przeklinali i milkli na jego widok. Potrzsali swoimi mauzerami,
niektrzy, co odnotowaB
Leutnant,
wyBawiali broD z basenu, w jaki nagle zmieniBa si paka
ci|arwki  szczelinami cigle laBy si z niej pBaskie strugi, musiaBo tam by z pB metra wody.
Kto[ w koDcu otworzyB tyln klap, chlusnBo. Schwibel zastanawiaB si chwil, ale nie
przychodziB mu do gBowy |aden rozsdny rozkaz, no bo co: Rozbiera si? Suszy? Zamkn
gby?
RuszyB w kierunku mostu.
Nie mieli |adnych szans dosta si na drug stron, poniewa| z mostu pozostaBy jedynie |aBosne
resztki, a i brd byB kompletnie zatarasowany dwoma gigantycznymi, wiekowymi bukami. Z tymi
piBami, ktre mieli w obowizkowych zestawach w samochodach, walczyliby z przeszkod dwa
tygodnie.
SplunB pod nogi, potem pomy[laB, |e w tym przekltym miejscu nie nale|y tak okazywa
swojej niechci. Szybko wrciB do ci|arwki.
 Dasz rad zawrci?  zawoBaB do dygoccego cigle kierowcy.
Tamten rozejrzaB si, pokrciB przeczco gBow.
Trudno. Musz na wstecznym, kilkaset metrw dalej, jak Schwibel pamitaB, jest nieco szerzej,
tam zawrc.
 Wsiada. Kto zreszt chce, mo|e si przebiec na rozgrzewk!  krzyknB do |oBnierzy.
PoBowa skorzystaBa z mo|liwo[ci. Schwibel te| szedB.
OdwrciB si i popatrzyB jeszcze raz na mostek. Dziwne, ale spomidzy gaBzi wystawaBa nadal
tablica.
EJOMME LAS
Co za parszywy jzyk ten polski, przemknBo
Leutnantowi
przez my[l. Zaraz jednak zaprztnB
go inny problem. Jak opowiem o tej upiornej burzy i poka| glanc buty, to mnie pod sd postawi.
Z tego te| powodu, gdy si po[liznB, skorzystaB z okazji i zwaliB si w bBoto, nie baczc na
krtkie chichoty |oBnierzy. Odpowiedni moment wybraB sobie na ten upadek, bo po dwustu
metrach bBocko si skoDczyBo. Tu  jest, a dwa kroki dalej  nie ma. Jak no|em.
{oBnierze wychodzili na such drog, tupali, strzepywali wod z wBosw i rkaww, wszyscy co
do jednego odwracali si i patrzyli na kaBu|e, przez ktre przed chwil brnli. Wszyscy milczeli,
robili zwrot i my[leli tylko o tym, jak by tu o tym nie my[le.
Kierowcy udaBo si zawrci na suchym, porucznik wsiadB do szoferki. Gdy ruszyli, rzuciB
jeszcze jedno spojrzenie w lusterko.
W lusterku nazwa wsi kompletnie si odmieniBa, ale wz podskoczyB na garbie koleiny,
Schwibel omal nie odgryzB sobie koniuszka jzyka.
Szlag by trafiB, wojna trwa niecaBy rok, a on ma ju| jej powy|ej uszu!
*
Dziewczynki popdziBy do zagrody dla cielt, zrebit i jagnit. Nie co dzieD pozwalano im si
bawi z tymi maBymi, puchatymi, miciutkimi stworzeniami. To nie zabawa, to |ywe istoty dane
czBowiekowi do pracy. Nie do igr.
Ale tym razem  pozwolono.
Matka Andzi przystanBa przy studni, przygldaBa si dBug chwil dziewczynkom rado[nie
obcaBowujcym owieczki. WestchnBa.
 No co?  zapytaB Tompac z nieodBcznym [mierdziuchem w ustach.  Przecie| udaBo si?
 Tak  westchnBa.  Znowu.
 No, znowu. WBa[nie. To czym si przejmujesz?
ObjB |on, rzuciB ponad jej gBow szybkie spojrzenie w lewo i prawo, zacisnB dBoD na twardej
piersi.
 Idz ty!  WyrwaBa si z obj.
 No co?
 Nic. Nie podoba mi si to. WiedziaB, co miaBa na my[li, mwic to .
 Dlaczego? Zawsze tak byBo, zawsze mieli[my wsparcie i ochron, i dobrze nam z tym, nie?
Patrz, tam gdzie[ podobno si bij, pal, morduj & A my? My mamy swoje dziewczynki i to nam
wystarczy. Ziemia rodzi, deszcze na zamwienie, nie ma po|arw, grabie|y & Raj.
 Raj!  prychnBa.
 No, nie taki, jak obiecuj ci tam & wiesz & Ale ofiarowany przez naszego Pana, nam, wic
korzystajmy z tego.
 A dziewczynki?
 Co dziewczynki?
 Wiesz, co. One wyrastaj, i ju| nie s takie miBe, i takie chtne, i takie dobre, prawda?
PrzemilczaB.
 No wBa[nie. Wszystkim si podoba, |e mamy takie pomocnice maBe, a to, co si dzieje z
du|ymi, to ju| nikogo nie obchodzi!
 A niby co si dzieje?  mruknB, podeszw bosej, skatej stopy wygBadzajc ziemi.
 No niby nic, tylko musimy si ich pozbywa, nie?
MilczaB.
 I udajemy, |e nie podrzucamy innym takich & kukuBczych jaj, nie? A przecie| one nie s ju|
takie milusie! Nie s chtne do czynienia dobra, a nawet powiedziaBabym, |e s chtne do robienia
czego innego.
 No & nie wiem &
 WBa[nie  westchnBa.  Nie wiesz & Nikt nie wie, bo i nie chce wiedzie & A ja si
czasem budz i pytam sam siebie: co si dzieje z t Janka, co to wy  wdrowaBa pod O[wicim,
z t Ol, co to umie[cili j pod Lublinem? Co z t Kasi, co to pojechaBa do Niemiec a|? Co? A
chBop milczaB &
Tomasz PacyDski
ER
OTENKOPF
Tomasz PacyDski urodzony 4 lutego 1958 roku, zmarB 30 maja 2005 roku. W roku 2001 po
opublikowaniu powie[ci
Sherwood
porzuciB zawd informatyka i skoncentrowaB si na pracy
twrczej. W 2002 roku opublikowaB
WrzesieD
 powie[ political fiction, ktra spotkaBa si z
szerokim oddzwikiem w [rodowiskach czytelniczych i w[rd krytykw. Kolejne lata poza
kontynuacj
Sherwood
zaowocowaBy licznymi opowiadaniami, ktre ukazaBy si midzy innymi w
zbiorze
Linia Ognia
(Fabryka SBw, 2005). Tomasz PacyDski daB si rwnie| pozna jako
publicysta. Jego felietony, podobnie jak opowiadania, ukazywaBy si na Bamach SFery ,
Fantasy  oraz Science Fiction . Razem z Eugeniuszem Dbskim i Andrzejem ZiemiaDskim
przyczyniB si do powstania najwikszego polskiego e zinu po[wiconego literaturze
fantastycznej  Fahrenheit , ktrego do chwili [mierci byB redaktorem naczelnym.
I
OdkBadany widelec cichutko brzknB o brzeg talerza.
Hauptsturmfhrer
Otto Diehl unisB
wysmukBy kieliszek, popatrzyB na pBonce w lichtarzu [wiece poprzez rubinowy pByn.

Prosit,
panie kolego. CzBowiek tytuBowany koleg zwlekaB chwil. WiedziaB, |e to
idiotyczne, ale przez caBy czas staraB si chowa dBonie. Sine, podbiegBe krwiakami paznokcie nie
pasowaBy do [nie|nobiaBego obrusa, porcelanowej zastawy, przygaszonego, matowego poblasku
sreber. Do kieliszkw i czerwonego, ci|kiego bordeaux. W koDcu ujB szklan n|k i omal nie
zadBawiB si powstrzymywanym, histerycznym [miechem. MaBy palec sterczaB zabawnie w bok,
jak u maBomiasteczkowego eBeganta, ktry usiBuje by wykwintny.
Nie mgB na to nic poradzi. Opuchnite stawy nie chciaBy si zgina. Lewa dBoD wygldaBa
jeszcze gorzej. Trzeba przyzna, pomy[laB, |e znali si na rzeczy. Nic nie zBamali, co wziwszy pod
uwag, |e u|ywali ci|kich buciorw, zakrawaBo wrcz na artyzm.
Wci| byB oszoBomiony sytuacj. Kontrast pomidzy dyskretnie eleganckim wntrzem a cel z
betonow posadzk byB zbyt wielki. Wcze[niej jazda wizienn karetk bez okien, na tyle dBuga,
by wiele razy mierzy w my[li odlegBo[, jaka dzieli wizienie na Pawiaku od lasu w Palmirach. A
na koniec niespodzianka.
PotrzsnB bezwiednie gBow. ByB z natury analitykiem, staraB si porzdkowa fakty, wyciga
wnioski. Ale to, co si dziaBo, byBo zbyt irracjonalne, zbyt zwariowane. Rankiem brutalne
[ledztwo, cuchnca strachem i [mierci cela, wieczorem wykwintna kolacja z kim[, kto wprawdzie
nosiB znienawidzony czarny mundur, ale tytuBowaB go koleg .
PostanowiB niczemu si nie dziwi. I tak wszystko musi si wyja[ni, w koDcu nie zaprasza si
kogo[ na kolacj, by zaraz potem, kiedy sBu|ba uprztnie zastaw i pogasi lichtarze, rozstrzela.
UnisB swj kieliszek. Ju| nie staraB si ukry [ladw przesBuchania. I tak byBy widoczne,
rwnie| na twarzy. MiaB okazj obejrze si dokBadnie w lustrze, po kpieli.

Prosit
 odpowiedziaB uprzejmie.
UmoczyB wargi w winie. ByBo niezBe.
Diehl podzikowaB skinieniem gBowy. I milczaB.
M|czyzna tytuBowany koleg przygldaB mu si uwa|nie, cho staraB si czyni to niezbyt
natarczywie. Diehl pasowaB do tego wntrza, tym bardziej teraz, w znakomicie skrojonym
garniturze. Nie miaB w sobie nic ze stereotypu esesmana, [wiDskiego blondyna o niebieskich
oczach. PrzypominaB raczej poBudniowca, szczupBego, o szybkich, nieco nerwowych ruchach i
ciemnych, gBadko przylizanych wBosach. Do[ dBugich, jak mo|na byBo zauwa|y, i niewtpliwie
nieregulaminowych.
Niemiec u[miechnB si. Wida spostrzegB, |e jest obiektem obserwacji. U[miech byB
nieoczekiwanie ciepBy i ujmujcy.
 I jak wypadBem, panie kolego?  spytaB. Spowa|niaB nagle i otarB serwetk usta.  C| &
 zaczB powoli.  Wybaczy pan,
Herr Doktor,
ale daruj sobie przeprosiny.
PopatrzyB wymownie na sine, poobijane dBonie rozmwcy.
 Jest wojna  cignB tonem towarzyskiej konwersacji.  Powtarzam truizmy zapewne, bo i
tak pan o tym wie, panie kolego. I tak si skBada, |e jest pan po przeciwnej stronie. Tej, ktra
przegraBa.
U[miechnB si znw.
 Wiem, mamy rok tysic dziewiset czterdziesty trzeci. I mo|e pan powiedzie, |e jeszcze
nie wiadomo, kto tak naprawd wygraB. Cofamy si planowo na froncie wschodnim, a pan mo|e z
tego wysnuwa dowolne wnioski.
SkrzywiB si i obrciB w palcach pusty kieliszek.
 Byle nie za daleko idce.  Jego gBos stwardniaB.  C|, jestem realist, panie kolego. I
radziBbym te|,
Herr Doktor,
wzi przykBad ze mnie. ZwBaszcza w paDskiej obecnej sytuacji.
PokrciB gBow.
 Niech mnie pan zle nie zrozumie. To nie grozba, ale musi pan przyzna, |e owa sytuacja
jest & hmm &
ZmarszczyB brwi, szukajc odpowiedniego sBowa.
 Asymetryczna  dokoDczyB wreszcie.  Tak, to dobre okre[lenie, cho przecie| eufemizm.
Prawda, doktorze Krauze?
M|czyzna nazwany doktorem Krauze spu[ciB wzrok. Machinalnie grzebaB widelcem w talerzu.
 Niech pan je, panie kolego  zatroszczyB si Diehl.  C| ze mnie za gospodarz, zanudzam
go[cia.
Krauze popatrzyB mu prosto w oczy. Esesman nie zmieszaB si ani troch.
 Tak, go[cia  potwierdziB z naciskiem.  Co wicej, mog panu obieca ju| teraz, |e ta caBa
godna po|aBowania sprawa zostanie puszczona w niepami. Chocia| to trudne, jak zapewne pan
wie &
ZawiesiB gBos. ObserwowaB przez chwil, jak Krauze niezdarnie usiBuje odkroi kawaBek
soczystego kotleta schabowego. SzBo mu niesporo, sztuce wymykaBy si ze sztywnych,
opuchnitych palcw.

&Herr Hauptmann
 dokoDczyB Niemiec i zmru|yB ironicznie oczy. Z uznaniem spostrzegB,
|e twarz Polaka nawet nie drgnBa. Ale spodziewaB si tego.
 Jeschke!  rzuciB ostro i strzeliB palcami. SiwowBosy, krtko ostrzy|ony m|czyzna w
[rednim wieku podbiegB do stoBu, strzeliB obcasami.
O ile Diehl w dobrze skrojonym garniturze pasowaB do mieszczaDskiej elegancji wntrza, do
obitych pluszem mebli, mikkich zasBon, skrzcego si krysztaBowymi szybkami kredensu, to
Jeschke wygldaB zupeBnie nie na miejscu. BiaB kelnersk marynark nosiB z wyraznym
obrzydzeniem, wida byBo, |e mu nieswojo. Znacznie lepiej czuBby si w plamistej pelerynie, ze
szmajserem zamiast srebrnej tacy.
 Nowe nakrycie dla pana doktora  rzuciB Diehl.  I kotlet ma by pokrojony.
 Tak jest,
Hauptsturmfhrer
 szczeknB przebrany za kelnera podoficer. WykonaB wzorowy
w tyB zwrot, omal nie wyrywajc obcasami dziur w dywanie.
Diehl spojrzaB za nim z zadum. WydobyB z kieszeni srebrn papiero[nic. SzczknB
zameczkiem.
 Nie czstuj, pan bdzie jeszcze jadB  mruknB przepraszajco.
TrzasnBa zapalniczka, Niemiec zacignB si gBboko. ObrciB papierosa w palcach, popatrzyB
na bibuBk.
 AmerykaDskie  dodaB.  Korzy[ci ze stanowiska, jak si pan zapewne domy[la. I dobre
ukBady w zaopatrzeniu.
Krauze pokiwaB gBow. Zapach dymu, ktry wydmuchnB Diehl nad stoBem, spowodowaB, |e
poczuB skurcze |oBdka. DaBby wszystko, |eby teraz zapali. Ale postanowiB, |e nie poprosi.
WrciB Jeschke, balansujc srebrn tac. UdaBo mu si zmieni nakrycia, nie zalewajc zbytnio
obrusa sosem. Diehl, widzc tBust plam, lekko zmarszczyB brwi.
 Niech pan je,
Herr Doktor.
 UczyniB zapraszajcy gest.  A ja skorzystam z okazji i
wyja[ni par spraw.
SkrzywiB wargi w swoim ujmujcym u[miechu.
 Bo co[ si nam ta rozmowa nie klei, przyzna pan, kolego? Wiem, wiem &  MachnB
uspokajajco rk.  Nie dziwi si, na paDskim miejscu te| byBbym zaniepokojony.
Mam nadziej, |e szybko znajdziesz si na moim miejscu, przemknBo Krauzemu przez gBow.
Nie tu, naturalnie, tylko na Pawiaku. Albo w innym rwnie miBym miejscu. I z rwnie miBymi
perspektywami na przyszBo[.
WbiB widelec w apetyczny, pachncy kawaBek misa. Jeschke, lub ktokolwiek inny, kogo tam
przebrano za kucharza, postaraB si. Przyrumieniony schab byB pokrojony z i[cie niemieck
dokBadno[ci.
{uB ostro|nie. Zby te| si ruszaBy, jeden byB zBamany. Krauze nie mgB si powstrzyma od
dotykania go jzykiem, cho to bolaBo. Wida nerw zostaB na wierzchu.
 Jerzy Krauze &  zaczB Diehl cicho.  Dobre niemieckie nazwisko.
Trzeba byBo |u jedn stron. Wtedy mniej bolaBo, chocia| uBamany pieniek i tak ju| pokaleczyB
policzek od wewntrz. Krauze nabraB na widelec kiszonej kapusty, tBustej, przysma|anej ze
skwarkami. Nie pamitaB ju|, kiedy po raz ostatni tak jadB. Jeszcze przed wojn chyba, pomy[laB,
tak, na pewno. Przecie| pzniej nie byBo okazji. PrzymknB oczy. Przed oczyma stanBo
wspomnienie przywoBane smakiem i zapachem. Jasna sala restauracyjna, melodyjny kobiecy
gBos &
 Co, nie zaprotestuje pan?  Zmiech Niemca wyrwaB go ze wspomnieD.
SpojrzaB. W oczach Diehla bByskaBa kpina.
 Nie powie pan, |e jest Polakiem?  Esesman pokrciB gBow z udawanym zdumieniem. 
Przecie| na ogB tak mwicie, o ile wiem. Jeden taki nawet dowcip opowiedziaB. {e je[li kura
zniesie przypadkiem jajo w chlewie, to nie znaczy, |e si z niego wykluje [winia.
PopatrzyB uwa|nie w twarz rozmwcy.
 Nie [mieszy to pana,
Herr Doktor?
 spytaB.
Krauze unisB kolejny ks do ust. {ujc ostro|nie, pokrciB w milczeniu gBow.
 I sBusznie  mruknB Diehl.  Kiepski dowcip. Cho trzeba przyzna, |e opowiedzenie go
wymaga odwagi.
PopatrzyB na siedzcego naprzeciw m|czyzn, ktry odBo|yB widelec zdecydowanym ruchem.
 Niech pan wreszcie powie, o co chodzi.  W gBosie Krauzego brzmiaBo znu|enie.
Rzeczywi[cie, miaB do[. ObawiaB si poza tym, |e za chwil powie za du|o, a domy[laB si, |e
wkrtce zacznie si wBa[ciwa rozmowa. WycieDczony [ledztwem i gBodwk popeBniB bBd. CzuB
ci|ar w |oBdku, zdradliwe uczucie syto[ci, ktre powodowaBo bBogie otpienie. Najchtniej
poBo|yBby si, zasnB i nie my[laB o niczym.
Diehl schyliB si po zgrabn, skrzan aktwk, ktr wcze[niej oparB o krzesBo.
 No prosz, jednak si pan w koDcu odezwaB. Nie, nie &  MachnB rk w prote[cie.  To
nie pretensje. W koDcu rozumiem doskonale paDskie poBo|enie, panie kolego. Ale do rzeczy.
WydobyB z aktwki kartonow teczk. PoBo|yB przed sob na stole, ale wci| nie otwieraB.
 Kawy?  zaproponowaB.
Krauze nie mgB powstrzyma grymasu zdziwienia. Nie liczyB na to wcale, nie spodziewaB si
|adnych uBatwieD. Prdzej mo|e, |e komedia skoDczy si wreszcie, a obaj Niemcy, Diehl i ten
drugi, Jeschke, skocz i zaczn go kopa podkutymi buciorami.
 Tak, dzikuj  odparB niepewnie. Wci| niczego nie rozumiaB, ale poczuB nagBy przypByw
optymizmu. MiaB nadziej, |e kofeina postawi go na nogi.
Esesman strzeliB palcami. Gdzie[ za plecami Krauze  go rozlegBo si stuknicie obcasw,
potem skrzypnBy drzwi. PeBnicy chwilowo obowizki kelnera
Rottenfhrer
Jeschke poszedB po
kaw.
 Zwietnie pan mwi po polsku  mruknB Krauze. Diehl bbniB palcami w szar tektur
teczki. MilczaB chwil. Spoza salonu dobiegB podniesiony gBos. Jeschke wida z ulg zrzucaB skr
kelnera, kiedy tylko znalazB si za drzwiami. SztorcowaB wBa[nie kucharza, traktujc go per
Schweinehund.
Ta niespotykana zoologiczna krzy|wka raczej nie byBa nazwiskiem.
Hauptsturmfhrer
te| sByszaB. SkrzywiB si nieznacznie.
 Musi pan wybaczy, panie kolego. Jest wojna, jak mwiBem, a poczciwy Jeschke to tak
zwany swj chBop  wyja[niB.
PrzesunB w stron Krauzego srebrn papiero[nic. Ten skwapliwie skorzystaB, starajc si
ukry dr|enie rk. UdaBo mu si wyBuska jednego papierosa mimo braku czucia w opuszkach
palcw. Diehl pochyliB si w jego stron, podaB ogieD. Krauze podzikowaB uprzejmym skinieniem
gBowy.
Pierdolony Wersal, przemknBa my[l. ZacignB si gBboko i rozkaszlaB.
 Niech pan uwa|a, mocne  skarciB go Bagodnie Diehl.  A pan pewnie dBugo nie paliB.
Istotnie, pomy[laB Krauze. ZwBaszcza cameli. Bdzie ze trzy miesice.
 PytaB pan, skd znam polski?  Diehl co[ mwiB jeszcze, ale Krauze ju| w zasadzie nie
sBuchaB. Od nikotyny zaszumiaBo mu w gBowie bardziej ni| od dwch wypitych wcze[niej
kieliszkw wina. Ledwie do niego docieraB cichy, kulturalny gBos esesmana, bez zauwa|alnego
obcego akcentu.
 UrodziBem si w Bromberg. Po waszemu Bydgoszcz. ByB pan tam kiedy[?
Nie doczekaB si odpowiedzi i pokiwaB gBow.
 I nie ma pan czego |aBowa. To dziura. Po prostu dziura.
*
 Jerzy Krauze. Porucznik rezerwy.  Diehl poBo|yB przed sob kartk maszynopisu
ozdobion sinymi pieczciami, ale nawet na ni nie spogldaB. WpatrywaB si w twarz rozmwcy.
 Lat czterdzie[ci dwa. Urodzony &
PopatrzyB teatralnie na maszynopis. PostukaB weD oBwkiem.
 No prosz  u[miechnB si zBo[liwie.  W Bydgoszczy.
Krauze milczaB. OgldaB swoje posiniaBe, podbiegBe krwi paznokcie.
 NieBadnie  pokrciB gBow Diehl.  Nie bawmy si w maBe kBamstewka, dobrze?
Tym razem Krauze si u[miechnB. Gra zaczynaBa go wciga. I tak nie miaB nic do stracenia.
 Przecie| nie zaprzeczyBem  odparB. Esesman spowa|niaB.
 To prawda, nie zaprzeczyB pan  przyznaB.  Ale umwmy si. Nie bdzie pan ukrywaB
drobiazgw, dobrze? Szybciej dojdziemy do porozumienia.
Zmiech Krauzego zabrzmiaB caBkiem szczerze.
 Pan |artuje  powiedziaB tylko, kiedy ju| uspokoiB si na tyle, |e mgB w ogle wydoby
gBos.  Wie pan tyle, |e o |adnym porozumieniu chyba nie ma mowy. Panie kolego & 
przecignB ironicznie dwa ostatnie wyrazy.
WiedziaB, |e ryzykuje. Ale miaB wra|enie, |e sytuacja wymyka mu si z rk, o ile w ogle mgB
jeszcze sdzi, |e nad czymkolwiek panuje.
MiaB nadziej, |e Diehl straci panowanie nad sob. {e da si sprowokowa, pry[nie cienka
warstewka dobrych manier. I znw bdzie wszystko jasne. ZdawaB sobie spraw, |e Niemiec
doskonale zna jego to|samo[. Pytanie tylko, jak wiele wie. I po co ta caBa komedia. Nie sdziB, |e
Diehl mo|e by a| tak naiwny, |eby zakBada, i| obietnic dobrego traktowania przecignie go na
swoj stron. O ile wiedziaB, jak dotd nic podobnego si jeszcze nie wydarzyBo. Ale i tak gdzie[
gBboko koBataBa si nadzieja. Mo|e nie wszystko stracone, mo|e gBupia wpadka nie oznacza
jeszcze [mierci. Dlatego trzeba podj gr, cho nadal nie wiadomo, na czym ona polega. ZBo[ciBo
go, |e nie wie, kim jest Diehl.
Hauptsturmfhrer,
do[ wysoki stopieD w SS. Co gorsza, miaB
wra|enie, |e ju| kiedy[ sByszaB to nazwisko. I za nic nie mgB sobie przypomnie, gdzie i kiedy.
ZdziwiB si, nie widzc zBo[ci na twarzy esesmana. Tylko dziwny grymas. Diehl wygldaB,
jakby kto[ wyrzdziB mu niezasBu|on przykro[.
 No c|, nie wierzy mi pan.  PokiwaB gBow.  Wypada mi tylko powtrzy, |e specjalnie
si panu nie dziwi. No dobrze &
OdchrzknB, poprawiB si na krze[le.
 To w takim razie zaczn. By mo|e, ja[niej poka|e to panu moje intencje, wyzbdzie si pan
wtpliwo[ci. I inaczej rozpatrzy ofert.
SpojrzaB znienacka na Krauzego. Ten nie potrafiB ukry zaskoczenia.
 Tak, bdzie i oferta.  GBos esesmana stwardniaB.  A pan,
Herr Doktor,
bdzie miaB wolny
wybr. Skorzysta z niej lub wrci tam, skd pan dzi[ przybyB.
Krauze zacisnB bezwiednie pi[ci. ZabolaBo. Ale wreszcie wszystko zaczynaBo stawa si
jasne.
 Jerzy Krauze. Porucznik rezerwy, ukoDczona SzkoBa Podchor|ych w Thorin. W Toruniu,
znaczy. Artylerzysta, prawda?
Diehl rzuciB szybkie spojrzenie. Nie doczekawszy si odpowiedzi, cignB dalej.
 Rozwiedziony, bezdzietny. Zmobilizowany trzydziestego dziewitego w sierpniu. Nie trafiB
do niewoli. I tak naprawd sBuch o nim zaginB.
Esesman signB do teczki, wyjB drugi dokument. PrzebiegB wzrokiem, cho i tak znaB na
pami jego tre[.
 Zatrzymany przed miesicem, posBugiwaB si dokumentami na nazwisko KozioB. W obozie
przej[ciowym na Skaryszewskiej rozpoznany przez niejakiego &
Diehl przewrciB kartk.
 Gonschorka &
Jzio Gsiorek, pomy[laB Krauze i nie zwa|ajc na bl, zacisnB zby. Kto by przypuszczaB,
szeregowy z mojej baterii jest pierdolonym folksdojczem.
 Przekazany gestapo  dokoDczyB Diehl. ZawahaB si.  Zdaj sobie spraw, |e metody
moich kolegw &
 Jest wojna  przerwaB ironicznie Krauze.  Jak pan mwiB, to wiele usprawiedliwia.
Niemiec pokiwaB gBow w zamy[leniu.
 I owszem.  PodnisB wzrok znad papierw.  Bo te metody, jak si okazuje, s skuteczne.
Wprawdzie nie wobec pana. Ale wiemy skdind, |e ju| podczas [ledztwa wyszBo na jaw, |e pan
KozioB to tak naprawd |aden KozioB, i nawet nie Krauze, ale kapitan {agiew. Aadne pseudo 
u[miechnB si Diehl.
Kapitan nie odpowiedziaB u[miechem. Nie chciaB si ju| nawet zastanawia, kto sypnB. I nie
mgB nikogo wini. ZdawaB sobie spraw, |e sam przeszedB zaledwie przedsmak [ledztwa.
Oprawcy wci| mieli nadziej, |e dowiedz si wicej. Byli ostro|ni.
Diehl zamilkB. PrzegldaB w zamy[leniu kolejne papiery. Krauze pocignB ostatni Byk z
fili|anki, signB po dzbanek. Jak spod ziemi pojawiB si Jeschke, uprzedzajc jego ruch.
Krauze spojrzaB na Niemca, kiedy ten ostro|nie nalewaB kaw. Gba podoficera skrzywiBa si w
u[miechu. On te| staraB si by uprzejmy.

Danke
 mruknB kapitan, kiedy Jeschke podsunB mu cukiernic.
Rottenfhrer
stuknB
obcasami.
Kawa byBa mocna, sBodka i wci| gorca. Rozja[niaBa my[li. Ale wci| nic si nie chciaBo
ukBada.
 Widzi pan &  zaczB wreszcie Diehl po dBu|szym, ci|kim milczeniu.  Jest pan
wrogiem. WedBug prawodawstwa Rzeszy winien pan by stracony. Tak, wiem, jest pan oficerem,
|oBnierzem. Jak my wszyscy. Ale jest wojna i pan jest w tej gorszej sytuacji. Pan przegraB.
Krauze pokiwaB gBow. Co masz w zanadrzu, zastanawiaB si caBy czas, ile wiesz? On sam
wiedziaB jedno. Pki rozmawiaj, jest jeszcze czas. S szans.
 Zgadza si pan, prawda?  spytaB Niemiec i nie czekajc na odpowiedz, cignB dalej. 
Wic wie pan rwnie|, |e nie ma nic do stracenia. Oprcz, zapewne, tygodni [ledztwa. Bo koniec i
tak jest przesdzony. Jest pan winien jak cholera.
UderzyB wyprostowan dBoni w papiery na stole. Zastawa zadzwoniBa cicho.
 Mog?  spytaB Krauze. WskazaB otwart papiero[nic.
 Ale| oczywi[cie.  W kcikach oczu esesmana pojawiaBa si drobna siateczka zmarszczek,
kiedy si u[miechaB. Nie jest tak mBody, na jakiego wyglda na pierwszy rzut oka, spostrzegB
Krauze ze zdziwieniem. W rysach Niemca byBo co[ znajomego, a| zmarszczyB brwi z namysBem.
 Niech pan si tylko dobrze zastanowi,
Herr Doktor.
 W gBosie Diehla daBo si sBysze
nutk ostrze|enia.  I niech pan nie uwa|a tego za ostatniego papierosa, bardzo prosz. {adnych
oklepanych zdaD o honorze, obaj wiemy, czym jest. Jeste[my przecie| |oBnierzami.
TrzasnB kBkiem zapalniczki. Sam te| zapaliB.
 Dobrze, nie tramy czasu.  ZgarnB zdecydowanym ruchem papiery z obrusa. WepchnB je
do aktwki, gniotc niedbale, jakby przestaBy ju| by potrzebne. Zapewne nie byBy, Diehl
doskonale pamitaB fakty. Ale urzdowe dokumenty zawsze robiBy wra|enie. ByBy bezosobowe,
stanowiBy wytwr pot|nej urzdniczej machiny. I wszechwiedzcej. {yciorys odczytany z
kartoteki sprawiaB wra|enie przemielonego przez niewidzialne tryby, redukowaB czBowieka do
rubryk z wpisanymi adnotacjami. KwalifikowaB ostatecznie i nieodwoBalnie.
Krauze o maBo si nie roze[miaB, kiedy spostrzegB, |e odetchnB z ulg, gdy papiery zniknBy. To
bez sensu, pomy[laB, w tej sytuacji zwBaszcza. Los byB wcze[niej przesdzony, pytanie tylko, ile
brutalnych przesBuchaD trzeba bdzie wytrzyma. Bo przecie| nie mo|na nikogo rozstrzela dwa
razy.
MiaB teraz dziwne uczucie zawieszenia. Ju| przecie| po|egnaB si z |yciem. Owszem, jak
przystaBo na oficera, nie poddawaB si. Ale te| zdawaB sobie spraw, |e ucieczka byBa nierealna.
PozostawaB tylko jeden problem. Wytrzyma i nie sypa.
Kiedy wcze[niej poprowadzono go do samochodu, zwykBej, wojskowej ci|arwki na
dziedziDcu, poczuB ulg rozlewajc si ciepBem po caBym ciele. Ju| nie musiaB si ba, ju| si
dokonaBo. Albo niedBugo dokona. Las, gBboki wykop, ostatni haust [wie|ego powietrza. I spokj.
Bez strachu, bez lku o wBasn wytrzymaBo[, odporno[ na bl. Bez niepewno[ci.
NagBy przeskok z celi, potem trzscej si skrzyni pokrytej plandek, do stoBu przykrytego
[nie|nobiaBym obrusem byB zupeBnie abstrakcyjny, jak z sennej fantazji. Krauze wci| zastanawiaB
si, czy po prostu nie zwariowaB, czy jego umysB nie uciekB w obBd. Ale [wiat, pominwszy
irracjonalne okoliczno[ci, byB wci| realny.

Herr
Krauze?  Natarczywy gBos Niemca przywrciB go do rzeczywisto[ci.
PoderwaB gBow. Chwil spogldaB nieprzytomnie, sylwetka Diehla po drugiej stronie stoBu
jawiBa si jako niewyrazny ksztaBt. DBug chwil trwaBo, zanim udaBo mu si zogniskowa wzrok
na tyle, by w oczach esesmana dojrze niekBamane zaniepokojenie.
Jestem sBaby, musiaB przyzna. WycieDczony, zagBodzony i pobity, szans na ucieczk s
mizerne, jakakolwiek pojawiBaby si okazja.
 Panie kolego?  Diehl pochyliB si nad stoBem, potrzsnB go za rami.  Przepraszam,
zaraz skoDczymy. Teraz niech pan jeszcze chwil uwa|nie posBucha, od tego wiele zale|y.
Krauze ju| si ocknB. ZebraB wszystkie siBy, jakie jeszcze mu pozostaBy. I wBa[nie w tej chwili
w nagBym bBysku przypomnienia rozpoznaB pochylajc si nad nim twarz. A| si roze[miaB.
Esesman cofnB si zaskoczony.
To byBo takie proste, pomy[laB Krauze. Wyrazne wskazwki, choby uparte tytuBowanie
Herr
Doktor.
ByB zBy na siebie. Nawet biorc pod uwag okoliczno[ci, powinien przecie| pamita,
cho to ju| tak dawno. Prawie zapomniaB, kim sam byB kiedy[, teraz nie my[laB o sobie inaczej jak
o |oBnierzu. Jak maBo trzeba, bBysnBa refleksja, by straci jasno[ my[lenia, spostrzegawczo[.
Kilkana[cie dni bicia, gBodu. OdepchnB z wysiBkiem niechciane my[li.
 Otto Diehl  powiedziaB powoli.  Doktor Otto Diehl, jak sdz?
Niemiec u[miechnB si melancholijnie.
 No, nareszcie  powiedziaB z ulg.  Mundur zmienia czBowieka, prawda?  zauwa|yB.
ZwBaszcza ten mundur, pomy[laB Krauze. SkinB potakujco gBow.
* * *
Po|BkBa od tytoniowego dymu firanka zaczepiBa si o pelargoni na parapecie. Starszy
m|czyzna w grubych okularach zmru|yB oczy i zaklB pod nosem. Chwil szarpaB si z oporn
koronk, usiBujc wysupBa z niej blade, zimowe listki. Wreszcie zrezygnowaB. UBamana gaBzka
wpltana w materiaB pozostaBa.
Przypomina belfra, pomy[laB po raz ktry[ Krauze. Nudnego, zBo[liwego dziadyg, ktry zaraz
otworzy dziennik i bdzie przepytywaB z BaciDskiej koniugacji. Albo rwnie irracjonalnych rzeczy.
Potem wygBosi wykBad o leniwej dzisiejszej mBodzie|y.
Starszy pan jeszcze raz odchyliB firank, zerknB na ulic, pust i wyludnion. StaB jak zwykle
nieco z boku, tu| przy [cianie. Kto[, kto spogldaBby akurat w okno, uznaBby zapewne, |e to
przecig porusza zasBonami. Krauze u[miechnB si pod nosem.
Te [rodki bezpieczeDstwa byBy i tak iluzoryczne. A co wicej  niepotrzebne. Lokal byB czysty,
sprawdzony. A w bramach przy brukowanej kocimi Bbami czerniakowskiej uliczce staBo kilku
znudzonych chBopakw w l[nicych oficerkach, gotowych w ka|dej chwili rozpi kapoty i
bBysn matow oksyd lufy szmajsera czy stena.
 Co[ pana [mieszy, kapitanie?  rzuciB ostro siwowBosy, wracajc do stoBu. Krauze wypr|yB
si odruchowo na krze[le. Spowa|niaB.
 Nie, panie majorze  odpowiedziaB krtko.
Wygldajcy na belfra starszy pan tylko przypominaB z wygldu puchacza, w swych okrgBych
okularach, ze sterczcymi po bokach czaszki siwymi wBosami. Ci, ktrzy uwa|ali go za starego
niezguB, rychBo rozumieli swj bBd. Puchatek, jak go powszechnie nazywano, ignorujc jego
oficjalne pseudo, potrafiB by ostry dla podwBadnych. I przykry.
 No to prosz kontynuowa.
Puchatek usiadB naprzeciw, przy okrgBym, przykrytym koronkowym obrusem stole. PrzymknB
oczy. Krauze milczaB jeszcze chwil, zbieraB my[li.
Rozmawiali ju| czwarty raz. Trudno zreszt byBo to nazwa rozmow, nawet nie skBadaniem
raportu. Bardziej przesBuchaniem.
Kapitan nie dziwiB si z pocztku. W koDcu historia byBa niewiarygodna, co siB rzeczy musiaBo
budzi podejrzenia. Co prawda nieraz si zastanawiaB, |e przecie| gdyby Niemcy chcieli ulokowa
w samym kierownictwie Kedywu podwjnego agenta, wymy[liliby co[ bardziej sensownego. Ale
z drugiej strony & To byBo tak niewiarygodne, |e przecie| mogBoby by prawdziwe.
Jednak byB coraz bardziej zniecierpliwiony. Nie po to wracaB do kraju, nie po to wyskakiwaB z
halifaksa gdzie[ nad pogr|on w mroku Kielecczyzn, by teraz po raz kolejny skBada raport z
tych samych wydarzeD.
ZdawaB sobie spraw, |e jest odsunity od wszystkiego, |e kontaktuj si z nim tylko ci, ktrzy
musz. Do ktrych trafiB sam po niezwykBej ucieczce. I Puchatek. Nie mgB powstrzyma si od
szczerego podziwu dla starego, ktry podjB ryzyko spotkaD, liczc si z wszelkimi
niebezpieczeDstwami.
Major Leliwa, skarciB si w duchu Krauze, nie |aden Puchatek. Szef kontrwywiadu okrgu AK.
 Tak jest, panie majorze  powiedziaB.  Wtedy go poznaBem. I, oczywi[cie, powiedziaBem
mu o tym. WydawaBo mi si, |e tak jest lepiej.
Zza okularw bBysnBo na chwil uwa|ne spojrzenie. Za chwil starszy pan znw przymknB
powieki. ZdawaB si podrzemywa.
No, spytaj wreszcie, ponagliB go w my[li kapitan. Zawsze, kiedy dochodziB do tego momentu,
Leliwa spogldaB uwa|nie, jakby chciaB zada jedno ze swoich krtkich, tre[ciwych pytaD. Pytania
byBy przydatne, celnie ujmowaBy sprawy. PrzywoBywaBy wspomnienia, zwracaBy uwag na
aspekty, ktre sam Krauze pominB lub ktrych wrcz nie zauwa|yB.
Ale i teraz major nie spytaB.
 Tak zdecydowaBem, panie majorze  jak i przy poprzednich rozmowach kapitan zaczB
wyja[nia nieproszony.  Nie miaBem nic do stracenia. I tak wiedziaB o mnie wiele, prawie
wszystko &
 Prawie?  wtrciB major. Palce jego prawej dBoni na koronkowym obrusie drgnBy. Jakby
starszy pan chciaB co[ zanotowa.
 Prawie  potwierdziB Krauze.  Najprawdopodobniej sdziB, |e ukrywaBem si w kraju od
pocztku okupacji. Nie wiedziaB nic o Anglii. I zreszt nie wnikaB wcale, nie pytaB. Od razu wyBo|yB
sw, nazwijmy to, propozycj.
ZamilkB na chwil, zmarszczyB czoBo, chcc przypomnie sobie jak najdokBadniej wszystkie
szczegBy. ZastanawiaB si, czy nie pominB czego[, co mogBo przecie| by istotne.
 SBucham, kapitanie  ponagliB go Leliwa, kiedy cisza si przedBu|aBa. Ju| nie sprawiaB
wra|enia, jakby podrzemywaB.
* * *
 Mam dla pana,
Herr Doktor,
propozycj.  Otto Diehl robiB wra|enie rozluznionego, jakby
fakt, |e zostaB rozpoznany, sprawiB mu nieoczekiwan ulg.  Mo|na to chyba tak nazwa.
Chwileczk &
UnisB dBoD, widzc, |e Krauze chce co[ powiedzie.
 RadziBbym jednak, panie kolego, wysBucha do koDca.  GBos stwardniaB nagle. Diehl znw
byB esesmanem.  Nie mwi nic pochopnie, zwBaszcza niczego, czego nie mo|na cofn.
SkrzywiB si w zBym u[miechu.
 {adnych bredni o odwiecznym wrogu. Honorze oficerskim i takich innych. Teraz ja mwi!
UderzyB dBoni w stB, a| zastawa zadzwiczaBa gBo[no, a pBomyki [wiec w srebrnym lichtarzu
zafalowaBy niespokojnie. Krauze zamknB usta.
Jest zdenerwowany, pojB nagle z zaskoczeniem. Bardziej chyba ni| ja. Za chwil Diehl
zaskoczyB go jeszcze bardziej.

Dreckiger Krieg
 mruknB i niecierpliwym gestem rozluzniB koBnierzyk pod szyj. 
Przepraszam, kolego. Jak pan widzi, trudno si pozby tej drugiej skry. A przecie| my,
naukowcy, powinni[my si dogada.
Krauze pokiwaB gBow, majc nadziej, |e panuje nad twarz, |e jego kolega nie dostrze|e
szyderstwa. Ju| kojarzyB Diehla i jego dokonania. I miaB o nich niezbyt wysokie mniemanie.
 Przepraszam  powtrzyB Niemiec.  Postaram si zaBatwi to jak najszybciej. Niech pan
uzna, |e robi, co musz. Nie ma w tym nic osobistego. Ani te| nie uznaj pana za wroga. My,
naukowcy, musimy by czasem ponad to. W zamian za to prosz tylko, by wysBuchaB pan do
koDca. Mimo |e jest pan oficerem.
U[miech staB si nieco wymuszony.
 Nic pan nie traci.
Istotnie, pomy[laB Krauze, nic nie trac, sBuchajc. Nawet je[li odmwi. Nie mgB co prawda
zrozumie, na co liczy
Hauptsturmfhrer
Diehl. Czy|by sdziB, |e jakie[ wizy kole|eDstwa
skBoni go do wspBpracy z wrogiem? Przecie| to bzdura. Nie jest chyba a| tak naiwny.
Aby zyska na czasie, signB po fili|ank z wystygB ju| kaw. SczyB zimny pByn zmieszany z
fusami z dna naczynia.
On musi wiedzie wicej, my[laB. Oni musz wiedzie, poprawiB si, niemo|liwe, |eby byBa to
inicjatywa jednego oficera. Ale zdaj sobie spraw, |e maj w gar[ci nie zwykB pBotk, tylko
kogo[ bardziej znaczcego. Zrzutka z Anglii, przeszkolonego, przysBanego z konkretn misj.
Krauze wiedziaB ju|, |e musi podj gr, jakakolwiek by byBa. Bo oferta oznacza jedno  kto[
sypie, i to kto[ ulokowany niezwykle wysoko. I cho sam miaB ju| niewielk nadziej ocalenia, to
istniaBa szansa, |e zdoBa ostrzec przeBo|onych.
 Dobrze  przerwaB milczenie Diehl.  Zaczniemy od tej gorszej strony. Naturalnie, mo|e
pan odmwi.
ZawiesiB gBos i wydB pogardliwie wargi.
 OdwoBa si do oficerskiego honoru  podjB po chwili.  Wtedy, jak pan zapewne
rozumie, nie bdzie dalszych rozmw. Zostanie pan odwieziony z powrotem. Nie, nie, bez
specjalnych instrukcji dla kolegw z gestapo. Ale to niewiele zmienia, prawda?
PrzygldaB si swoim wypielgnowanym paznokciom, potem od niechcenia przesunB
spojrzenie na dBonie Krauzego.
 Pewnie lepiej byBoby, gdybym, w przypadku odmowy, naturalnie, wydaB rozkaz  dodaB
uprzejmie.  Jeschke wykonaBby go bez mrugnicia okiem, niech si pan nie da zwie[ jego
miBemu wygldowi.
PokiwaB gBow z udawanym ubolewaniem.
 To straszny skurwysyn, midzy nami mwic. Z przyjemno[ci by pana zastrzeliB. Ale jak
ju| mwiBem, nic z tego. Wrci pan na Pawiak w stanie nienaruszonym. Naturalnie, ten stan nie
potrwa dBugo.
Krauze u[miechnB si lekko. PopatrzyB na swoje paznokcie, na opuchnite i sine palce.
 Ale|, drogi Ottonie  z premedytacj zwrciB si do Niemca po imieniu. Zauwa|yB, jak
Diehl zesztywniaB momentalnie, a jego palce zaczBy wybija mimowolny werbel na obrusie. 
Przecie| to byBo od pocztku jasne. Nie uwa|a mnie pan za dziecko, panie kolego?
Esesman byB wyraznie niezadowolony, |e inicjatywa wymyka mu si z rk. Nie takiej reakcji,
zapewne, si spodziewaB.
 Nie, nie uwa|am  wtrciB pospiesznie.  Przepraszam po raz kolejny, ot, druga natura.
ZrobiB nieokre[lony gest dBoni, co[ pomidzy salutem a hitlerowskim pozdrowieniem.
 Zaskocz pana, panie Krauze  cignB.  Spodziewa si pan, |e bd namawiaB do & Do
zdrady?
ParsknB krtkim [miechem.
 Nie, tak nisko pana nie oceniam, naprawd. Owszem, korzystam z sytuacji, bo wiem, |e w
innych okoliczno[ciach nie zechciaBby pan ze mn rozmawia. Podejrzewam nawet, |e zastrzeliBby
mnie pan z rwn satysfakcj jak Jeschke pana. Mam racj?
Ku jego zaskoczeniu Krauze spokojnie kiwnB gBow.
 Naturalnie, panie kolego. Z najwiksz przyjemno[ci  zakpiB. Wci| byB spity, ale gra
zaczynaBa go wciga. ZastanawiaB si, na ile mo|e sobie pozwoli, nie przecigajc struny.
 Tak i my[laBem  przyznaB Diehl.  Jest w panu co[, co budzi szacunek. A my potrafimy to
doceni.
 My?  wpadB mu w sBowo Krauze.
 My, Niemcy  padBa oczywista, automatyczna odpowiedz. Kimkolwiek Diehl byB,
kogokolwiek staraB si udawa, reagowaB stereotypowo.
Krauze pokiwaB gBow.
 Zawsze mo|na na was liczy  skwitowaB. Esesman spojrzaB podejrzliwie, nie wiedzc, czy
to drwina. W koDcu wolaB uzna, |e jednak nie.
 Mo|e wreszcie pozwoli mi pan skoDczy?  zniecierpliwiB si nieco.  Pzno si robi.
ZerknB demonstracyjnie na zegarek.
 Ot|, jak mwiBem, zdziwi si pan. Nie oczekuj zdrady, jakby pan to zapewne okre[liB. Nie
interesuje mnie paDska dziaBalno[ jako oficera. Mog j uzna za niebyB. A raczej przej[ nad ni
do porzdku.
MwiB niby w przestrzeD, bawic si pustym kieliszkiem. Ale spod oka obserwowaB reakcje
Krauzego. Wreszcie byBy takie, jakich oczekiwaB.
 yle mwi  cignB z satysfakcj.  Nie przejd, a przejdziemy. Oferta obejmuje
dokumenty na nazwisko, jakie pan uzna za stosowne. Wiz jednego z krajw neutralnych, do
wyboru, szwajcarsk, szwedzk, portugalsk. I, naturalnie, gratyfikacj w reichsmarkach.
UnisB wskazujcy palec, u[miechnB si.
 Skromn gratyfikacj  dodaB.  W koDcu prowadzimy wojn. Nie proponuj panu funtw
ani dolarw &
PopatrzyB na rozmwc.
 Jak pan zapewne wie, sami je drukujemy. Krauze ju| nic nie rozumiaB. Znw miaB wra|enie,
|e to wyjtkowo realistyczny sen. {e obudzi si zeD na twardej wiziennej pryczy. Ale kiedy
zacisnB bezwiednie pi[ci, bl potBuczonych palcw upewniB go, |e to jednak jawa.
 Trudno w to uwierzy, prawda?  za[miaB si Diehl. WrciBa mu pewno[ siebie, znw czuB
przewa 
Spowa|niaB, chwil zastanawiaB si, marszczc czoBo.
 Jest i inna mo|liwo[  powiedziaB wreszcie cicho.  Pewnego dnia si po prostu
rozstaniemy, w dowolnie wybranym miejscu. Nikt nie bdzie pana [ledziB. Tylko, rozumie pan
sam, panie kolego &
PopatrzyB Krauzemu prosto w oczy. Ten pojB, |e Diehl mwi szczerze. I  nie wiedzie czemu
 pomy[laB, |e istotnie nie oszuka. Wywi|e si ze zobowizaD z honorem niemieckiego oficera,
cokolwiek by to znaczyBo.
 Wtedy lepiej, |eby[my si nigdy wicej nie spotkali. Mwi serio.
Co do tego nie ma wtpliwo[ci, pomy[laB kapitan. Powoli, z namysBem, skinB gBow, nie
spuszczajc wzroku z twarzy Diehla. I za chwil mgB wyczyta na niej satysfakcj i  z pewnym
zaskoczeniem  rwnie| starannie skrywan ulg.
Otto Diehl wiedziaB ju|, |e jego oferta zostanie przyjta. I nie potrafiB do koDca ukry, |e bardzo
mu na tym zale|aBo.
*
Major Leliwa zdjB szkBa w okrgBych oprawkach. ChuchnB na soczewki, przetarB je starannie
chusteczk. MrugaB przy tym zaBzawionymi, krtkowzrocznymi oczyma. Powieki miaB
zaczerwienione i spuchnite.
ZaBo|yB z powrotem okulary, poprawiB je na nosie. OdchrzknB.
 No tak, kapitanie  powiedziaB powoli i z namysBem.  Powiada pan, |e Diehl nie skBadaB
panu |adnych propozycji przej[cia na stron wroga? Nie domagaB si podania kontaktw,
nazwisk?
Krauze policzyB w my[li do dziesiciu.
 Nie, panie majorze  odparB krtko. Tak samo jak ju| odpowiadaB poprzednim razem. I
jeszcze poprzednim. DokBadnie tak samo jak napisaB w raporcie.
 I nie zdziwiBo to pana?  naciskaB Puchatek. Rwnie| tak jak poprzednim razem. Jego
uwa|ny wzrok zza grubych szkieB wwiercaB si badawczo w twarz kapitana.
 Owszem, zdziwiBo  przyznaB Krauze. Wci| zreszt nie rozumiaB, usiBowaB poukBada
sobie wszystko, zanalizowa. Ale miaB za maBo danych, cho musiaB przyzna, |e rozmowy z
majorem wiele pomogBy, pozwoliBy spojrze na fakty z innej perspektywy. Przypomnie sobie
nieistotne z pozoru szczegBy.
Ale fragmenty nie pasowaBy do siebie. ZwBaszcza sam
Hauptsturmfhrer
Otto Diehl.
 ZdziwiBo, i to mocno  powtrzyB, wci| czujc na sobie badawczy wzrok Leliwy.
WiedziaB, |e dowdca nie potrafi mu uwierzy. A w najlepszym wypadku ma wtpliwo[ci. Nie
miaB |alu, sam byBby nieufny, by mo|e, od razu signBby po radykalne [rodki. Ale te| zaczynaB
odczuwa zBo[ zmieszan z bezradno[ci. Kurwa ma, zaklB w duchu. Ile razy bd musiaB
powtarza? Przecie| chyba s sposoby, |eby sprawdzi, cho cz[ciowo. Kim jest Diehl, czym si
zajmuje. Skd znalazB si nagle w Polsce.
Krauze doceniaB mo|liwo[ci wywiadu AK. Ostatecznie sam miaB dostp do dossier
wa|niejszych niemieckich urzdnikw. O gestapowcu, ktry go przesBuchiwaB, wiedziaB zapewne
wicej ni| w Niemiec o nim. Gdyby nie pech, spotkaliby si w zupeBnie innych okoliczno[ciach,
gestapowiec byB ju| skazany prawomocnym wyrokiem podziemnego sdu.
Leliwa niewtpliwie sprawdziB ju| Diehla. Esesman miaB wystarczajco wysoki stopieD, by jego
pojawienie si w Warszawie wzbudziBo zainteresowanie odpowiedniej komrki wywiadu. Ale
major milczaB, a Krauze nie pytaB wprost. A na aluzje Puchatek nie zareagowaB nawet mrugniciem
oka.
Teraz te| nie mrugaB. I nie przynaglaB, pozornie obojtny, wygldaBo na to, |e dawaB
podwBadnemu czas na zastanowienie, na przywoBanie szczegBw. Jednak byBo ju| jasne, |e
niczego wicej si nie dowie, przecie| relacj miaB usBysze ju| czwarty raz. Milczenie zatem
nabieraBo caBkiem innego wymiaru, a ci|ki, nieruchomy wzrok starszego pana  caBkiem nowego
znaczenia.
Nie wierzy, pomy[laB Krauze nie po raz pierwszy. PrzypuszczaB, |e Leliwa chce go przyBapa na
niekonsekwencji, ma nadziej, |e za ktrym[ razem bajeczka zacznie pru si w szwach. Ledwo
powstrzymaB gorzki grymas. Bajeczka. Sam zaczynaB ju| my[le w ten sposb o swoim raporcie.
Nie, nie miaB pretensji do majora. Trudno byBo uwierzy, |e Diehl nie wiedziaB, kogo miaB w
swoich rkach. A jeszcze trudniej w propozycj.
Krauze przymknB na moment oczy. MiaB doskonaB, wywiczon pami i spostrzegawczo[,
nie osBabiBy ich nawet tortury [ledztwa. PotrafiB rejestrowa drobne niuanse, zwraca uwag na
pozornie nieistotne szczegBy. I wyBapywa niekonsekwencje. Ale musiaB przyzna, |e byB
bezradny. Nie potrafiB dostrzec niczego, co daBoby punkt zaczepienia.
Co gorsza, nie wiedziaB, jak przekona Puchatka. I zdawaB sobie spraw, |e ma coraz mniej
czasu.
OtworzyB oczy, przetarB je gestem peBnym zmczenia. PopatrzyB prosto w twarz przeBo|onego.
 Diehl nie proponowaB niczego, co stanowiBoby zagro|enie dla organizacji  powiedziaB
cicho, dokBadnie tymi samymi sBowami, co poprzednim razem. I jeszcze poprzednim.  Nie
wymieniB |adnego nazwiska, poza jednym.
 Jak brzmiaBo to nazwisko?  wtrciB Leliwa szybko, jakby spodziewaB si ni z tego, ni z
owego, |e Krauze zapomniaB.
 Kazimierz StoByhwo  odparB kapitan i u[miechnB si mimo woli.  Profesor StoByhwo.
Nawet nie uznaB za stosowne doda, |e przecie| wyraznie napisaB to w raporcie. I zd|yB
powtrzy kilka razy.
 Pana co[ [mieszy, kapitanie?  spytaB znw Puchatek. Krauze ze znu|eniem, w zupeBnie
niewojskowy sposb, pokrciB gBow.
 To dobrze  skwitowaB major.  W takim razie prosz kontynuowa &
ZawahaB si, signB do szkieB, jakby chciaB je znw przetrze. Ale zatrzymaB si w pB gestu i z
irytacj machnB dBoni.
Staremu zaczynaj puszcza nerwy, zrozumiaB kapitan. A tak|e to, |e nie ma ju| wiele czasu.
PrzymknB oczy. I nie otwierajc ich, zaczB mwi.
*
 O nic wicej pan nie zapyta, panie kolego? ZaprzeczyB ruchem gBowy, bez sBowa.
 To dobrze.  Diehl wygldaB na zadowolonego.  W koDcu nie jeste[my dziemi, prawda,
mein Herr?
Rozumie pan swoj sytuacj, wybr jest niewielki.
StaB si przyjacielski i gadatliwy. Krauze obserwowaB go spod oka. OdeszBo zmczenie i
wyczerpanie, mo|e pomogBa mocna kawa, prawdziwa, nie |aden
Ersatz.
Albo zaczynaBa go
wciga gra, ktrej celu wci| nie rozumiaB.
NiepokoiBa go inna sprawa. Jak wiele Niemiec wie? Je[li znaB jego prawdziwe nazwisko,
dogrzebaB si przeszBo[ci, to musiaB wiedzie tak|e, |e kapitan jest zrzutkiem z Anglii. Niestety,
sam Krauze wpadB na samym pocztku, nie miaB |adnych danych, jak daleki krg objBy
aresztowania. Wsypa wygldaBa na pot|n, sigaBa daleko.
Pomy[laB, |e o ile Diehl sam si nie wygada, sprbuje go sprowokowa. UznaB, |e nie mo|e ju|
wiele zaszkodzi. Je[li tylko esesman da po temu okazj.
SkupiB si jeszcze bardziej. Ju| nie czuB zmczenia, przestaB odczuwa nawet tpy bl
obna|onego nerwu w uBomku wybitego zba. ObserwowaB Diehla, wsBuchiwaB si w ka|de sBowo.
 Na pocztek jedno nazwisko &
Krauze spr|yB si w oczekiwaniu. Wreszcie co[ konkretnego, pomy[laB. Teraz bdzie musiaB
szybko reagowa; kiedy padn ju| nazwiska, zorientuje si, w jakim kierunku zmierza propozycja,
czy raczej szanta| Niemca. I jak dBugo bdzie mgB zwleka i zwodzi, zanim Diehl si zorientuje.
ZawisB wzrokiem na wargach esesmana. I a| otworzyB usta ze zdumienia, kiedy wreszcie
usByszaB.
 Kazimierz StoByhwo  rzuciB Otto Diehl od niechcenia. PopatrzyB wyczekujco.
Zdziwienie musiaBo odbi si na posiniaczonej twarzy kapitana, kiedy gorczkowe my[li
przebiegaBy mu przez gBow. SpodziewaB si wszystkiego, ale nie czego[ takiego.
 Zaraz  powiedziaB powoli.  Chodzi panu o &
 Profesora StoByhwo  rzuciB niecierpliwie Niemiec.  Antropologa, jak pan i ja. Bdz pan
powa|ny, kolego, przecie| nie bdzie pan zaprzeczaB, |e pan go znaB. I kontynuowaB jego prace.
PochyliB si, signB znw do teczki. GrzebaB w niej chwil, wycignB zmite papiery opatrzone
pieczciami z wron, cisnB je niecierpliwie na dywan. Wreszcie znalazB to, czego szukaB.
RozprostowaB zmity maszynopis, przesunB kartk przez stB.
Krauzemu wystarczyB jeden rzut oka.
Le crane de NowosiBka considr comme preuve de
l existence l poque historique de fortnes aparentes a H. primigenius.
ZacisnB pi[, omal nie
gniotc kartki w kul. OdchyliB si na krze[le.
ZnaB doskonale tekst, nie musiaB go czyta. Przed oczyma stanBa mu czaszka, poczerniaBa i
krucha, ale przecie| wcale niesfosylizowana
. Niewiarygodna jak na miejsce i czas, gdzie j
znaleziono. PrzypomniaB sobie, jak po raz pierwszy, gdy j ujrzaB, wodziB opuszkami palcw po
grubych, ci|kich Bukach nadoczodoBowych. Jak nie dowierzajc wBasnym oczom i tabelkom
sporzdzonym przez sumiennego profesora, mierzyB kt twarzowy.
 O co tu chodzi, Diehl?  spytaB wreszcie.  Mo|e mi pan wyja[ni, panie kolego? Mamy
wojn, przypominam. Co maj do rzeczy stare ko[ci?
Esesman milczaB. Krauze ze zdumieniem dostrzegB w jego oczach lk. Starannie ukrywany, ale
przecie| wyraznie widoczny. U[wiadomiB sobie, |e jak dotd zle oceniaB sytuacj. Diehl wcale nie
byB jej panem.
PostanowiB skorzysta z okazji, docisn lekko.
 Przecie| zdaje pan sobie spraw, drogi Ottonie &
ByB ciekaw, jaka bdzie reakcja na tak bezceremonialne potraktowanie. Oto w jaki[ sposb
zrwnywaB siebie, |aBosnego i sponiewieranego wiznia, z esesmanem, na ktrego Bask i nieBask
wBa[nie si zdaB.
 Zdaje pan sobie spraw, |e ostatnimi czasy &
Reakcja nastpiBa szybko, ale zupeBnie nie taka, jakiej si spodziewaB. Diehl nie wybuchnB
gniewem, nie prbowaB nawet przywoBa go do porzdku wynio[le i pogardliwie. GwaBtownie
pochyliB si nad stoBem, zbli|yB si, na ile pozwalaB blat. RozejrzaB si szybko.
 Zamknij si,
Menschl
 syknB zduszonym gBosem.  Nie wiem, co robiBe[, czBowieku, i
nie chc wiedzie! A ty miej troch rozumu i pamitaj, |e i ja mam przeBo|onych.
Krauze, zaskoczony, skinB tylko machinalnie gBow. Diehl sapaB jeszcze przez chwil, po czym
odchyliB si na krze[le.
 Ka|da gra ma swoje reguBy  mwiB ju| spokojniej.  Ja dotrzymam obietnic. A pan niech
bdzie rozsdniejszy.
On si boi, zrozumiaB Krauze. DziaBa zapewne na wBasn rk, musiaB zBama przepisy.
Zaryzykowa i odsBoni si.
 Czy|by[my jechali na jednym wzku,
Hauptsturmfhrer?
 docisnB jeszcze mocniej.
Diehl, o dziwo, u[miechnB si w odpowiedzi.
 W rzeczy samej, kolego. Pan mo|e straci |ycie, ale ja te| ryzykuj.
W jego oczach na chwil bBysnBy weselsze ogniki.
 Ale nie zrobi pan nic nierozsdnego. Bo jest pan naukowcem. Przede wszystkim naukowcem
 zaakcentowaB.  I jest pan ciekawy. Nie myl si?
Krauze przytaknB. Rzeczywi[cie, byB ciekawy. Bo przecie| spdziB nad t cholern czaszk
caBe lata. Bez rezultatw.
 Zastanawia si pan, co w [rodku wojny robi ten cholerny neandertalczyk. Dlaczego jest taki
wa|ny?
Diehl zdawaB si czyta w my[lach kapitana. SignB po butelk, napeBniB kieliszki.
 Powiem panu. By mo|e, ta wojna to pomyBka.
*
ZgrzytnBy tryby i [cienny zegar zaczB wybija godzin. Obaj m|czyzni przy stole drgnli
wyrwani z wBasnych my[li. ZaskrzypiaBa lekko wielka, trzydrzwiowa szafa nad|arta zbem czasu i
przez korniki.

Fosylizacja  termin z paleontologii oznaczajcy procesy powstawania skamieniaBo[ci polegajce na przemianie
organicznej szcztkw ro[lin i zwierzt w nieorganiczne skBadniki skorupy ziemskiej, [przyp. red.]
Krauze powstrzymaB si w ostatniej chwili przed spojrzeniem na stary mebel. PoczuB nagBy
chBd. Mam coraz mniej czasu, pomy[laB.
 Neandertalczyk, powiada pan, kapitanie  powiedziaB szybko major Leliwa. Zbyt szybko,
oceniB kapitan. Wprawdzie Puchatek nie daB nic po sobie pozna, ale Krauze byB przekonany, |e
decyzje ju| zapadBy. Albo zapadn wkrtce.
Nie odpowiedziaB od razu. W koDcu przecie| powtarzaB to ju| czwarty raz. Wreszcie zaczB.
Leliwa bbniB palcami po stole, kapitan machinalnie obserwowaB jego paznokcie, krtko obcite, z
sinawymi pBksi|ycami u nasady. Stary ma problemy z sercem, pomy[laB obojtnie. Gdyby nie
wojna, dawno byBby emerytem.
Krauze mwiB powoli, nie[wiadomie wpadajc w ton wykBadu. Trudno oszuka sw wBa[ciw
natur. Puchatek nie przerywaB jak za pierwszym razem, kiedy zadawaB pytania, caBe mnstwo
pytaD. Starszy pan byB systematyczny, nawet je[li uznaB, |e wszystko jest stekiem bzdur, dziwn
bajeczk, to przecie| chciaB zrozumie. Cho byBo to dla niego zapewne absurdalne.
Trudno si dziwi, pomy[laB kapitan. Dla dowdcy istotn tajemnic byBo, jak doszBo do wsypy,
ktra sparali|owaBa prawie dziaBalno[ okrgu AK. A nie zagadka przodkw czBowieka
rozumnego.
MusiaB po[wici sporo czasu, by wyja[ni, kim byB czBowiek neandertalski. Puchatek nie
przerywaB, bardziej ni| zwykle sprawiaB wra|enie belfra, ktry sBucha referatu zdolnego ucznia.
Krauze nie wiedziaB, kim major byB z zawodu. Domy[laB si jedynie, |e ma niezBe przygotowanie
akademickie, mgB to wywnioskowa z pytaD, ktre dowdca wtrcaB.
Ale zdawaB sobie te| spraw, |e major zupeBnie nie jest w stanie poj, jak zaskakujce byBo
odkrycie lwowskiego profesora. W jakim stopniu stawiaBo na gBowie caB dotychczasow wiedz.

Homo primigenius
 powiedziaB teraz cicho.  Znany te| jako
homo neanderthalensis.
ByB
zapewne naszym przodkiem, maBpoludem, jak zwykBo si mwi. CzBowiek jaskiniowy. IstniaB
jeszcze jakie[ pidziesit tysicy lat temu. Potem zniknB. WygasB, zamieniB si w nas &
Krauze przerwaB na chwil, zapaliB papierosa. ZacignB si gBboko i zakaszlaB. WydmuchnB
gryzcy dym.
 A mo|e nie?  Nie[wiadomie z relacji przeszedB do rozwa|aD.  Mo|e nie wyginB? I mo|e
wcale nie byB naszym przodkiem? Zwariowana teoria &
StrzepnB z irytacj szary waBeczek popioBu. Nie trafiB do szklanej, wypeBnionej ju| prawie
popielniczki, starB dBoni pyB z koronkowego obrusu.
 Teoria, powiada pan?  wtrciB Leliwa.  Nowa, jak rozumiem? I usByszaB pan o niej
wBa[nie od owego Niemca?
Kapitan przytaknB.
 Tak, od niego.
Spu[ciB wzrok, starannie strzsnB popiB. Wci| czuB na sobie badawcze spojrzenie Puchatka.
MiaB nadziej, |e major nie zorientuje si, |e wBa[nie co[ zataiB. By mo|e, kluczow kwesti.
Ale nie miaB ju| wyrzutw sumienia jak przy poprzednich przesBuchaniach. Bo sprawa zaczBa
wyglda zgoBa inaczej. MiaB wra|enie, jakby po plecach, wzdBu| krzy|a, maszerowaB mu caBy
oddziaB mrwek.
Nie dziwiB si. W koDcu siedziaB odwrcony tyBem do wielkiej, trzydrzwiowej szafy.
*
 Ju| pan rozumie, panie kolego, do czego jest pan potrzebny?  Diehl przekBadaB kartki
maszynopisu. Spomidzy nich wypadB l[nicy prostokt. Zdjcie. Krauze nie musiaB si
przyglda, by wiedzie, co przedstawia.
 Rozumiem  potwierdziB.  Po[wiciBem sporo lat, jak pan zapewne wie.
SpojrzaB znaczco na Niemca, ktry bez skrpowania przytaknB.
 Owszem, wiem  odparB krtko.  I to wiedziaBem ju| od dawna, zanim zaczBa si wojna.
W koDcu byB pan znany w [rodowisku.
Krauze skrzywiB si cierpko.
 Owszem, byBem  uciB.
Diehl spodziewaB si takiej reakcji.
 C|  powiedziaB powoli.  Taki jest los ludzi, ktrzy maj odwag spojrze dalej.
PrzeBama uprzedzenia. Zaj si sprawami, ktre ogB [rodowiska uwa|a za humbug i brednie.
 Co pan mo|e wiedzie  parsknB Krauze lekcewa|co, zanim zd|yB si powstrzyma.
Diehl natychmiast skorzystaB z okazji. ByB inteligentnym, bystrym graczem.
 Niewiele  przyznaB.  Dotd nie przegraBem jak pan,
Herr Doktor.
Musisz uwa|a, upomniaB si kapitan. Nie da si sprowokowa. ZdawaB sobie spraw, |e omal
zapomniaB, gdzie si znajduje. Z kim rozmawia, a przede wszystkim, skd przybyB.
I gdzie mo|e wrci. Je[li popeBni najmniejsz nieostro|no[.
 Naprawd wydobyB mnie pan z wizienia, by prowadzi naukowe dysputy?  spytaB zimno.
 Tak  odpaliB esesman.  WBa[nie po to.
 O odkryciu, ktre nigdy nie zostaBo potwierdzone? Ktre uznano za oszustwo?
 DokBadnie  przytaknB Diehl.  Bo miaB pan racj. A caBa reszta, ci wszyscy profesorowie
w gronostajach mylili si paskudnie.
Krauze zamy[liB si. Wci| nie rozumiaB, jakie znaczenie mo|e mie dla wroga jego teoria. Ale
wiedziaB ju|, |e przynajmniej na razie bdzie osamotniony w grze, ktr wBa[nie podjB. W caBej
Europie znaBo si na tym mo|e kilkudziesiciu ludzi.
 Dobrze, doktorze Diehl  zdecydowaB wreszcie.  Ma pan racj, jestem ciekawy. I dopki
nie uznam, |e stoi to w sprzeczno[ci z moj oficersk przysig, odpowiem na paDskie pytania.
Niemiecki antropolog, bo tak ju| my[laB o nim Krauze, pokrciB gBow.
 Myli si pan  powiedziaB stanowczo.  Nie zale|y mi na odpowiedziach. Chc
wspBpracy.
ZastanawiaB si chwil, mi[nie jego policzka lekko drgnBy.
 Chc pomocy  dodaB cicho.
I znw Krauzemu wydaBo si, |e w oczach Niemca bBysnB strach.
*
 Niech pan powie jeszcze raz o tym
homo &
 Puchatek zawiesiB gBos, jakby zapomniaB
trudnej BaciDskiej nazwy. Krauze nie miaB zBudzeD. Starszy pan miaB pami niczym sBoD.

Homo primigenius
 odpowiedziaB powoli.  Inaczej
homo neanderthalensis.
Dwie nazwy gatunkowe, ktre wryBy si w pami. PamitaB wra|enie, kiedy po raz pierwszy
przeczytaB o niewiarygodnym odkryciu.
Teraz wydawaBo mu si, |e jego sBowa napotykaj mur niezrozumienia. Tak niewtpliwie byBo.
Major Leliwa mgB mie uniwersyteckie przygotowanie, jednak nie byB w stanie doceni caBej
niezwykBo[ci odkrycia Kazimierza StoByhwo, ktry w scytyjskim kurhanie nieopodal NowosiBki
znalazB dobrze zachowany szkielet o wyraznych cechach neandertalskich.
Neandertalczyk odziany w kolczug. PraczBowiek w czasach historycznych. Odkrycie, ktre
mogBo zmie  ni pojmowanie [wiata i historii rodzaju ludzkiego. Oczywi[cie, gdyby nie zostaBo
zlekcewa|one.
 Niewa|ne  machnB dBoni Leliwa. SpogldaB na [cienny zegar, jakby nagle zaczB si
spieszy. Rzeczywi[cie, robiBo si pzno. Pokj po  mroczniaB. Wkrtce, by zapali [wiatBo,
trzeba bdzie zacign zasBony z czarnego papieru. Inaczej byle niemiecki patrol zacznie strzela
w okna. Odkd front znw zaczB si zbli|a, okupant bezwzgldnie przestrzegaB zaciemnienia.
 Bdziemy koDczy na dzi[, kapitanie  zdecydowaB Puchatek.  Reszta nastpnym razem.
Krauze zastanawiaB si, czy bdzie nastpny raz. Major wygldaB na zniecierpliwionego. Po raz
pierwszy wydawaBo si, |e sBucha wyBcznie z obowizku. ZwBaszcza pod koniec.
Starszy pan wstaB oci|ale, podszedB do okna. OdsunB po|BkB od dymu, brudn firank, po
czym zdjB z parapetu doniczk z pelargoni.
MgBby j kto[ podla, bBysnBa Krauzemu bezsensowna my[l. Inaczej zwidnie caBkiem.
Mieszkanie byBo tylko punktem kontaktowym, bezpiecznym, bo z podwrza prowadziBy dwa
wyj[cia. I w caBej obskurnej kamieniczce nie mieszkaB ani jeden folksdojcz.
Doskonale rozumiaB, dlaczego spotykali si wBa[nie tutaj. ByB spalony, trudno nara|a ludzi,
kiedy wci| nie wiadomo, po czyjej jest stronie. Od powrotu, rwnie niewiarygodnego jak caBa
reszta historii, widywaB tylko tych, ktrzy musieli si z nim spotka. I byB pewien, |e wszyscy, na
ktrych spadB ten obowizek, zmienili dotychczasowe meliny.
Brak pelargonii w oknie byB sygnaBem. Obstawa mogBa si ju| zwija, Krauze wiedziaB dobrze,
|e chroni Leliw, nie jego. I odejd wcze[niej, by przypadkiem nie zobaczyB ich twarzy.
PoczuB bezsiln zBo[, ktra tliBa si w nim ju| od dawna. Teraz doBczyBo ukBucie lku. Nie
chciaB zgin z rki swoich.
 Zasiedzieli[my si  pogadywaB dobrodusznie Puchatek, ale jego spojrzenie, ktre Krauze
zBowiB raz i drugi, pozostaBo zimne i twarde. Nie uwierzyB ostatecznie, zrozumiaB kapitan, i teraz
podejmie decyzj.
 Panie majorze &  zaczB.
 Pzniej, kapitanie, pzniej  uciB Leliwa.  Nastpnym razem porozmawiamy o
paDskim & powrocie. I na tym chyba zakoDczymy formalno[ci.
SpojrzaB na zegarek, tym razem wBasny, na przegubie.
 Aczniczka pana zawiadomi. Prosz, |eby pan nie krciB si po mie[cie, punkt jest
bezpieczny.
Cho u|yB sBowa prosz , Krauze wiedziaB, |e jest to rozkaz. Domy[laB si te|, |e Puchatek
zostaBby od razu powiadomiony o niesubordynacji.
 Tak jest, panie majorze  odpowiedziaB krtko. Wypr|yB si na baczno[, zamarkowaB
stuknicie obcasami. Tylko zamarkowaB, bo jego szyte na miar oficerki przepadBy na Pawiaku.
Teraz zapewne nosiB je ktry[ ze stra|nikw, a Niemcy potrafili doceni kunszt polskich szewcw.
Ale ukBon wyszedB jak za najlepszych, podchor|ackich czasw. Nawet w spojrzeniu Puchatka
zza grubych szkieB bBysnBo ciepBo. Starszy pan lubiB zupacki dryl, ktrego konspiracja go
pozbawiBa.
 Na razie jest pan spalony, {agiew  major po raz pierwszy u|yB pseudonimu.  Tak
musimy przyj, sam pan rozumie.
Krauze staB wci| na baczno[. Nie przytaknB, cho rozumiaB problem, z jakim boryka si jego
dowdca. ZwBaszcza je[li zastanowi si lepiej nad powrotem . Sam musiaB przyzna, |e byB on
jeszcze mniej wiarygodny ni| neandertalczyk w scytyjskim kurhanie.
Nieszczsny, anachroniczny hominid miaB przynajmniej jedn zalet. Nie |yB od tak dawna, |e
byBo dokBadnie wszystko jedno, jak zginB.
*
W powietrzu czuBo si ju| przedwio[nie. GBboki wdech spowodowaB, |e Krauzemu zakrciBo
si w gBowie. Zbyt dBugo siedziaB w zamkniciu, w dusznej, [mierdzcej, wieloosobowej celi
wypeBnionej wyziewami strachu i niemytych ciaB.
StaraB si nie rozglda zbyt ostentacyjnie, cho Diehl nie zwracaB na to wielkiej uwagi. Od
rana, kiedy to spotkali si w hallu, byB jakby nieobecny. ZachowywaB si te| bardziej sztywno.
Jednak mundur zmienia czBowieka, pomy[laB Krauze, spogldajc z ukosa na esesmana, ktry
staB obok na szerokich schodach eleganckiej willi. ZniknBy nawet zmarszczki w kcikach oczu
[wiadczce o czstym u[miechu.
Hauptsturmfhrer
Otto Diehl wygldaB dokBadnie jak powinien.
Ju| nie byB koleg, antropologiem. Znw byB wrogiem.
Kapitan staraB si stBumi w sobie to wra|enie. ByBo irracjonalne, doskonale zdawaB sobie z tego
spraw. W koDcu Diehl nie [cigaB go tutaj, nie przedstawiaB szalonej i intrygujcej oferty, by teraz
wyj z kabury swojego walthera i zastrzeli go na schodach.
Diehl sBuchaB z roztargnieniem przyciszonego meldunku, ktry skBadaB Jeschke.
Rottenfhrer
pozbyB si biaBej kelnerskiej kurtki najwyrazniej z ulg. StaB wypr|ony, a jego czerstwa, gBadko
ogolona twarz ja[niaBa zadowoleniem.
Co[ dziwnego byBo jednak w sylwetce |oBnierza. Dopiero po dBu|szej chwili, kiedy Krauze
przyjrzaB si bli|ej, zorientowaB si, w czym rzecz.
Na piersi podoficera poByskiwaBa |andarmska blacha. Mundur te| miaB zwyczajny,
feldgrau,
dBugi pBaszcz i heBm bez plamiastego pokrowca. WygldaB jak zwyczajny |andarm, jakich peBno
mo|na byBo spotka na posterunkach rozrzuconych po caBym Generalnym Gubernatorstwie. Nawet
utraciB sporo ze swej aparycji zabijaki, ktra rzucaBa si w oczy, nawet kiedy Jeschke obleczony byB
w kelnersk biel. Teraz pod okapem typowego heBmu jego twarz, wyrazista przecie|, nabraBa cech
anonimowo[ci.
Jeschke wci| co[ mwiB schylony do ucha przeBo|onego. Nie wygldaBo to na normalny
meldunek, w caBej scenie byBo co[ nienaturalnego, ale mimo i| kapitan wyt|yB sBuch, nie dotarBy
doD nawet strzpki wypowiadanych sBw. WidziaB tylko ktem oka, jak poruszaj si wargi
podoficera.
Za to Diehl sprawiaB wra|enie niezadowolonego. WBa[nie niezadowolonego, u[wiadomiB sobie
Krauze, nie zaniepokojonego. Esesman nie zmieniB wyrazu twarzy, wci| byBa obojtna, wrcz
nieobecna. Spojrzenie bBdziBo po podjezdzie wysypanym |wirem, po ogrodzeniu z kutych prtw,
za ktrymi mo|na byBo dostrzec kolejne heBmy. Te| zwykBe. O niezadowoleniu Diehla [wiadczyBa
rkawiczka, czarna, skrkowa, ktr trzymaB w dBoni i rytmicznie uderzaB w poB pBaszcza.
Rottenfhrer
skoDczyB. ZamarkowaB stuknicie obcasami krtkich saperek, odstpiB o krok.
Diehl skinB gBow i nieoczekiwanie u[miechnB si szeroko. Po raz pierwszy tego poranka. Jednak
u[miech byB wymuszony, esesman tylko rozcignB wargi. W kcikach oczu nie pojawiBa si
zwykBa siateczka drobnych zmarszczek.
Ciemnozielone korony wysokich sosen otaczajcych will zaszumiaBy poruszone silniejszym
powiewem przedwiosennego wiatru, nioscego ze sob wilgotny chBd. Wspomnienie zimy,
[niegu, ktry zalegaB pewnie jeszcze w lasach, roztapiajc si w dzieD i t|ejc noc w tward
skorup. Krauze wstrzsnB si, otuliB pBaszczem.
Okrycie byBo ciepBe, z futrzanym koBnierzem. Rano znalazB w garderobie nawet szalik i mikkie
rkawiczki. Ale tygodnie [ledztwa nie pozostaBy bez [ladu. Wci| byB sBaby, nadal doskwieraBo mu
zimno. Wewntrzny chBd, ktrego jak dotd nie zd|yB rozgrza.
 Ju| niedBugo  powiedziaB Diehl, ktry przygldaB mu si uwa|nie. Kapitan poczuB zBo[.
Nie chciaB, by esesman widziaB jego sBabo[. Za[ ton wspBczucia, ktry zadzwiczaB w gBosie,
przypominaB natrtnie, i| Krauze jest na Basce i nieBasce tego wymuskanego niemieckiego oficera.
WBa[nie, oficera. Znw zaczBy si budzi wtpliwo[ci, powrciBa niepewno[. Czy mo|na
ukBada si z wrogiem, nawet za cen |ycia? Co gorsza, Krauze zdawaB sobie spraw, |e jest w tym
wszystkim co[ jeszcze.
ZwykBa ciekawo[. A to niosBo ze sob paskudne dylematy moralne.
Jest wojna, przypomniaB sobie sBowa Diehla. I je[li spojrze na to z drugiej strony, c| znacz
zetlaBe ko[ci? Skoro tyle jest [wie|ych, z ktrych nawet jeszcze nie odpadBo ciaBo? Czym s
tajemnice prehistorii, skoro sami mo|emy sta si histori? WymarB ras.
ZgarbiB si i otuliB szczelniej pBaszczem. Ale chBd, ktry tkwiB w nim samym, nie chciaB ustpi.
Przecie| nie mam wyj[cia, powtrzyB w my[li. Nie miaBem. Korzystam z szansy.
 Ju| niedBugo  powtrzyB esesman.  Prosz wybaczy, panie kolego, za wcze[nie pana
obudzono, mgB si pan lepiej wyspa.
U[miechnB si, tym razem szczerze. Oczy zabBysBy mu tBumion wesoBo[ci.
 Powinien pan doceni warunki.  WskazaB will. ByBa rzeczywi[cie okazaBa, nie nosiBa
|adnych [ladw wojennych zniszczeD.
Zajli j na pocztku wojny, pomy[laB machinalnie Krauze. Dopiero w tej chwili zaczB si
zastanawia, dokd go przywieziono. Wcze[niej byBo to niewa|ne, ucieczka i tak byBa nierealna.
PowidB wzrokiem dokoBa, po rozlegBym, niezle utrzymanym ogrodzie. Wygrabione starannie
[cie|ki [wiadczyBy, i| kto[ dbaB przez caBy czas o posiadBo[. Dalej, za wyniosBymi sosnami,
niemal zasBonite, majaczyBy mury podobnej budowli. Prawie paBacyku.
Zapewne Konstancin, pomy[laB kapitan. Albo Otwock, w ka|dym razie ktra[ z modnych przed
wojn podwarszawskich miejscowo[ci. PamitaB, |e jazda wizienn karetk nie trwaBa zbyt dBugo.
 Doceniam,
Herr Doktor
 odparB krtko. Nie warto byBo si zastanawia, wkrtce powinien
si przekona, dokd trafiB. Nie sdziB, by podr| powrotn miaB odby tym samym [rodkiem
lokomocji, zakrawaBoby to na okrutny |art. W dodatku bezsensowny.
 Doceniam  powtrzyB i zmusiB si do u[miechu. Zmru|yB oczy, zmierzyB Diehla
wymownym spojrzeniem.  Mo|e powinienem powiedzie: doceniam, panie
Hauptsturmfhrer?
U[miech speBzB z twarzy Niemca, w oczach bBysnBa zBo[. Krtko, zaraz przygasBa, gdy Diehl
na moment przymknB powieki.
 Nie, panie kolego, nie powinien pan  odparB powoli. Wci| byB powa|ny. Nie jest gBupi,
pomy[laB Krauze, dobrze wie, |e prbuj wyprowadzi go z rwnowagi. {e postanowiBem
zaryzykowa, by sprawdzi, na ile pozwoli.
 SS, panie kolego, to demokratyczna instytucja  cedziB powoli Diehl.  Jakkolwiek
[miesznie by to brzmiaBo. Wie pan, braterstwo, te sprawy & Dlatego wystarczy, je[li pan powie:
doceniam,
Hauptsturmfhrer.
Bez pana .
PokiwaB gBow.
 Aczkolwiek &  ZamilkB na chwil, skrzywiB si.  WolaBbym, |eby nazywaB mnie pan
koleg  dokoDczyB cicho.
Krauze spogldaB mu prosto w twarz. Niemiec wytrzymaB to spojrzenie.
 Ten mundur?  spytaB wreszcie, kiedy milczenie si przedBu|aBo.
Kapitan przytaknB bez sBowa.
 C| &  odparB Diehl, na jego twarzy znw pojawiB si charakterystyczny, zBo[liwy
u[mieszek.  Pan w ogle nie nosiB munduru, panie kapitanie.
ZaakcentowaB zBo[liwie ostatnie dwa sBowa.
 Kiedy[ nosiBem  odparowaB Krauze.
SpostrzegB, |e
Rottenfhrer
Jeschke oddaliB si dyskretnie. OdwrciB si plecami, demonstrujc
ostentacyjnie brak zainteresowania rozmow. Kapitan nie zauwa|yB, czy Diehl daB jaki[ dyskretny
znak. ZaczynaB go zBo[ci wBasny brak spostrzegawczo[ci, nie wszystko przecie| mgB zrzuci na
karb osBabienia.
 Owszem  przyznaB Diehl.  NosiB pan. Ale wolaBbym odwoBa si do czasw, kiedy obaj
byli[my tylko cywilami.
NacigaB powoli rkawiczk. WydawaB si tym caBkowicie pochBonity, starannie dociskaB
skr midzy palcami, by przylegaBa jak najdokBadniej. Kilkakrotnie rozprostowywaB palce i z
powrotem zaciskaB pi[, spogldajc krytycznie.
 Czy przypomniaB pan sobie temat mojej publikacji?  spytaB znienacka.  Bo wczoraj przy
kolacji sprawiaB pan wra|enie &
Krauze parsknB [miechem w odpowiedzi. Prosz bardzo, pomy[laB, skoro sam o to pytasz &
 Ale| naturalnie, panie kolego. Do[ gBo[na byBa przecie|.
Po twarzy Diehla przemknB ledwie dostrzegalny cieD przykro[ci. Ale nie zBo[, cho wida
byBo, |e dopiekB mu ten [miech. Kapitan pojB nagle, |e jest dla tego czBowieka, antropologa w
esesmaDskim mundurze, niekwestionowanym autorytetem.
 Niewa|ne  mruknB Diehl po chwili.  Strasznie du|o si zdezaktualizowaBo.
Du|o?  pomy[laB Krauze. PrbowaB przypomnie sobie szczegBy, co nie byBo Batwe.
Publikacja doktora Ottona Diehla budziBa co najwy|ej u[miechy politowania, naturalnie poza
granicami Tysicletniej Rzeszy. I nigdy nie byBa aktualna. MruknB co[ niewyraznie pod nosem i
odwrciB wzrok.
 Co[ pan mwiB?  spytaB Diehl, ale w jego gBosie nie mo|na byBo doszuka si zaczepnych
tonw. Po prostu staraB si by uprzejmy.

Quatsch
 odparB Krauze prosto z mostu.  Czyli bzdura, drogi kolego. Zbyt si pan przejB
obowizujcymi u was teoriami. Nie, nie &
MachnB rk, uprzedzajc protest Niemca.
 To nie dlatego, |e to midzy innymi ja byBem & hmmm & obiektem badaD. Tylko &
 Tylko co?  przerwaB Diehl ostro.
 To wiara, drogi kolego  odparB Krauze.  Nie nauka. A raczej propaganda. Powinien pan
raczej pracowa u Goebbelsa. Te| doktor, podobno.
ZdawaBo si, |e esesman wybuchnie. Jego twarz pobladBa mocno, zacisnB wargi.
Rottenfhrer
Jeschke obejrzaB si przez rami, bBysnBo czujne spojrzenie. Jak dobry pies wyczuwaB nastroje
swojego pana, zdawaBo si, |e czeka na rozkaz, krtkie szczeknicie  bierz go!
Ale Diehl nie wydaB rozkazu. PrzymknB na chwil oczy, sapnB tylko, wypuszczajc obBoczek
pary, oddechu skroplonego w chBodnym przedwiosennym powietrzu.
 Nie bdziemy prowadzi naukowych dysput na schodach  powiedziaB wreszcie cicho.  I
tak bdziemy mieli du|o czasu.
Krauze skinB gBow. ByB potwornie zmczony, krtki sen w czystej po[cieli, na szerokim,
mikkim tapczanie, nie przynisB wypoczynku. Przez dBu|sz cz[ nocy kapitan przewracaB si z
boku na bok, usiBujc zasn, ale nie pozwalaB mu nadmiar wra|eD. Na dodatek wszystkie pytania i
wtpliwo[ci kBbiBy si pod czaszk. Nie dowiedziaB si przecie| wiele, Diehl umiejtnie dozowaB
informacje. Wszelkie pytania ucinaB krtkim pzniej .
Nie pamitaB, kiedy wreszcie zasnB, przypominaB sobie tylko mtne [wiatBo przebijajce przez
matowe szyby w drzwiach, cienie niewyraznych sylwetek na korytarzu. ByB pilnowany, to nie
ulegaBo wtpliwo[ci. Nie my[laB wic nawet o ucieczce, nie prbowaB otwiera okna ani wyjrze
przez nie. WystarczyB cichy, lecz wyrazny chrzst |wiru pod podeszwami butw |oBnierza, ktry
przechadzaB si na zewntrz. MiaB bez wtpienia [ci[le okre[lone zadanie. Nie wyszedB przecie| ot
tak, na papierosa.
OtrzsnB si.
 Nie, nie bdziemy  zgodziB si.  I co dalej, panie kolego?
Diehl chciaB odpowiedzie. OtworzyB ju| nawet usta, kiedy przerwaB mu szczk |elaznej bramy
z kutych prtw, niewyrazne okrzyki |oBnierzy.
 Dowie si pan zaraz  rzuciB szybko.  Prosz tu zosta. Nasz poczciwy Jeschke dotrzyma
panu towarzystwa.
Nie odwracajc si, zbiegB po szerokich, marmurowych schodach. Pod|yB w stron bramy.
Krauze posBusznie zostaB.
Poczciwy Jeschke wyszczerzyB zby w u[miechu. Spod okapu heBmu bBysnBo jego spojrzenie.
Dotrzyma mi towarzystwa, pomy[laB Krauze, widzc, jak podoficer pieszczotliwie gBadzi
oksydowan luf przewieszonego na szyi MP 40. A w razie czego zastrzeli.
 Zastrzelicie mnie, kapralu?  spytaB po polsku, odwzajemniajc spojrzenie.

Nicht verstehen
 odparB Jeschke. Krauze nie spu[ciB zeD wzroku.
 Nie dziwi si, bo[ dupek  rzuciB z uprzejmym u[miechem.
Twarz podoficera zastygBa. Co[ tam jednak niewtpliwie rozumiaB. PogBaskaB wymownie zamek
szmajsera. Przez chwil Krauze chciaB, z czystej zBo[liwo[ci, kontynuowa t mocno jednostronn
konwersacj. Jednak zrezygnowaB. Nie byBo sensu.
Zamiast tego pomy[laB, co czeka go dalej. SpodziewaB si, |e zostanie gdzie[ przewieziony w
dobrze strze|one miejsce, w ktrym Diehl bdzie mgB spokojnie prowadzi swoje indagacje,
skorzysta z wiedzy swojego nowego wspBpracownika. A potem & Kapitan nie miaB zBudzeD, co
si stanie, kiedy przestanie by potrzebny. Ale pki byB, wci| miaB szans.
Warkot samochodowego silnika przerwaB niewesoBe rozwa|ania. Od bramy, chrzszczc
|wirem pod oponami, toczyB si powoli osobowy opel pomalowany matow, maskujc farb. Na
stopniu auta, trzymajc si sBupka otwartego okna, staB Diehl. ZeskoczyB, zanim jeszcze samochd
znieruchomiaB na podjezdzie przed szerokimi schodami willi.
Krauze przygldaB si jeszcze, kiedy poczuB szturchnicie luf peemu. ObejrzaB si. MaBe oczka
Jeschkego bBysnBy zBo[liwie.
 Za[ ale ju| czas  mruknB podoficer poznaDsk polszczyzn.
Kapitan wzruszyB tylko ramionami. MgB si tego spodziewa.
*
 Prosz wsiada.  Diehl uprzejmie uchyliB drzwiczki. Przednie, jak zauwa|yB Krauze ze
zdziwieniem.
 Nie skuje mi pan rk?  spytaB drwico, spogldajc esesmanowi prosto w oczy. I zamarB
zaskoczony reakcj.
 Nie wygBupiaj si,
Mensch
 syknB Diehl ze zBo[ci. Wida byBo, |e jest zdenerwowany,
jego ruchy staBy si nagle nerwowe i pospieszne.  Wsiadaj, ale ju|! Nie mamy czasu.
Kapitan spowa|niaB. Bez sBowa wsunB si na skrzan kanap opla. Zachowanie esesmana
zaczynaBo go intrygowa, tym bardziej |e zd|yB dostrzec nagBe poruszenie w[rd przebranych za
zwykBych |andarmw |oBnierzy SS. Przez przedni szyb widziaB, jak Jeschke wykrzykuje jakie[
rozkazy. Czy|by zBe wie[ci?  zd|yB jeszcze pomy[le.
W samochodzie nie byBo kierowcy, wida wysiadB wcze[niej. Resory opla jknBy, kiedy na
tyln kanap wsunB si Diehl. TrzasnBy zamykane drzwiczki.
 Mamy maBo czasu  esesman potwierdziB przypuszczenia Krauzego.  Dlatego nie
przerywaj. I nie pytaj, dokd ci zawieziemy.
Kapitan skrzywiB si. Nie spodziewaB si niczego innego. SignB do lusterka, przestawiB je tak,
by widzie w nim twarz esesmana. W zasadzie cz[ twarzy, bo lusterko byBo maBe.
 Przecie| nie pytam  powiedziaB ze znu|eniem.  Ty decydujesz, kolego.
Nawet nie staraB si, by w jego sBowach zabrzmiaBa kpina. DostrzegB w lusterku, jak oczy
Niemca zwziBy si nagle. C|, pomy[laB, pierwszy przeszedBe[ na ty . Przynajmniej
oszczdzili[my sobie bruderszaftu.
Z tyBu zaszele[ciBy papiery. Diehl grzebaB w swojej aktwce.
 Mylisz si  usByszaB Krauze i poczuB stuknicie w rami.  Bierz.
WycignB rk, nie ogldajc si. Ze zdziwieniem poczuB w palcach sztywn, szar kopert.
ObracaB j w dBoniach. ByBa czysta, bez napisw, bez stempli.
 Otwrz, czBowieku.  W gBosie Niemca brzmiaBo zniecierpliwienie. Krauze posBuchaB.
Chwil biedziB si, poobijane palce nie chciaBy go sBucha. W koDcu oderwaB caBy brzeg. Na kolana
wypadBy maBe kartoniki  ausweis, kenkarta. I co[ jeszcze. Przez chwil wpatrywaB si w swoje
zdjcie. Co[ mu nie graBo z t fotografi, ale zanim zd|yB u[wiadomi sobie, co, Diehl znw
przerwaB mu tok my[li.
 Nazywasz si teraz Krause.  W jego gBosie zadzwiczaBy weselsze nutki.  Gerhard
Krause, imi powiniene[ zapamita. To dobre dokumenty. Lepsze od tych, ktre miaBe[.
Istotnie, zauwa|yB Krauze, a raczej ju| Gerhard Krause, Zlzak, urodzony w Hindenburg.
Papiery byBy podniszczone, z nawyku przecignB palcem po kartonie, ale nie wyczuB [ladw
sztucznego postarzania.
 Mylisz si  powtrzyB Diehl.  Ty zdecydujesz, dokd pojedziesz, dokd zawiezie ci
kierowca. Pod warunkiem, |e bdzie to w Warszawie. Nikt nie bdzie ci [ledziB. Mo|esz znikn,
je[li tylko zechcesz.
Kapitan odwrciB si zaskoczony. SpojrzaB ponad oparciem samochodowej kanapy. W oczach
Diehla zobaczyB wyraz solennej powagi. On nie oszukuje, zrozumiaB, mwi prawd.
 Nazwij to prb.  Esesman u[miechnB si.  Nie interesuje mnie, co robiBe[ i czy
dotrzymasz sBowa &
 Nie dawaBem |adnego sBowa  przerwaB Krauze ostro.
Diehl pokiwaB gBow.
 Owszem, nie dawaBe[  zgodziB si.  I zauwa|, |e nie oczekiwaBem. ZgodziBe[ si na
warunki, nie wiedzc nawet, jakie s.
Za[miaB si krtko.
 I trudno si dziwi, zwa|ywszy alternatyw.
PopatrzyB na zegarek, skrzywiB si wyraznie.
 Nie mamy czasu  rzuciB ze zBo[ci.  Nie bd ci przekonywaB. Masz racj, to prba.
Zobaczymy, czy wrcisz.
Krauze pokiwaB gBow. OdwrciB si, znw popatrzyB przez przedni szyb. {oBnierze zniknli
ju| z pola widzenia, zostaB tylko kierowca, ubrany po cywilnemu w dBugi, skrzany, tak ulubiony
przez Niemcw pBaszcz. Na gBowie miaB tyrolski kapelusik z borsuczym pdzelkiem. WygldaB jak
archetyp Szwaba z dowcipw rysunkowych.
PrzestpowaB niecierpliwie z nogi na nog, rzucaB spojrzenia na samochd. Zapewne marzB w
swoim skrzanym pBaszczyku, ale nie [miaB podej[ bli|ej.
 A je[li nie wrc?  rzuciB kapitan w przestrzeD, nie odwracajc si. Diehl chwil nie
odpowiadaB.
Krauze zaczynaB rozumie. Je[li nie chciaBby podj wspBpracy, esesman nie ryzykowaB wiele,
niczego nie traciB. Ostatecznie wszystko jedno, pomy[laB, czy wpadn do zbiorowego grobu z kul
we Bbie, czy znikn. I tak nie bdzie miaB po|ytku. Wie, |e nie mo|e mnie zmusi, wic liczy na
moj ciekawo[ i na to, |e i ja zaryzykuj. W dodatku, skurwysyn, ma racj, przemknBa my[l.
 Wrcisz.  W gBosie Diehla obok pewno[ci dr|aBa wesoBo[.  Nie przepu[cisz takiej
szansy. StrawiBe[ nad t cholern czaszk pB |ycia. A wierz mi &
ZawahaB si. MilczaB chwil.
 Wierz mi &  ZdecydowaB si wreszcie.  To jeszcze nic. Dowiesz si wicej, znacznie
wicej.
Krauze znw miaB wra|enie, |e dosByszaB nut strachu. Niemiec znw stuknB go w rami.
 Trzymaj.
WycignB rk i drgnB, poczuwszy w dBoni chBodny ci|ar.
 To nie twj  wyja[niB esesman jakby przepraszajco.  Ale wiem, |e jeste[
przyzwyczajony.
Skd, kurwa, wiesz?  chciaB spyta kapitan, wpatrujc si w znajomy ksztaBt colta wzr 1911.
Ci|ar i wywa|enie wskazywaBy, |e broD jest naBadowana, uniesiony pazur wycigu [wiadczyB, |e
w komorze znajduje si nabj.
 Teraz ju| wiesz, |e musiaBem ci zaufa  skwitowaB krtko Diehl.
Krauze pokiwaB tylko gBow.
 Pora na ciebie  dodaB esesman. OtworzyB drzwiczki opla, ale zamarB na chwil z nog na
stopniu.
 W kopercie znajdziesz kilka numerw telefonw. Pamitaj, |e nie wszystkie numery s
warszawskie. Naucz si na pami, kartk zniszcz. Zreszt, co ja ci bd uczyB &
SzczknB zatrzask magazynka. Kapitan przeBadowaB pistolet i chwyciB w dBoD wielki niczym
palec nabj o kalibrze 11,43 milimetra. Amunicja nie byBa wojskowa, pBpBaszczowy pocisk
zal[niB szarym poByskiem oBowiu.
Diehl wci| si nie ruszaB, jakby nie mgB si zdecydowa na ostateczne rozstanie.
 Nie dopilnuj ci  zaczB wreszcie cicho i jakby niepewnie.  Na tym zreszt polega
prba. Czekam na wiadomo[. Nie zwlekaj zbyt dBugo i &
ZawahaB si.
 Pewnie mi nie uwierzysz  podjB po chwili.  Ale je[li bdziesz za du|o gadaB, zginiesz.
Chwil trwaBa cisza. Typ w tyrolskim kapelusiku przestpowaB z nogi na nog, niecierpliwic
si coraz bardziej. I to nie ty mnie zabijesz, pomy[laB Krauze, bo te| si czego[ boisz.
 Domy[lam si  powiedziaB.
 To dobrze.  W gBosie Niemca dzwiczaBa ulga. Rk zamarkowaB niewyrazny salut.
 Diehl?  odezwaB si Krauze, zanim jeszcze esesman zd|yB wysi[.
 Tak?
Kapitan roze[miaB si. RozchyliB pBaszcz, rozpiB marynark. WepchnB pistolet za pasek.
 Nigdy nie no[ colta z kul w lufie. Odstrzelisz sobie jajka.
*
ZaczBo pada. Wycieraczki czy[ciBy maBe pBkola na pBaskiej przedniej szybie opla. Jechali
wolno, cywil w tyrolskim kapelusiku mamrotaB pod nosem co[, co brzmiaBo jak przekleDstwa.
Drugi siedziaB z tyBu. Krauze nie zd|yB mu si przyjrze, nie odwracaB si, ale zauwa|yB, |e
osobnik, ktry dosiadB si ju| za bram, wyglda niczym blizniak kierowcy. Obaj jak dotd nie
odezwali si doD ani sBowem.
Wyjechali ju| z wskich uliczek, spomidzy ogrodw otaczajcych wille i |ydowskie,
drewniane letniaki. Mijali wBa[nie papierni w Jeziornie, budynki z czerwonej cegBy, ciemnej teraz
i nasiknitej wilgoci. Niemiec zwolniB jeszcze bardziej, mokry bruk byB [liski.
W Klarysewie, obok stacyjki wilanowskiej ciuchci, Krauze odezwaB si po raz pierwszy.

Links
 rzuciB krtko. 
Nach
Powsin.
Osobnik w tyrolskim kapelusiku nie skwitowaB polecenia nawet sBowem, wpatrywaB si przed
siebie, jakby nie dosByszaB albo nie zrozumiaB. Ale posBusznie skrciB we wBa[ciw ulic.
Kapitan nie zdecydowaB si jeszcze, dokd maj go zawiez. MiaB niezB melin na Powi[lu, o
ktrej nie wiedzieli nawet koledzy z konspiracji. Ot, przedwojenna jeszcze znajomo[, ktra teraz
mogBa si bardzo przyda. Nie dowierzaB do koDca Diehlowi, dlatego uznaB, |e najlepsze bdzie
Zrdmie[cie. ZakBadaB, |e dokumenty, ktre dostaB, s na tyle dobre, by wytrzyma ka|d prb
wylegitymowania.
Samochd piB si w gr, na wi[lan skarp. Na my[l o dokumentach Krauze przygryzB wargi
ze zBo[ci. CzuB niejasny niepokj. Co[ mu w zwizku z papierami nie pasowaBo. Ale za nic nie
mgB sobie u[wiadomi, co.
Przyspieszyli troch. Droga byBa szutrowa, ale niezBa. W taki deszcz bezpieczniejsza od kocich
Bbw, mniej [liska. Kapitan przestaB zwraca uwag na otoczenie, Niemiec powinien sobie sam
poradzi. Wkrtce dotr do szosy na Piaseczno, omijajc Lasy Kabackie, ktre mogBy by mocno
niezdrowym miejscem dla samotnego opla bez eskorty, za to z wojskowymi numerami
rejestracyjnymi i pomalowanego maskujc farb. Diabli wiedz, kto mo|e si tam krci,
pomy[laB Krauze. Sam caBkiem niedawno, przed wpadk, zabezpieczaB tam zrzut.
PrzymknB oczy. CiepBo w samochodzie dziaBaBo usypiajco, dawaBo te| pozna o sobie
odpr|enie. W koDcu udaBo mu si uciec [mierci spod kosy, cho sposb ucieczki byB co najmniej
dziwny. Przez chwil zmagaB si ze sBabo[ci i zmczeniem, lecz my[li mciBy si coraz bardziej.
ZaczB zapada w krtkie, kilkusekundowe najwy|ej drzemki, budzc si gwaBtownie, kiedy gBowa
opadaBa mu na piersi. Wreszcie poddaB si i oparB wygodniej na kanapie. Chwila snu nie zaszkodzi,
zd|yB jeszcze pomy[le, zanim zapadB w ciemno[.
Nie umiaB potem powiedzie, jak dBugo spaB. Nie zd|yli jednak ujecha zbyt daleko, kiedy
nagBe hamowanie rzuciBo nim do przodu. Instynktownie, nie caBkiem jeszcze rozbudzony,
wycignB rk, co uchroniBo go przed rozbiciem gBowy o desk rozdzielcz.

Scheie &
 usByszaB syczce przekleDstwo, zanim jeszcze zorientowaB si, |e samochd
stanB, a silnik zgasB. Cicho poskrzypywaBy wycieraczki zgarniajce z szyby kropelki coraz
gstszego deszczu.

Scheie
 powtrzyB kierowca, przekrcajc kluczyk w stacyjce. Rozrusznik jazgotaB
chwil. Wreszcie silnik podjB znw prac. Ale wci| nie ruszali.
Dopiero teraz Krauze zorientowaB si, dlaczego stoj. Drog zagradzaB wyBadowany drewnem
wz zaprz|ony w dychawicznego konika. Woznica zamiast pogania zwierzaka krciB si
bezsensownie obok wozu, przekBadajc z rki do rki dBugie biczysko. SpogldaB co chwila spode
Bba na samochd.

Himmelherrgottkreuzmillionendonnerwetter!
zniecierpliwiB si wreszcie kierowca. PoczB
odkrca szyb.
Krauze widziaB, jak chBop nagle odwraca si przodem, staje na szeroko rozstawionych nogach i
odrzuca biczysko. Czas zwolniB, kiedy serce podeszBo kapitanowi do gardBa wraz z nagBym
zrozumieniem.
Uwa|aj!  chciaB krzykn, cho nie wiedziaB do kogo. Ale zamarB z otwartymi ustami, widzc,
jak woznica rozchyla kapot, spod ktrej bByska nieoksydowan chBodnic lufa stena. Za chwil
przestaB widzie cokolwiek.
Przednia szyba zmatowiaBa nagle i pokryBa si siateczk pkni, kiedy trafiBy w ni pierwsze
pociski. Wycieraczki zatrzymaBy si w pB ruchu. Z tyBu te| zajazgotaBa stBumiona seria. Opel
zatrzsB si i zakoBysaB, osiadajc na przestrzelonych pneumatykach. Tylne okienko rozprysnBo
si. Cywil z tylu zakwiczaB co[ nieartykuBowanie i zwinB si w kBbek na skrzanej kanapie.
PrzyciskaB do brzucha teczk, jakby chciaB j ochroni za wszelk cen.
Krauze siedziaB chwil skamieniaBy, widzc, jak kierowca wypr|a si i drga, kiedy jego pier[
przeszywaj dziewiciomilimetrowe pociski. Niemiec co[ krzyczaB, ale w Boskocie wystrzaBw, w
huku przebijajcych blach kul nic nie byBo sBycha.
Peemy zachBysnBy si na chwil i umilkBy. Wida strzelcy zmieniali magazynki. Kierowca |yB
jeszcze, w oczach tliBa si resztka [wiadomo[ci. Ale osuwaB si powoli po oparciu, krew z
przestrzelonej ttnicy szyjnej chlustaBa wysokim Bukiem, Krauze poczuB, jak lepka, gorca ciecz
spBywa mu po twarzy. I wtedy wreszcie zareagowaB, daBo zna o sobie wyszkolenie, rutyna wziBa
gr nad zaskoczeniem i wyczerpaniem.
ZwinB si, osunB na podBog, pozwalajc, by ciaBo Niemca zwaliBo si na niego. MiaB nadziej,
|e blok silnika osBoni go z przodu. NamacaB za paskiem rkoje[ colta. Przez chwil mignBa my[l,
czy nie otworzy drzwiczek, nie wyturla si na zewntrz. Ale nie miaB szans. MgB si
zorientowa, |e strzelaj co najmniej dwa peemy.
I przecie|, kurwa, do swoich nie bd strzelaB, pomy[laB z rozpacz.
Nastpna seria trafiBa ni|ej, w mask silnika. ByBa krtka, umilkBa zaraz. Ten z tyBu ju| nie
strzelaB.
ZapadBa cisza. Tylko para uchodziBa z sykiem z podziurawionej chBodnicy. Dopiero po chwili
Krauze zaczB rozr|nia inne dzwiki. Parskanie spBoszonego konia, ktry targaB uprz|, i
bulgotliwe odgBosy, wraz z ktrymi z Niemca na tylnym siedzeniu uchodziBo |ycie.
Niewyrazny okrzyk z zewntrz, ktry zabrzmiaB jak komenda.
Je[li odskocz teraz, mam szans, bBysnBa nadzieja. I zaraz zgasBa, wraz z odgBosem krokw na
|wirowanej drodze.
ZaskrzypiaBa blacha. Kto[ mocowaB si z tylnymi drzwiczkami podziurawionymi przez pociski.
W koDcu pu[ciBy z trzaskiem.
Krauze le|aB bez ruchu, starajc si nawet nie oddycha. CzuB, jak krew kierowcy, ktry
przygniataB go do podBogi, spBywa mu za koBnierz. Wci| gorca i lepka.
Trup drgnB, kiedy kto[, kto zagldaB do samochodu, trciB go luf. Cywil na tylnej kanapie
wci| oddychaB ze spazmatycznym po[wistem, kiedy powietrze uchodziBo przez dziury w klatce
piersiowej.
TrzasnB magazynek peemu wbity dBoni w gniazdo. SzczknBa odcigana spr|yna.
Po nieskoDczenie dBugiej chwili, odmierzanej przez uderzenia galopujcego serca, w zamknitej
blaszanej przestrzeni zagrzmiaBa ogBuszajca seria.
II
Murowana wygdka na podwrzu [mierdziaBa okrutnie. Na dodatek pozbawiona byBa drzwi i
ciepBy wiaterek wywiewaB caBy smrd na zewntrz. DokBadnie w zaBomek pomidzy wychodkiem
a ceglan [cian ssiedniej kamieniczki, tam, gdzie ukryB si Krauze.
Kapitan wiedziaB, |e nie bdzie musiaB dBugo czeka. I nie pomyliB si. Przez szpary w
sprchniaBych deskach ogrodzenia, za ktrym przykucnB, dojrzaB znajom sylwetk starszego
pana. W prochowcu i czarnym berecie Puchatek jeszcze bardziej wygldaB na emerytowanego
belfra.
Leliwa zatrzymaB si, spojrzaB w ciemniejce niebo, jakby chciaB sprawdzi, czy bdzie mgB
uczyni po|ytek ze swego czarnego parasola. StaB chwil, po czym przewiesiB parasol na ramieniu
i ruszyB do bramy. Krauze odetchnB z ulg.
Nie przypuszczaB wprawdzie, by major, czBowiek w koDcu w powa|nym wieku, skorzystaB z
drugiego wyj[cia z posesji. Starszemu panu nie przystoi raczej przemyka si za wychodkiem, a
potem wspina na zrujnowany murek. Ale Leliwa czasem potrafiB zaskakiwa.
Nie tym razem, u[miechnB si Krauze, kiedy jasna plama prochowca zniknBa w cieniu
wskiej, [mierdzcej kotami bramy. DotknB machinalnie kolby tkwicego za paskiem pistoletu i
spowa|niaB. WiedziaB, |e teraz te| nie bdzie musiaB dBugo czeka.
Istotnie, nie musiaB.
Nie spogldaB na zegarek, ale byB pewien, |e nie minBo nawet pi minut, kiedy w gstniejcym
ju| mroku zamajaczyBa kolejna sylwetka. RuszyBa prosto w kierunku cuchncej, murowanej
wygdki w kcie podwrza.
Krauze u[miechnB si pod nosem. Szans, |e w czBowiek wybierze trudniejsze, ale
bezpieczniejsze wyj[cie z posesji, oceniaB wcze[niej na jakie[ dziewidziesit procent. Nie byBo
niczego trudnego w tym przewidywaniu. W koDcu szkolili si razem.
WstaB rad, |e nogi nie [cierpBy od dBu|szego oczekiwania. CofnB si jak najdalej w zaBomek
midzy wychodkiem a murem, by jak najlepiej wtopi si w coraz gstsz ciemno[. Czujc na
plecach dotyk cegieB, chBodny nawet przez pBaszcz, dobyB pistoletu.
CzekaB. SByszaB, jak oficerki nadchodzcego postukuj po bruku. Kroki byBy coraz bli|sze.
Opu[ciB gBow, by nie zdradziBa go ja[niejsza plama twarzy, gdyby nadchodzcy przypadkiem
spojrzaB w ciemny zakamarek.
Nie spojrzaB. Krauze zanotowaB w my[li kolejny minus.
MBody czBowiek nie rozgldaB si nawet. Tu, na Czerniakowie, czuB si wida bezpiecznie. C|,
pomy[laB Krauze, wszyscy popeBniamy bBdy. Ciesz si, |e to ja tu czekam, a nie kto inny.
Ostro|nie odkleiB si od [ciany, starajc si nie czyni najmniejszego haBasu. Wcze[niej
rozejrzaB si dokBadnie, czy na ziemi nie wala si jakie[ potBuczone szkBo czy cokolwiek, co
mogBoby pkn z trzaskiem pod podeszw. Niczego takiego nie byBo, ale ostro|no[ nigdy nie
zawadzi.
MBody czBowiek uchwyciB krawdz niskiego, ceglanego murku. StknB cicho, szykujc si, aby
podcign na rkach i przesadzi przeszkod. I nagle zamarB.
Szczk przeBadowywanej broni zabrzmiaB w ciszy jak wystrzaB.
 Cze[, Kosa  rzuciB Krauze i postpiB par krokw naprzd.  Nie, nie opuszczaj rk ani
si nie odwracaj.
*
Kosa drgnB, kiedy lufa colta wbiBa mu si w plecy na wysoko[ci nerek. StaB spokojnie i nie robiB
nic gBupiego. Krauze odchyliB mu kurtk, wyBuskaB pistolet zza paska. Zwa|yB go w dBoni, po czym
widzc, |e jest zabezpieczony, wrzuciB niedbale do kieszeni. CofnB si kilka krokw.
 Mo|esz si odwrci  powiedziaB.  Powoli i ostro|nie. Rce te| mo|esz opu[ci.
Z ociganiem, powoli, Kosa posBuchaB. StanB pod niskim murkiem i wbiB w Krauzego
spojrzenie peBne w[ciekBo[ci i rozpaczy.
 Pierdolony szpicel  mruknB i splunB. PodrzuciB gBow.  No, strzelaj &
Twarz Krauzego [cignBa si i pobladBa. MiaB wra|enie, |e colt zaci|yB mu nagle w dBoni, lufa
zadrgaBa i opadBa. Powoli i z wysiBkiem, jakby poruszaB rk w gstej smole, unisB broD i
wycelowaB ponownie.
SpodziewaB si, |e to wBa[nie usByszy. ZdawaB sobie spraw ju| od dBu|szego czasu, |e
interpretacja jego relacji mo|e by tylko jedna. OpowiadaB wszak rzeczy niewiarygodne, co
wicej, podejrzane.
Ale co innego spodziewa si, co innego usBysze. ZwBaszcza z ust & przyjaciela?
PokrciB bezwiednie gBow. Nie, to nie takie proste, pomy[laB. Kosa byB zbyt mBody. MiaB
jeszcze t bezwzgldn ostro[ osdw. Ale mimo wszystko Krauze czuB przede wszystkim |al. I
zBo[, |e tak szybko go wszyscy skre[lili, tak szybko uznali, |e po prostu zdradziB.
Woln rk otarB twarz, ktra nagle pokryBa si drobnymi kropelkami potu. Pomy[laB, |e jednak
postpiB sBusznie, cho jeszcze przed chwil miaB wtpliwo[ci. Jednak ju| go osdzono. I je[li nie
zaryzykowaBby, mgBby tylko bezwolnie czeka. PodejrzewaB, |e niezbyt dBugo.
WstrzsnB nim dreszcz. Nie chciaB gin z rki swoich z pitnem zdrajcy.
Trzeba wzi si w gar[, nakazaB sobie. PopatrzyB prosto w twarz Kosy.
 Ju| mnie osdziBe[?  spytaB. Cho bardzo si staraB unikn goryczy, to jednak wyraznie
zabrzmiaBa w jego gBosie.  I skazaBe[?
Twarz mBodego czBowieka byBa ju| teraz tylko plam ja[niejc w coraz gstszym mroku.
Jednak kiedy odpowiedziaB, nie sBycha ju| byBo poprzedniej pewno[ci.
 Nie ja od tego jestem. Decyduje &
 Sd polowy?  wpadB mu w sBowo Krauze i roze[miaB si z gorycz.  Daj spokj. Ty mnie
ju| skazaBe[, my[lisz, |e wyrok bdzie inny?
Spowa|niaB nagle.
 Nawet ty, Kosa  powiedziaB cicho.  Niewa|ne, co byBo, prawda? Skre[liBe[ mnie.
 Nie &  Kosa zajknB si, urwaB.
 Nieprawda? To chciaBe[ powiedzie?  zadrwiB kapitan.  Nie kBam.
ZapadBo milczenie. W ciszy wiosennego wieczoru sBycha byBo tylko ci|kie oddechy dwch
m|czyzn. I daleki, stBumiony dzwik syren
berfallkommando.
Obaj nasBuchiwali przez chwil. Dopiero kiedy ucichB oddalajcy si jk, Krauze wrciB do
rzeczywisto[ci.
 Dasz mi szans, Kosa?  spytaB cicho.  Wierz mi, gBupio mi tak sta i trzyma ci na
muszce.
Nie doczekaB si odpowiedzi. Bardziej domy[liB si, ni| zobaczyB niezdecydowany ruch gBow.
 Jeste[ mi to winien  docisnB.
Jeszcze caBkiem niedawno nie przypuszczaB nawet, |e bdzie do tego zdolny. {e kiedykolwiek
wykorzysta zobowizania. Ale teraz te| chodziBo o |ycie, pora odebra dBug.
 Pamitasz? Kiedy[ przysigaBe[.
 Kurwa ma, Jurek &  przerwaB mu Kosa z rozpacz.  Czego ty chcesz? Owszem,
przysigaBem, nie tylko tobie.
PostpiB krok do przodu, rozBo|yB rce, jakby chciaB si rzuci na Krauzego z goBymi rkoma.
 Czego, kurwa, chcesz?!  krzyknB.  Pocign mnie za sob?! Wez mnie lepiej, kurwa,
od razu zastrzel!
 Stj, gdzie stoisz  chBodno ostrzegB kapitan. WycelowaB dokBadniej, majc nadziej, |e
broD jest dobrze widoczna w mroku. Ju| nie czuB dr|enia rk, odeszBy wtpliwo[ci.
 Nie sprowokujesz mnie  dodaB.  Nie zastrzel ci od razu, rozwal ci kolano. Wiesz, |e
potrafi.
Ramiona Kosy opadBy z rezygnacj. Dobrze wiedziaB.
 Czego ty, kurwa, chcesz?  jknB.
Krauze u[miechnB si nieznacznie.
 {eby[ mnie posBuchaB  rzuciB twardo.  Daj mi jeden dzieD, nie wicej. Obiecuj.
ZawiesiB gBos na chwil.
 Jeste[ mi to winien  powtrzyB z naciskiem. Demonstracyjnie unisB colta. Cichy trzask
skrzydeBka bezpiecznika zabrzmiaB wyraznie, nie sposb byBo go z czymkolwiek pomyli. Kosa si
nie poruszyB, ale Krauze wiedziaB ju|, |e t rund wygraB.
*
 Skd miaBe[ kopyto?  spytaB Kosa.  Przecie| chBopaki ci sprawdzali, byBe[ czysty.
SpytaB nieco zbyt gBo[no, zbyt zaczepnym tonem. OchBonB ju| wida po prze|yciach kilku
ostatnich godzin i zaczB rozumie sytuacj, w jakiej si obaj znalezli. I nawet poweselaB, kiedy
tylko dostaB z powrotem swojego visa.
Krauze obserwowaB go spod oka. MiaB wyrzuty sumienia, |e tak go potraktowaB, |e nie zawahaB
si przypomnie o zobowizaniach, co do ktrych sam kiedy[ my[laB, |e nie istniej. Ot, zwykBa
rzecz na wojnie, dzi[ ja ratuj twoje dupsko, jutro ty moje. Tak si zawsze mwiBo, nie traktujc
tego jutra powa|nie. Ale okazaBo si, |e nadeszBo.
Gdzie[ na dnie tkwiBa jednak gorycz, nie dawaBa o sobie zapomnie. Bo skoro on, Kosa, z
ktrym prze|yli tak wiele, prawie nie rozstawali si przez dBugie lata, tak szybko uwierzyB & Tak
Batwo przyjB, |e czBowiek, z ktrym przedzieraB si do Francji, by potem powrci w jesienn,
d|d|yst noc, jest zdrajc. Jakby wszystko przedtem byBo niewa|ne &
Je[li nawet on tak uwa|aB, pomy[laB Krauze, to jak mog dziwi si innym? ZacisnB palce na
musztardwce z grubego szkBa wypeBnionej do poBowy mtnym bimbrem.
 Pierdolona wojna  mruknB pod nosem. Zbyt cicho, |eby Kosa dosByszaB.
UnisB szklank, umoczyB wargi w [mierdzcym fuzlem pBynie.
 Za pomy[lno[.  SkrzywiB si.  Bdzie nam potrzebna. ZwBaszcza mnie.
Kosa odwzajemniB toast. WypiB do dna; kiedy odstawiB szklank na pokryty cerat stB, kropelki
bimbru, spBywajc po [ciankach naczynia, zamigotaBy w ostrym [wietle karbidwki.
 Nie pij ju| wicej  przestrzegB Krauze.
Dla pewno[ci wbiB korek w szyjk ledwie otwartej pBlitrwki. OdstawiB j na podBog obok
rozBo|ystego kredensu.
 {eby nie kusiBo  wyja[niB.
Kosa u[miechnB si.
 Ech, tego mi brakowaBo w Anglii.  PrzerwaB, przegryzB kiszonym ogrkiem.  WBa[nie
bimbru. Wiesz, ja jestem chBopak z Targwka. Nie dla mnie ta ich nalewka na pluskwach.
Pamitasz &
Kapitan przestaB sBucha. WiedziaB, |e Kosa musi si wygada, odreagowa stres. I dobrze,
pomy[laB. WiedziaB ju|, |e porucznik podporzdkowaB si jego autorytetowi, jakby z ulg, |e nie
musi sam decydowa, rozstrzyga czegokolwiek. Kwestie domniemanej zdrady, winy i kary.
 Nie sBuchasz &  Kosa wyrwaB go z zamy[lenia.  A co[ mi si wydaje, |e jeste[ mi jednak
winien wyja[nienia.
Porucznik bBysnB zbami w u[miechu. Ale to nie byB radosny u[miech.
 I to obszerniejsze, ni| daBe[ Puchatkowi  dodaB ju| powa|nie.  Bo nie powiedziaBe[
wszystkiego, prawda?
Krauze pokrciB gBow.
 Co chcesz wiedzie? Skd miaBem spluw? No pomy[l troch, czego[ ci chyba w Ridgway
nauczyli &
Kosa skrzywiB si, byB zBy.
 Nie pytam przecie|, gdzie j schowaBe[, a| tak gBupi nie jestem. MogBe[ gdziekolwiek.
Kapitan nie odpowiedziaB. Istotnie, to byBo oczywiste. A spluw chowaB za wygdk. W murze
ssiedniej posesji byBa nawet odpowiednia wnka po obluzowanej cegle.
Do dzi[ nie wiedziaB, czy byBo to po prostu przeczucie  schowaB broD tknity impulsem, kiedy
szedB po raz pierwszy skBada raport. Tak przynajmniej si to jeszcze wtedy nazywaBo oficjalnie,
cho od razu przypominaBo przesBuchanie. Zreszt ju| wtedy pomy[laB, |e major Leliwa uwierzy
we wszystko, ale nie w to, |e Diehl na odchodnym podarowaB mu colta.
 Pytam, skd go masz.  Kosa nie miaB zamiaru ustpi.  Czterdziestkapitka to rzadko[,
nie zabraBe[ jej pijanemu banszucowi.
Krauze niecierpliwie machnB rk.
 Pzniej  zbagatelizowaB.  To naprawd nie jest najwa|niejsze &
 Owszem  wpadB mu w sBowo Kosa.  Wa|niejsze s papiery.
Istotnie, pomy[laB kapitan, to musiaB by szok dla porucznika. ZwBaszcza kiedy podoficer
niemieckiego patrolu na widok dokumentw zasalutowaB uprzejmie i przestrzegB, by uwa|a na
polskich bandytw, na ktrych natkn si mo|na po godzinie policyjnej. DBugo trwaBo, zanim
gorliwy |andarm daB si przekona, |e raczej niepotrzebna im eskorta.
Krauze te| byB zaskoczony. Sam sprawdziB po raz pierwszy skuteczno[ papierka, ktry dostaB
od Diehla. OczekiwaB, |e za[wiadczenie, i| pozostaje w sBu|bie Wehrmachtu, wystarczy najwy|ej,
by patrol przestaB si czepia. Jednak okazaBo si, |e dokument zawieraB co[ wicej. Co[, co
starszawego podoficera postawiBo na baczno[.
ZBo[ciBo go to. Diehl mgBby uprzedzi, pomy[laB.
 Owszem  przyznaB.  Papiery s wa|niejsze. Bo oka|e si dopiero, na ile s wa|ne.
Kosa przygldaB mu si dBu|szy czas. Jego oczy l[niBy w blasku karbidwki.
 ZdecydowaBe[ si  powiedziaB w koDcu. To nie byBo pytanie, lecz Krauze i tak
odpowiedziaB.
 Tak.
Porucznik milczaB jeszcze chwil. PostukiwaB palcami po blacie pokrytym wytart, pokrojon
cerat.
 Dobrze, Jurek &
Krauze drgnB. Kosa po raz drugi tego dnia zwrciB si do niego po imieniu.
 Wierz ci  cignB Kosa ze znu|eniem.  Nie rozumiem, ale ci wierz. I pomog, choby
miaBo mnie to wiele kosztowa.
PoderwaB gBow, spojrzaB kapitanowi prosto w oczy.
 Bo jestem ci to winien, prawda? Musz spBaci dBug.
Krauze wytrzymaB spojrzenie, cho wiele go to kosztowaBo. Chwil trwaBo milczenie, cisza
wypeBniona tylko sykiem karbidowej lampki i potrzaskiwaniem drewnianej rudery gdzie[ midzy
Targwkiem a Zaciszem.
Wiosenny wiatr, nioscy ju| zapowiedz ciepBych dni, zaBomotaB okiennicami. Obaj m|czyzni
przy stole drgnli.
 Nie dlatego &  Krauzemu zaschBo w gardle, musiaB odchrzkn.  Nie dlatego, Kosa.
Porucznik wci| nie spuszczaB z niego ci|kiego, nieruchomego wzroku.
 UratowaBe[ mi |ycie  przypomniaB.  Tam, na SBowacji. Nie zostawiBe[ w grach ze
zBaman nog, |ebym zdechB w [nie|ycy albo doczekaB pogranicznikw. NiosBe[ na wBasnych
plecach, wiedzc, jak zmniejsza to twoje szans. I doniosBe[.
Krauze zdecydowaB si. SignB po flaszk, wybiB korek uderzeniem dBoni. RozlaB bimber do
musztardwek.
 Nie, Kosa.  UnisB swoj szklank.  Dlatego, |e tylko do ciebie mogBem si zwrci.
Nikt inny by nie uwierzyB.
 Ja te| jeszcze nie wierz  wtrciB twardo porucznik.  Jeszcze nie teraz, jeszcze co[
trzymasz w zanadrzu. Nie powiedziaBe[ wszystkiego.
Kapitan przytaknB.
 Nie powiedziaBem  przyznaB.  Masz racj. Ale powiem, dBuga noc przed nami. No, Kosa,
wypijmy. Obu nam tego trzeba.
Powoli, z ociganiem, porucznik ujB naczynie. I stuknB nim we wzniesion szklank
Krauzego.
Bimber zapiekB w gardle, wycisnB Bzy z oczu. Obaj jak na komend signli po ogrki.
*
 No dobrze, powiedziaBem swoje.  Krauze zakaszlaB, zdusiB papierosa w peBnej ju| po
brzegi popielniczce.  Teraz ja bd pytaB, bo paru rzeczy nie wiem, a id o zakBad, |e Puchatek
sprawdziB.
W maBej izdebce byBo ciemno od dymu. Wkrtce zacznie si rozwidnia, pomy[laB kapitan,
bdzie mo|na otworzy te cholerne okiennice, wpu[ci troch [wie|ego powietrza.
 Zaraz, zaraz  przerwaB Kosa.  To wszystko? Przecie| to wiem. No, mo|e poza spluw. I
dalej, kurwa, nie rozumiem &
Ale| rozumiesz, kapitan pokiwaB gBow w zadumie. I nadal nie pasuje ci to wszystko. C|, mnie
te|.
 Twoja kolej  powiedziaB na gBos.  Wiem, caBa sprawa wydaje si bez sensu. Ale bez
informacji, ktre by mo|e macie, nie dojdziemy do niczego.
PopatrzyB na porucznika.
 Za ka|dym razem siedziaBe[ w szafie?  spytaB znienacka.
Kosa zmieszaB si wyraznie.
 Tak  przyznaB po chwili niechtnie.  Skd wiedziaBe[?
Krauze skrzywiB si pobBa|liwie.
 Nie wiedziaBem  odparB.  Nie spodziewaBem si, |e od pocztku Leliwa nie bdzie mi
ufaB, |e bdzie podejrzewaB. To znaczy &
ZawahaB si.
 To znaczy, spodziewaBem si, oczywi[cie  kontynuowaB.  Ale nie przypuszczaBem, |e a|
w takim stopniu, |eby si zabezpiecza. Przyznaj si, siedziaBe[ tam ze spluw?
Kosa umknB spojrzeniem. To wystarczyBo za odpowiedz.
 Nie wiedziaBem a| do ostatniego razu. Kiedy zaczBe[ si krci.  Krauze skrzywiB si
zBo[liwie.  To stary mebel, trzeszczaB mocno.
Porucznik wci| patrzyB w podBog.
 Pierdolona naftalina  mruknB tylko.  My[laBem, |e si udusz.
 No, ale wszystko sByszaBe[. Tyle, ile i Puchatek. A teraz wiesz wicej.
Krauze signB do pudeBka po nastpnego papierosa. Nie znalazB i ze zBo[ci zgnitB pusty
kartonik. Oci|ale wstaB i wyjB now paczk z kieszeni prochowca.
 Sprawdzali[cie Diehla  rzuciB z niecierpliwo[ci. Poobijane paznokcie wci| nie odrosBy
porzdnie, miaB problemy z otwarciem pudeBka. W koDcu podwa|yB karton ostrzem no|a, ktry
Kosa przynisB do krojenia ogrkw.
 Sprawdzali[my  przytaknB porucznik.  MogBe[ tego oczekiwa.
 Oczywi[cie, |e mogBem  burknB Krauze.
WydBubaB papierosa, zapaliB, cisnB bezceremonialnie wypalon zapaBk na podBog. ZacignB
si gBboko, czujc, jak w skroniach budzi si tpy bl. Za du|o ju| wypaliB.
 MogBem i spodziewaBem si  dodaB.  Ale Leliwa nic nie chciaB powiedzie. WysBuchaB
tylko, co ja miaBem do powiedzenia.
OdsunB krzesBo, usiadB na nim, odwrconym tak, |e wsparB rce na oparciu.
 A ja o nim gwno wiem.  SkrzywiB si i zgasiB papierosa nadpalonego w jednej trzeciej. 
Nie byB nikim wa|nym, nikim, kto by si liczyB. Ot, kolejny doktorek z Monachium, co[ tam
opublikowaB. ZapamitaBem, bo [mieszna ta praca byBa. Zamy[liB si na chwil.
 Przynajmniej tak mi si wtedy wydawaBo &  ZmarszczyB brwi z zastanowieniem.  W
ktrym to byBo? W trzydziestym sidmym bodaj|e. Teraz to inaczej wyglda, zapewne.
 A jak wyglda?  spytaB zimno Kosa.  I jak wygldaBo wtedy? Czego dotyczyBa ta
publikacja?
Krauze popatrzyB zaskoczony. Nie podejrzewaB porucznika, by ten zrozumiaB cokolwiek z
opowie[ci o praczBowieku. Kosa nie byB gBupi ani niewyksztaBcony. Daleko zaszedB jak na
chBopaka z Targwka. W koDcu przed wojn byB oficerem policji. Ale takiej wiedzy po prostu nie
miaB.
Ty co[ wiesz, zrozumiaB Krauze. Dobrze.
 Diehl to antropolog  zaczB powoli.  A antropologia w Niemczech zaczynaBa ju| wtedy
sBu|y paskudnym rzeczom. Praca byBa o cechach prymitywnych u ludw sBowiaDskich. ZupeBnie
nienaukowa, faBszywe przesBanki & Ale pasowaBa do teorii.
 Nienaukowa, powiadasz?  spytaB Kosa i oczy zal[niBy mu twardo.  CaBkiem niezBe
wnioski mo|na wycign, jak si okazuje, z faBszywych przesBanek. I caBkiem niezB praktyk
dorobi do teorii &
Kapitan parsknB ze zBo[ci.
 PrzestaD owija w baweBn, stary  rzuciB krtko.  Sprawdzili[cie Diehla. Wic mw, co
wiesz.
Kosa przymknB oczy, odchyliB si na krze[le. ZmarszczyB czoBo, usiBujc sobie przypomnie
jak najdokBadniej. Nie byBo to trudne, miaB fotograficzn pami.
 Wez pod uwag, Jurek, |e mog nie wiedzie wszystkiego  zastrzegB, nie otwierajc oczu.
 Jakie[ materiaBy mogBy doj[ do Puchatka przez normalnego Bcznika. Wiem tylko tyle, ile sam
widziaBem.
Krauze u[miechnB si nieznacznie. ZnaB porucznika. ZdziwiBby si, gdyby ten nie przeczytaB
meldunku, ktry niekoniecznie dla niego byB przeznaczony. A meldunki zwykle byBy na [wistkach,
bo zapiecztowan kopert znacznie trudniej przeBkn w razie czego.
 Mw, ile wiesz  ponagliB, kiedy milczenie si przedBu|aBo.
Kosa otworzyB oczy, pochyliB si i oparB Bokcie na stole.
 Otto Diehl  zaczB. 
Hauptsturmfhrer
SS, doktor antropologii. W Warszawie pojawiB
si niedawno, mo|e dwa tygodnie przed twoj wpadk. Nawiasem mwic, mwiB prawd. Ty te|
mwiBe[.
Kosa rzuciB szybkie spojrzenie.
 Gonschorka kto[ stuknB. Ciekawe, bo nikt go nie podejrzewaB, wrcz przeciwnie. UchodziB
za nasz wtyk na Skaryszewskiej, sporo ludzi stamtd wycignB. A ciebie, jak mwisz,
zakapowaB.
Kapitan kiwnB gBow z namysBem.
 W ka|dym razie Gonschorek zmarB. Z powodu gwaBtownego zatrucia oBowiem. Du|o go
miaB w organizmie, caBy magazynek.
Porucznik umilkB na chwil, pogBadziB pieszczotliwie kolb visa le|cego wci| na ceracie,
pomidzy nadgryzionymi ogrkami.
 I to nikt z naszych nie daB mu w czap. Nie byBo sensu, bo przecie| nie wiedzieli[my, |e byB
konfidentem. Nawet nikt nie wiedziaB, |e podpisaB volkslist.
 Ja te| nie wiedziaBem  wyrwaBo si Krauzemu z |alem. Wci| pamitaB Jzia Gsiorka.
Przed oczyma miaB roze[mian, nieco cwaniack gb kaprala.
 Wic Diehl nie kBamaB  podsumowaB Kosa.  On ju| ci nie zaszkodzi. A szkopy
zrezygnowaBy ze znakomitego agenta, ot, tak sobie. Daj no papierosa &
Nie czekajc na pozwolenie, wycignB rk, stuknB pudeBkiem o blat.
 Wa|ny jeste[, Jurek, na to wychodzi. I ty chcesz, |eby kto[ uwierzyB, |e chodzi tutaj tylko o
prehistoryczne truchBo? Jakie[ pierdolone ko[ci? No, stary &
 To przecie| &  Krauze chciaB zaprotestowa odruchowo, ale ugryzB si w jzyk. Istotnie,
pomy[laB, dla kogo to jest wa|ne? Jest wojna. A to, |e sam strawiB lata nad tajemnicz czaszk,
znaczyBo tyle co nic.
 No dobrze.  Kosa znw odchyliB si na krze[le, przecignB, a| trzasnBo mu w stawach. 
Wracajmy do Diehla.
Przejmuje inicjatyw, dostrzegB Krauze z mimowolnym rozbawieniem. WyBazi z niego
policjant. Kiedy[ byB dobrym oficerem [ledczym, mimo |e taki mBody. MBodszy ode mnie o
dobrych pitna[cie lat. I dobrze, podsumowaB w my[li. Mo|e on si czego[ dopatrzy.
 Diehl przeszedB od teorii do praktyki.  Kosa przypaliB papierosa. Mo|e to byBo tylko
zBudzenie, ale wydawaBo si, |e pBomyk zapaBki dr|y lekko.  Ju| nie jest doktorkiem z
Monachium jakich wielu. Do[ tajemnicza posta w ogle.
OdchyliB gBow do tyBu, wydmuchnB wski piropusz dymu.
 Ale to oprawca. Wywiad dBugo szukaB, wiem &
Kosa u[miechnB si krzywo.
 DowiedziaBem si, powiedzmy, nieoficjalnie. Zna si, kogo trzeba. Ale niewa|ne.
ZakaszlaB, spojrzaB z niesmakiem na papierosa w palcach.
 Zabije mnie to palenie  burknB.  Je[li zd|y. Krauze byB zniecierpliwiony. Kosa
zaczynaB cedzi informacje, co wicej, kapitan zdawaB sobie spraw, |e dawny przyjaciel [ledzi
jego reakcje. Niczym na przesBuchaniu.
 Kosa, do rzeczy &  przynagliB ze zBo[ci.  Co o nim wiemy?
 Wiemy?  spytaB przecigle porucznik i spojrzaB znw jak na schwytanego na gorcym
uczynku doliniarza z Kercelaka. ZmitygowaB si, napotkawszy wzrok Krauzego.
 Przepraszam, Jurek  powiedziaB cicho.
Kapitan skinB gBow bez sBowa.
 Diehl pojawiB si w Warszawie niedawno  powtrzyB Kosa tonem ju| rzeczowym, bez
ledwie sByszalnej kpicej nutki. Jakby skBadaB meldunek przeBo|onemu.  Nie miaB okre[lonego
przydziaBu, w ka|dym razie nic na ten temat nie mogli[my si dowiedzie.
Krauze wiedziaB, |e porucznik, mwic my , ma na my[li akowski wywiad. Skuteczny jak
dotd w rozpracowywaniu hitlerowskich oficerw w okupowanej Warszawie.
 Ale mamy raporty z O[wicimia. To oprawca, Jurek. Jeden z tych pierdolonych aryjskich
lekarzy i naukowcw, a raczej bydlt, ktre ka| si tak nazywa.
ZgasiB z w[ciekBo[ci papierosa w przepeBnionej popielniczce. Rka wyraznie mu dr|aBa.
SpojrzaB Krauze  mu prosto w oczy.
 Nie powinienem ci tego mwi  powiedziaB wprost.  Je[li &
ZawahaB si na chwil.
 Je[li si myl co do ciebie, je[li daBem si zwie[ przyjazni, to mog wyda wyrok [mierci na
wielu ludzi. Ale, kurwa, musz &
GBos porucznika zaBamaB si na chwil.
 Wierz ci  podjB wreszcie z trudem.  To jest tak zwariowane, tak nie trzyma si kupy, |e
nie mog nie uwierzy. MusiaBby[ by idiot, |eby wrci ot tak, pieprzy bzdury, w ktre nikt
normalny nie uwierzy. Samobjc, bo przecie| wiedziaBe[, jak to si skoDczy. WiedziaBe[, |e
zarobisz w czap prawomocnym wyrokiem sdu.
Za[miaB si chrypliwie.
 I wiem jeszcze jedno  dodaB z ironi.  Gdyby[ byB na miejscu Puchatka, zdecydowaBby[
tak samo. Przyznaj si.
Z ociganiem, powoli, Krauze skinB gBow.
 Tak  odparB ze znu|eniem.  Nie miaBbym wyj[cia. Tak jak wy.
 Wy?  Porucznik podrzuciB gBow.  A co ja, kurwa, teraz robi? Nie wydaje ci si, |e
jednak co innego?
Kapitan ju| miaB na koDcu jzyka cit odpowiedz. Ale zrezygnowaB.
 Mw dalej  powiedziaB.  To wszystko ju| ustalili[my. A ja musz wiedzie jak
najszybciej.
ZacisnB palce na oparciu krzesBa. WstaB po chwili oci|ale, poczB si przechadza po izbie.
Deski podBogi poskrzypywaBy cicho przy ka|dym kroku.
MiaB nieprzyjemn [wiadomo[, |e czas ucieka. MusiaB sam sobie przyzna, |e wierzy w
ostrze|enia Diehla. I gdzie[ gBboko tkwiB niepokj, ktry staraB si wci| zepchn gBbiej i
uciszy. Ale cigle powracaBo to samo wra|enie, echo ostrze|eD esesmana. ObawiaB si niejasno,
|e ryzykuje wiele, wcigajc w spraw Kos. Nie tylko dlatego, |e skBoniB porucznika w imi
zobowizaD i lojalno[ci do niesubordynacji graniczcej wrcz ze zdrad. RyzykowaB wicej, jak
sobie u[wiadamiaB. Bo w sBowach Diehla mogBa tkwi prawda.
OtrzsnB si. Poza samym Diehlem pozostawaBa jeszcze jedna sprawa. Ale kawaBki BamigBwki
zaczynaBy do siebie pasowa. I obraz, jaki si wyBaniaB, byB niepokojcy.
Po kolei, nakazaB sobie w my[li. Dojdziemy i do tego. LiczyB na przenikliwo[ Kosy, a tak|e na
jego, jak sam porucznik okre[laB, doj[cia.
 Mamy raport z samego obozu.  W gBosie Kosy zabrzmiaBy dziwne nutki. Krauze nie
sByszaB jeszcze takich. Wielokrotnie rozmawiali przecie| o wrogu, obaj byli |oBnierzami.
Wyszkolonymi oficerami wywiadu. Teraz sByszaB & lk? Tak, strach zmieszany z odraz.

Hauptsturmfhrer
Diehl przebywaB w O[wicimiu ponad dwa miesice.  SBowa padaBy
rwno, lecz byBy gBuche i stBumione. Kosa nie patrzyB ju| na kapitana, wbiB wzrok w pokrojon
niezliczonymi ciciami no|a, wytart cerat. Palcem machinalnie rozgarniaB popiB przylepiony do
pochlapanego sokiem z kiszonych ogrkw i bimbrem blatu. Kre[liB zawiBe linie.  GBwnie na
tak zwanym rewirze. Nie wiemy dokBadnie, kiedy. Informacje s niejasne, czasem sprzeczne. Inne
nie mog by.
Krauze pokiwaB gBow w milczeniu. Dobrze, |e w ogle s, pomy[laB. RozumiaB dobrze, czego
obawiaB si Kosa. Opowiadajc to, nara|aB nieznanych nikomu ludzi na jeszcze wiksze
niebezpieczeDstwo. Jakby nie wisiaBo nad nimi i tak [miertelne zagro|enie.
 On od swojej pracy przeszedB do praktyki, Jurek.  Kosa zacisnB dBoD na nadgryzionym
ogrku, spomidzy palcw wytrysnBa zielona maz zmieszana z pestkami.  WybieraB wizniw,
zapisywaB numery na apelu. ChodziB po caBym obozie z paroma esesmanami, zagldaB ludziom w
twarze. MierzyB gBowy czym[, co opisuj jako cyrkiel.
Prognatyzm, pomy[laB machinalnie Krauze. Kt twarzowy. PrzymknB powieki, wspomnienia
przywoBaBy obraz brunatnych czaszek, niespodziewanie ci|kich, kiedy je wzi do rki, bo
sfosylizowanych. Wyszukiwanie charakterystycznych punktw pomiarowych, serie odczytw,
cierpliwe wpisywanie do tabelek. Znw wstrzsnB nim dreszcz. Czaszki, pomy[laB, tylko czaszki.
ByBo co[ niewBa[ciwego w pomiarach |ywych ludzi. Co[ zBowieszczego.
 Wtedy te| zapisywaB numery. I wizniw zabierali z komanda na rewir.
Krauze domy[laB si ju|, co za chwil usByszy. OdetchnB gBboko.
 Potem
Himmelfahrtskommando &
 Kosa urwaB na chwil, popatrzyB na kapitana. 
Wizniowie, ktrzy obsBuguj krematorium  wyja[niB.
Niepotrzebnie. Krauze sByszaB ju| w termin.
 Wizniowie pakowali czaszki do skrzyD. Starannie wypreparowane. I pakowali te| z i[cie
niemieck staranno[ci. Ka|d opisan, owinit w wat drzewn.
 Tylko czaszki?  wtrciB szybko Krauze i skrzywiB si.  Nic dziwnego, |e te jego
publikacje &
Kosa poderwaB gBow znad stoBu.
 Jurek, co ty pierdolisz?  parsknB z w[ciekBo[ci zmieszan z niedowierzaniem.  O czym
ty, kurwa, mwisz? To ludzie! Nie maBpy w klatce, nie krliki do[wiadczalne!
Krauze zatrzymaB si nagle.
 Co powiedziaBe[?  spytaB powoli z nagBym napiciem w gBosie.  No powtrz, do cholery!
Porucznik zamarB z otwartymi ustami. Nie takiej reakcji si spodziewaB. Krauze ci|ko usiadB na
krze[le, potarB znu|onym gestem twarz.
Ten skurwysyn co[ znalazB, pomy[laB. Nie co[, poprawiB si zaraz, wiadomo przecie|, co.
ZnalazB potwierdzenie swojej kretyDskiej teorii, czBowieka o reliktowych cechach. Tylko co w tym
takiego niezwykBego, wBa[nie teraz? Do czego mu jestem potrzebny, przecie| nie po to, |eby si
dzieliB wBasnym odkryciem, i to jeszcze z kim? Z wrogiem? A przynajmniej z konkurentem? Dla
niego byBoby najlepiej, gdybym le|aB ju| w grobie z kulk we Bbie.
 Jurek?
GBos Kosy przywoBaB go do rzeczywisto[ci. OtrzsnB si. To te| nie ma sensu, pomy[laB.
 Nic, mw dalej  mruknB.  Przepraszam.
Kosa wzruszyB ramionami. PrzeszBa mu te| zBo[. WygldaB po prostu na zmczonego.
 Kto[ dotarB dalej. Nie powiem, kto, sam tego nie wiem.  U[miechnB si przepraszajco. 
SByszaBe[ o
Ahnenerbe?
Kapitan potwierdziB skinieniem gBowy. Mimo to Kosa cignB dalej.
 Niemieckie dziedzictwo krwi. Organizacja, ktrej przewodzi sam Himmler. A nasz znajomy,
Otto Diehl, jest tam nie lada szych, jak si okazuje.
Co[ si zaczyna ukBada, pomy[laB Krauze. Niewiele, ale zawsze co[.
 I to tyle, Jurek  podsumowaB porucznik. OtarB dBoD umazan mokrym popioBem i mazi z
rozgniecionego ogrka o spodnie. Chwil spogldaB na przyjaciela. I zastanawiaB si ponuro, czy
nie popeBniB wBa[nie strasznego bBdu. Czy siedzcy naprzeciw niego czBowiek nadal jest jego
przyjacielem.
 Gdyby to ode mnie zale|aBo, daBbym Diehlowi w czap  powiedziaB wreszcie twardo. 
Nawet, kurwa, bez wyroku. Warto byBoby, kiedy to bydl jest w Warszawie. Wiesz &
UrwaB na moment. PogBadziB pieszczotliwie kolb swojego visa.
 Nawet si zastanawiaBem przez chwil, czy nie skorzysta z okazji  przyznaB.  {eby[
mnie do niego doprowadziB. Chtnie bym rozwaliB t jego nordyck czaszk.
 I nie zaproponujesz?  spytaB chBodno Krauze.
Kosa u[miechnB si drwico.
 Nie  odparB.  A ty dobrze wiesz, dlaczego.
Bo nic tu nie pasuje, pomy[laB kapitan. I nic nie powiedziaB.
 Nie miej zBudzeD, Jurek  dodaB Kosa.  Ja ci uwierzyBem z oczywistego powodu. Ale nikt
inny nie uwierzy. Masz racj, zostaB ci jeden sposb, by sprbowa wyj[ z tej sprawy caBo.
PopatrzyB Krauzemu prosto w oczy.
 Brn dalej. To jedyna szansa.
To byBa prawda. Innej szansy nie byBo. Krauze odchrzknB.
 Dzikuj  powiedziaB po prostu.
Kosa roze[miaB si zmieszany, ale tylko na chwil.
 Za co, Jurek?  spytaB z gorzk ironi.  Znam ci, przynajmniej znaBem. Nie byBby[ chyba
takim idiot, |eby wraca z nieprawdopodobn historyjk, gdyby[ naprawd byB szpiclem.
Przecie| to si kupy nie trzyma! Ale wiesz &
Spowa|niaB.
 Ja mog sobie pozwoli na luksus wtpliwo[ci. Inni, jak sobie zdajesz spraw, nie mog. Za
du|o wiesz. I ja &
ZawahaB si chwil.
 I ja bym nie mgB  dokoDczyB twardo.  Je[li dostaBbym rozkaz. RozwaliBbym ci Beb, nie
baczc na zobowizania. Ale masz szcz[cie, nie dostaBem jeszcze.
Krauze skrzywiB si drwico.
 Wiem  powiedziaB.  I za to ci, Kosa, lubi. Szczery chBopak jeste[.
SignB po flaszk bimbru.
 I za to si z tob napij. Bo chyba skoDczyli[my. Szyjka butelki brzknBa o brzeg
musztardwki. ZabulgotaB mtny, ostro [mierdzcy fuzlem pByn.
 Twoje zdrowie, Kosa.  Kapitan unisB szklank.
Porucznik nawet nie drgnB.
 Powiniene[ jeszcze co[ wiedzie  powiedziaB.
Krauze unisB pytajco brwi.
 To twoje cudowne ocalenie . To przewa|yBo. Bo Leliwa byB pewien, |e kBamiesz.
Sprawdzili[my, to nie byB nikt od nas.
Kapitan spojrzaB na niego zaskoczony.
 Jak to?  zdoBaB tylko spyta.
 Ano tak, po prostu.  Kosa wypiB bimber jednym haustem. SkrzywiB si, odkaszlnB,
rozejrzaB za ogrkiem. Bez rezultatu, ostatniego rozgnitB w gar[ci.
 Mocny, cholera  mruknB zduszonym gBosem.
 Gadaj  przynagliB go Krauze.  Jak to nikt od nas? Kosa odkaszlnB jeszcze raz i odstawiB
szklank.
 No nikt. SprawdzaBem dokBadnie, nieoficjalnie te|. My[laBem z pocztku, |e jaka[
samowolna akcja, rozbrajanka. Ot, chBopaki w lesie si nudz, broni maBo, to postanowili zrobi
zasadzk na drodze. Ale nic.
NapotkaB niedowierzajce spojrzenie Krauzego. PokrciB gBow.
 Wierz mi, Jurek, mam swoje sposoby  zapewniB.  Lepsze ni| Puchatek i caBy jego
wywiad. Nikt od nas. Co wicej &
SkrzywiB si nieznacznie.
 Mam te| inne doj[cia, ktrymi si specjalnie nie chwal. U komunistw jest paru chBopakw
z Targwka. I nic. Oni te| nie. Zreszt, Kabaty to nie ich teren.
Krauze zaczynaB ju| rozumie. PokiwaB gBow w zamy[leniu, kiedy przypomniaB sobie
starannie maskowany strach, ktry bByskaB czasem w oczach Diehla. Jego nerwowy po[piech pod
sam koniec, tu| przed wyjazdem.
 Na pocztku te| pomy[laBem, |e po prostu B|esz  dotarB do niego gBos porucznika.  Teraz
ju| tak nie my[l. Za to jest niewtpliwie gorzej.
Kosa byB bystry. Jego policyjny wch i tym razem wskazaB nieomylnie, gdzie w caBej sprawie
mocno [mierdzi.
 To ja byBem celem  powiedziaB wolno Krauze.  Gdybym siedziaB z tyBu &
DostaBbym caB seri, pomy[laB. Ot tak, dla pewno[ci. Zamachowiec zrobiB bBd. Nie powinien
strzela w gBow. Nie byBoby problemu z identyfikacj.
Kosa signB po butelk i rozlaB resztki bimbru. Potem wstaB, przykrciB karbidwk. Jaskrawy
pBomyczek zgasB. W mroku izby mo|na byBo dostrzec, jak przez szpary w okiennicach sczy si
blade [wiatBo. DniaBo.
SkrzypnBy zawiasy okiennic, do izdebki wpadB [wie|y podmuch. Na tle jasnego prostokta
okna Krauze widziaB tylko ciemn sylwetk porucznika, ktrego twarz kryBa si w mroku.
 W rzeczy samej, Jurek  usByszaB jego powa|ny gBos, w ktrym drgaBy nutki wspBczucia.
 Co[ mi si wydaje, |e na tym si nie skoDczy. Ale nie masz wyj[cia.
Krauze nawet nie odpowiedziaB.
*
Ostatni zgasB [rodkowy silnik. DwuBopatowe [migBo zrobiBo jeszcze pB obrotu, z rur
wydechowych strzeliBy wypchnite z cylindrw ostatnie kBbki spalin. UstaBa wreszcie wibracja
wstrzsajca od kilku godzin blaszanym pudBem transportowego junkersa.
Pierwsza wstaBa dziewczyna. WBa[nie dziewczyna, nie kobieta, tak Krauze my[laB o niej od
pocztku, odkd ujrzaB j pierwszy raz. Mo|e przez szczupB, drobn sylwetk, a mo|e przez
doBeczki w policzkach, ktre pojawiaBy si, kiedy si u[miechaBa. Ale u[miechaBa si rzadko.
W ka|dym razie do niego rzadko si u[miechaBa. Chyba nigdy, pomy[laB teraz, cho spdzili ju|
ze sob troch czasu, jeszcze w Warszawie. Za to przyBapywaB j czasem na ukradkowych
spojrzeniach, czujnych i badawczych. Wtedy nie wygldaBa ju| dziewczco. MiaBa dobrze ponad
trzydziestk.
Nie czekaBa, a| podoficer Luftwaffe odblokuje drzwi, sama zaczBa si mocowa z zamkiem.
UdaBo jej si, wBaz uderzyB z Bomotem o falist blach kadBuba. Kobieta wychyliBa si, jedn rk
przytrzymujc zwieszajc jej si z szyi, nieodBczn leic.
 Heidi!  rzuciB ostro Diehl, kiedy ju| miaBa wyskoczy na zewntrz. ZamarBa posBusznie
wsparta jedn dBoni o krawdz drzwi.
 Wracaj na miejsce i czekaj.
Krauzemu wydawaBo si, |e Heidi nieznacznie wzruszyBa ramionami, ale na tym si skoDczyBo.
WrciBa schylona i usiadBa na obcignitej brezentem konstrukcji z rurek, ktra w transportowym
junkersie imitowaBa siedzenia.
Piekielnie niewygodne, pomy[laB mimochodem Krauze. Po wielogodzinnym locie miaB obolaBy
tyBek. W obawie przed my[liwcami lecieli na niskim puBapie. Junkersem rzucaBo w dziurach
powietrznych, co chwila |oBdek podje|d|aB do gardBa. A twarde rurki wpijaBy si w ciaBo.
Jak zauwa|yB, Diehl te| wygldaB na wykoDczonego. Esesman przez caBy lot drzemaB lub
udawaB, |e drzemie. Raczej to drugie, bo w blaszanym wntrzu rezonujcym od huku
gwiazdowych silnikw trudno raczej o prawdziwy sen. Ale przymknB oczy, kiedy tylko
wystartowali z Okcia. I otworzyB je dopiero tu| przed ldowaniem, kiedy silniki zmieniBy ton i
transportowiec zatrzsB si w zni|aniu.
Krauzemu to nie przeszkadzaBo. I tak nie daBoby si rozmawia, nie przekrzykujc si z caBej
siBy. Przynajmniej miaB czas, |eby pomy[le.
A byBo o czym. Jego wzrok przycignBy zwalone na stert baga|e. Wojskowe plecaki Heidi i
Rottenfhrera
Jeschke, ktry okazaB si kim[ w rodzaju adiutanta i zaufanego Diehla, w ka|dym
razie nie odstpowaB go ostatnio nawet na krok. Niegdy[ eleganckie, teraz odrapane, skrzane
walizki esesmana. I na tym wszystkim starannie przymocowany przed startem, okrgBy, kartonowy
pojemnik niczym pudBo na kapelusze.
Ale Krauze wiedziaB, |e nie zawiera ono nakrycia gBowy. Tylko caB gBow, a raczej to, co z niej
pozostaBo. Jasn, wypreparowan czaszk.
PrzymknB oczy. Od huku silnikw podczas lotu wci| dzwoniBo mu w uszach. PrzestaB zwraca
uwag na podniesiony gBos pilota, ktry natychmiast po tym, jak zgasBy motory, poczB si
wykBca z kim[ z obsBugi polowego lotniska. Przed oczyma stanB mu znw moment, kiedy po raz
pierwszy ujrzaB czaszk.
SpodziewaB si tego widoku. Domy[laB si ju| wcze[niej, co mgB znalez doktor Otto Diehl,
zatruty niemieck ideologi antropolog. Ale co innego domy[la si, co innego zobaczy. Dotkn.
To byBo niewiarygodne. Sklepienie czaszki ja[niaBo kremowym kolorem [wie|o
wypreparowanej ko[ci. MgB przesun palcem po waBach nadoczodoBowych, mniej wydatnych
ni| w kopalnych znaleziskach, ale wyraznych i charakterystycznych. Zobaczy masywn |uchw
bez brdki, z du|ymi, silnymi zbami i sporym odstpem za trzonowcami. Cechy plezjomorficzne
zgadzaBy si co do joty, podobnie jak automorfie. Niepotrzebne byBo nawet przeprowadzanie
pomiarw.
TrzymaB w dBoniach czaszk
homo neanderthalensis.
Teraz te| poczuB ukBucie wstydu na wspomnienie chwil uniesienia, ktre wwczas prze|yB. To
nie byBo wykopalisko, zbrunatniaBe ko[ci, z ktrych ciaBo odpadBo przed dziesitkami tysicleci.
Ktre przeszBy proces fosylizacji, nadajcy im gBadko[ci i ci|aru. Jakby usprawiedliwienie, |e nie
s ju| ludzkimi szcztkami, a tylko znaleziskiem, cennym materiaBem porwnawczym. Trzymajc
w dBoni brunatne uBomki sklepienia czaszki, Batwo zapominaBo si, |e kryBy kiedy[ |ywy, my[lcy
mzg. Jestestwo rozumnej istoty ludzkiej.
Ludzkiej? Krauze otworzyB oczy. Oto najwa|niejsze pytanie, pomy[laB. Tylko czy odpowiedz
na nie jest warta tego wszystkiego?
Heidi trciBa go Bokciem w bok i wymamrotaBa zdawkowe przeprosiny. WierciBa si
niecierpliwie na brezentowym siedzisku i co raz ustawiaBa co[ w swojej leice, cho przecie| nie
zamierzaBa robi zdj. Ale Diehl wci| siedziaB wsparty o blaszan [cian, z przymknitymi
oczyma, jakby na co[ czekaB. Albo na kogo[.
Zadawanie pytaD nie miaBo sensu. Esesman nie udzielaB ju| wyja[nieD, odkd zyskaB pewno[,
|e jego nie caBkiem dobrowolny wspBpracownik podjB ju| ostateczn decyzj. StaB si milczcy i
opryskliwy, przestaB by jowialnym mBodszym koleg, ktrego rol tak doskonale odgrywaB na
pocztku. Teraz wydawaB ju| tylko rozkazy, a wszystkie wyja[nienia zachowywaB dla siebie.
Czasem pozwalaB sobie jedynie na zdawkowe dowiesz si w swoim czasie .
Tylko na pocztku, jak przypomniaB sobie Krauze, okazaB pewien niepokj i wyrazn ulg.
Zaraz po tym, kiedy wreszcie kapitan zatelefonowaB pod jeden z numerw, ktrych nauczyB si na
pami. Ten warszawski.
Krauze domy[laB si, dlaczego. Diehl nie przypuszczaB, |e do ich ponownego spotkania dojdzie
tak pzno, nie liczyB si najwyrazniej z a| takimi komplikacjami. I obawiaB si najwidoczniej, |e
kapitan mgB zbyt wiele dowiedzie si o nim samym.
Przez otwarte drzwi do wntrza samolotu wpadaB [wie|y, wiosenny powiew. NisB ze sob
wilgo deszczu, zapach rozmokBej ziemi zmieszany ze smrodem lotniczej benzyny. Kobieta obok
nie przestawaBa si wierci, niecierpliwie zdmuchiwaBa kosmyk rudych wBosw, ktry wci|
niesfornie opadaB na jej lekko piegowaty policzek. Jeschke drgnB, oparB swojego nieodBcznego
szmajsera o stert baga|y i zaczB nadsBuchiwa. TrciB Diehla w rami.
Rottenfhrer
miaB dobry sBuch. Dopiero po chwili Krauze usByszaB charakterystyczny warkot
terenowego volkswagena. Esesman otworzyB oczy, skinieniem gBowy wskazaB otwarty wBaz.
Rottenfhrer
bez sBowa podnisB broD, ruszyB do wyj[cia. Po chwili zniknB na zewntrz.
 Siadaj  rzuciB krtko Diehl, kiedy Heidi te| zaczBa si podnosi.  My jeszcze
poczekamy.
Znw posBuchaBa bez sBowa.
*
Jechali bBotnist drog, spod opon tryskaBy fontanny gstej mazi. Jeschke prowadziB dobrze.
Kbelwagen
ani razu nie ugrzzB w wyrwach w rozjechanej gsienicami nawierzchni. RobiBo si
coraz widniej. WstawaB pochmurny, wiosenny dzieD.
Gsty deszcz spBywaB po przedniej szybie, wycieraczki ledwie nad|aBy ze zgarnianiem. Krople
bbniBy w brezentowy dach gBo[no i byBy sByszalne nawet przez wysilony warkot silnika na niskich
biegach.
Krauze prbowaB si rozglda, jednak przez strugi deszczu widziaB niewiele. RozlegBe pola,
mizerne sosnowe i brzozowe laski. Raz czy drugi zamajaczyBy zrujnowane chaBupy, a raczej to, co
z nich pozostaBo  strawione ogniem szkielety wizby dachowej, sterczce kominy. Krajobraz byB
jakby znajomy. BudziB w kapitanie niejasne wspomnienia. Jeszcze sprzed wojny: polowanie w
majtku znajomych. Dalekie kresy, pomy[laB Krauze, pewnie niedaleko frontu.
Przed mask nagle zamajaczyBa sylwetka |oBnierza w dBugiej pelerynie. Jeschke zaklB, nacisnB
hamulec. Samochd [lizgaB si przez chwil, zanim znieruchomiaB. {andarm daB znak tarczk
sygnalizacyjn na krtkim dr|ku. Silnik warknB gBo[niej i zgasB.
Rottenfhrer
odwrciB si i spojrzaB na Diehla. Esesman nieznacznie pokrciB gBow. Podoficer
skrzywiB si tylko, ale nic nie powiedziaB. BbniB niecierpliwie palcami po kierownicy.
Wycieraczki zamarBy. Szyb szybko pokryBy spBywajce strumyki. Sylwetka |oBnierza w pelerynie
rozmyBa si, straciBa ostro[. Tylko deszcz bbniB coraz silniej w brezent. Krauze drgnB, kiedy
zimna kropla spadBa mu na kark. Wida jaki[ szew w rozkBadanym dachu zaczynaB przepuszcza
wod.
Najpierw poczuli, zanim zobaczyli, dlaczego wBa[ciwie stoj. Wibracj, ktra z gruntu poprzez
koBa przeniosBa si na karoseri, Krauze wyczuB najpierw Bokciem dotykajcym drzwiczek. Zanim
zd|yB zrozumie, co oznacza, ujrzaB wielki, niewyrazny ksztaBt, ktry przetoczyB si w poprzek
drogi. Za nim nastpny.
Jeschke wBczyB wycieraczki. Poprzez pBkola przetarte na szybie ujrzeli pot|ne cielsko
kolejnego czoBgu, ktry przeje|d|aB wBa[nie przez niewidoczne wcze[niej skrzy|owanie. Na
pancerzu za wie| siedzieli okutani w peleryny piechurzy.

Scheie
 mruknB Jeschke i znw odwrciB si do Diehla. Tym razem esesman nie
zareagowaB.
Podoficer wykrzywiB w u[miechu zaro[nit gb. Jego oczy zabBysBy.
JknB rozrusznik. Blaszana karoseria zadygotaBa wstrzsana rwn prac tBokw. I za chwil
silnik zawyB, kiedy nie puszczajc sprzgBa, Jeschke wcisnB gaz do dechy.
To nie mo|e si uda, pomy[laB Krauze, zaciskajc rk na metalowym uchwycie przy
drzwiach. Nie w tak pogod, kiedy kierowcy tych czoBgw s [lepi jak krety, bo komu chciaBoby
si wystawia gBow przez wBaz? Widz niewyraznie poprzednika w kolumnie i zdaj si caBkiem
na |andarmw kierujcych ruchem.
Poryw wiatru zmieniB na chwil kierunek zacinajcych strug deszczu. Zanim znw zalaBy szyb,
mo|na byBo zobaczy wyrazniej kolejn panter, nawet dostrzec szczegBy. Zachlapane, pogite
bBotniki, numer taktyczny na pokrytym
Zimmeritem
pancerzu. Bryzgi bBota spod gsienic.
Wtedy Jeschke zwolniB sprzgBo.
Kbelwagen
zabuksowaB chwil na gruntowej drodze i
skoczyB do przodu, a| przyspieszenie wgniotBo pasa|erw w fotele. Krauze, wci| kurczowo
trzymajc si uchwytu, zd|yB jeszcze zobaczy, jak pokryta dwudniowym zarostem gba
podoficera krzywi si w radosnym u[miechu.
Temu skurwysynowi to si podoba, mignBa Krauzemu my[l.
W mtnym, celuloidowym bocznym okienku zamajaczyBa przez moment twarz |andarma. W
zasadzie biaBa plama pod heBmem, z czarnymi punktami wytrzeszczonych, przera|onych oczu. Co[
chyba krzyczaB, ale ryk silnika na niskim biegu i wysokich obrotach zagBuszaB wszystko.
Wozem zatrzsBo, kiedy wpadB w gBbokie koleiny. ZwolniB, koBa znw buksowaBy chwil,
zalewajc wszystko dokoBa fontannami bBota. Kapitan poczuB, jak |oBdek podje|d|a mu do gardBa,
kiedy za okienkiem ujrzaB wielk, niewyrazn, ciemn mas. RosBa gwaBtownie, przesBaniaBa ju|
caBy celuloid.
Jeschke mocowaB si z dzwigni zmiany biegw. Ale wci| si przy tym [miaB i szczerzyB
|Btawe zby. Silnik zawyB jeszcze gBo[niej. Wz znw skoczyB do przodu. Po brezentowym dachu
chlasnBy gBo[no strumienie bBocka wyrzuconego gsienicami czoBgu, ktry przewaliB si za nimi.
O centymetry, jak sdziB Krauze.
Warkot przycichB, jechali ju| rwno. Gruntowa, zniszczona droga po przejezdzie przez
skrzy|owanie wydawaBa si autostrad.
 Dobrze, Jeschke  rzuciB Diehl oszczdn pochwaB.  A teraz si pospiesz.
Esesman najwyrazniej dosByszaB ciche przekleDstwo kapitana.
 Jest ryzyko, jest zabawa  skwitowaB krtko.  Chcesz |y wiecznie, kolego?
Krauze ze zdziwieniem poprzez warkot silnika dosByszaB cichy, zBo[liwy chichot Heidi. Oni
wszyscy s szaleni, pomy[laB.
*
 Nigdzie nie odchodz  burknBa Heidi tonem ni to rozkazu, ni to przygany.
StaBa oparta o terenwk, nie dbajc, |e pomalowana matow farb karoseria caBa zachlapana
jest bBotem. PrzestaBo ju| pada, chmury byBy coraz rzadsze, czasem bByskaBo nawet sBoDce,
odbijajc si w kaBu|ach i podsiknitych wod koleinach.
Krauze pokrciB gBow. Nie zamierzaB si nigdzie oddala. CzuB si niepewnie w pozbawionym
dystynkcji niemieckim mundurze polowym. Wprawdzie opaska na ramieniu [wiadczyBa o
przynale|no[ci do organizacji Todta, ale mimo wszystko wolaB nie sprawdza tym razem, czy
dokumenty s wiarygodne. Nie tu, tu| za frontem.
Nad wiosk przetoczyB si przecigBy, niski grzmot. BrzmiaB jak odgBos odlegBej wiosennej
burzy. PasowaB do niego widok skBbionych, ciemnych chmur nad horyzontem. Ale to nie byBa
burza. A i chmury nie byBy zwykBymi chmurami.
To dym, pomy[laB Krauze. TBuste kolumny wzbijaBy si w gr, widoczne nawet z oddali na tle
szarego nieba. Gdzie[ daleko, za ledwie widoczn na horyzoncie sin kresk lasu, trwaBa bitwa.
PBonBy czoBgi, mo|e nawet te, ktrych kolumn napotkali po drodze. Jednak nie, u[wiadomiB
sobie, |e dym byB czarny. To paliBy si sowieckie maszyny napdzane rop.
Bezwiednie odszedB par krokw i przysBoniB dBoni oczy.
 Nie odchodz  powtrzyBa Heidi z naciskiem.
OdwrciB si powoli.
 Bo co?  spytaB zaczepnie.  Zastrzelisz mnie? Diehl kazaB ci pilnowa?
PrzytaknBa bez u[miechu na piegowatej twarzy. ZdmuchnBa z policzka niesforny kosmyk
rudych wBosw.
 Owszem, kazaB  odparBa.  Ale nie zastrzel. Licz, |e nie jeste[ idiot.
U[miechnB si w odpowiedzi, cho wcale nie byBo mu do [miechu. Przeciwnie, wyczuwaB
zbli|ajce si niebezpieczeDstwo. I czuB si bezradny bez broni, w obcym mundurze. W
zrujnowanej, wyludnionej wiosce tu| za frontem, ktry  jak wszystko wskazywaBo  wBa[nie
zostaB przerwany.
PopatrzyB machinalnie na horyzont. Do tBustych, czarnych sBupw dymu doBczyBo kilka
ja[niejszych. Tym razem oberwali Niemcy. Sinoszare kity pBoncej benzyny wzbijaBy si w niebo.
Znw przetoczyB si stBumiony odlegBo[ci grzmot artyleryjskiej salwy.
 To tylko zwiad  parsknBa Heidi.  Nie przejmuj si, Iwan tak robi. Rozpoznanie bojem,
tak to nazywaj. Nie musz si liczy ze stratami, i tak maj wystarczajc przewag.
PopatrzyB na ni uwa|nie. Ta drobna kobieta intrygowaBa go, odkd si pojawiBa. Jeszcze w
Warszawie, w mieszkaniu na Litewskiej, w niemieckiej dzielnicy. CzekaB tam przez tydzieD
pozbawiony jakichkolwiek informacji, czujc si jak w areszcie domowym. Przez kilka dni
towarzystwa dotrzymywaB mu tylko Jeschke, wyraznie zBy z powodu cywilnego ubrania, jakie
przyszBo mu nosi. Podoficer nie byB dobrym kompanem. TraktowaB wprawdzie kapitana z peBn,
nakazan najwyrazniej atencj, ale wida byBo, |e najchtniej zastrzeliBby go przy prbie ucieczki.
Nie dawaB si te| pocign za jzyk, nagabywania zbywaB pBsBwkami.
Krauze miaB ju| wtedy wra|enie, |e atmosfera zagszcza si, |e nieznane niebezpieczeDstwo
jest coraz bli|ej. Coraz wicej wskazywaBo, |e Diehl prowadzi wBasn gr, o ktrej nie wiedz
nawet jego przeBo|eni. W ka|dym razie nie wszyscy. Kapitanowi udaBo si raz podsBucha
rozmow telefoniczn, podczas ktrej esesman BgaB w |ywe oczy. ByB zdenerwowany, i w koDcu
zorientowaB si i [ciszyB gBos. Ale zbyt pzno, i Krauze mgB wysnu jednoznaczne wnioski.
Potem wyjechaB, a wBa[ciwie zniknB, bez po|egnania, bez wyja[nieD. MgB naturalnie wci|
pozostawa w Warszawie, ale intuicja podpowiadaBa Krauzemu, |e tak si nie staBo. CzuB
pod[wiadomie, |e wa| si wBa[nie losy Ottona Diehla, niegdy[ caBkiem przecitnego antropologa,
obecnie mordercy, fanatyka optanego jak[ obBdn ide.
WstrzsnB si, otuliB dokBadniej brezentow peleryn. Zimny wiatr cignB nad rozmokB
ziemi, ale to nie chBd byB przyczyn nagBego dreszczu.
Wreszcie, kiedy Diehl wci| nie wracaB, a twardy zazwyczaj podoficer poczynaB zdradza coraz
wicej oznak niepokoju, Krauze te| miaB ju| do[. TargaBy nim wtpliwo[ci. WmawiaB sobie, |e
gra, ktr podjB, mo|e by wa|na, mo|e nawet wpBynie na losy wojny, jak kiedy[ wymknBo si
nieopatrznie Diehlowi. Ale nie mgB te| odsun od siebie podejrzeD, |e oto staB si zwykBym
kolaborantem, ktry za cen zaspokojenia ciekawo[ci i wBasnych ambicji sprzymierzyB si z
wrogiem. Nie pomagaBa nawet [wiadomo[, |e przecie| nie miaB wyboru. Nie teraz, kiedy wiedziaB
ju|, kim byB Diehl. I co robiB.
Nawet wspomnienie niewiarygodnej czaszki szczerzcej po|BkBe zby nie pomagaBo. Bo
czym|e byBo nawet najwiksze antropologiczne odkrycie w obliczu wojny? Jaki mogBo mie na ni
wpByw? Krauze byB coraz bardziej przekonany, |e sam z kolei jest tylko narzdziem ku
zaspokojeniu ambicji esesmana. Kim[, kto mo|e potwierdzi jego odkrycie.
Wci| biB si z my[lami, rozwa|aB nawet mo|liwo[ ucieczki. Wtedy doBczyBa do nich Heidi. I
znw pewne sprawy zaczBy wyglda inaczej.
OtrzsnB si z zamy[lenia, sByszc teraz, |e co[ do niego mwi.
 Nie kr si tak  w jej tonie zabrzmiaBo rozbawienie.  Usidz w wozie i czekaj. Nie
potrwa to dBugo.
Owszem, pomy[laB, zwBaszcza je[li Ruskie si przebij. OdgBosy salw artyleryjskich ucichBy,
ale mogBo to oznacza, |e atak zostaB odparty. Ale te| co[ wrcz przeciwnego. By mo|e gsienice
T 34 mia|d|yBy wBa[nie stanowiska niemieckich dziaB.
PopatrzyB na bBotnisty placyk okolony nienaruszonymi, o dziwo, chaBupami. Na samym [rodku
tkwiB wrak ci|arwki, ktry osiadB nisko na felgach. Z opon zostaBa tylko druciana osnowa. {ebra
paBkw, na ktrych niegdy[ rozpita byBa plandeka, sterczaBy w gr. RysowaBy si na tle chmur
niczym |ebra szkieletu dinozaura. Blachy nadwozia pozbawione farby zd|yBy ju| zrudzie na
deszczu.
Spalona ci|arwka byBa jedynym widomym [ladem wojny. Gdyby nie ona, mogBoby si
wydawa, |e wie[ wyludniBa zaraza. Wci| jeszcze na pBotach wisiaBy gliniane garnki, ocalaBy
nawet szyby w maBych okienkach, cho nie rozja[niaB ich od wewntrz |aden pBomyk. PoByskiwaBy
tylko martwo, kiedy sBoDce na chwil wychynBo zza chmur.
Krauze wiedziaB, |e kiedy si odwrci, zniknie zBudzenie spokoju i martwoty. Z tyBu za nim staB
pBgsienicowy transporter, a |oBnierz przy erkaemie popatrywaB nieufnie, odkd zajechali do
wioski. Jak ka|dy frontowiec nie lubiB wizyt SS ani podejrzanych cywilnych osb. Zazwyczaj nie
wr|yBy niczego dobrego.
Jak to na froncie. I tu panowaB baBagan. Stanowisko dowodzenia powinien ochrania co
najmniej pluton. Tymczasem poza jednym SdKfzetem nie wida byBo innych pojazdw, ani te|
innych |oBnierzy. Dobre par minut wcze[niej odjechaB goniec. Niesamowicie ubBocony piechur na
jeszcze bardziej ubBoconym motocyklu. Jedynie cienki bicz anteny niewidocznego, ukrytego za
chat wozu Bczno[ci wskazywaB, |e wci| kto[ std dowodzi. Przyjrzawszy si bli|ej, mo|na byBo
dostrzec pk kabli polowych linii telefonicznych wychodzcy przez uchylone okienko.
 Jerzy &  usByszaB Krauze nagle. I zamarB zdziwiony. Nawet nie tyle napiciem w gBosie
Heidi, ile tym, |e kobieta pierwszy raz zwrciBa si do niego po imieniu. I to po polsku.
OdwrciB si. Heidi daBa niecierpliwy znak, wskazujc na samochd, i nie czekajc na jego
reakcj, sama w[lizgnBa si do [rodka. Krauze staB chwil, czujc na sobie obojtne, znudzone
spojrzenie |oBnierza na trans  porterze. W koDcu posBuchaB dziewczyny, zastanawiajc si
intensywnie, skd, u diabBa, zna jego prawdziwe imi? MgB jej powiedzie Diehl, ale nie
pasowaBo to do jego zachowania, do nieufno[ci i ostro|no[ci, jak demonstrowaB w ostatnich
dniach.
Nieufno[ci graniczcej wrcz z paranoj, u[wiadomiB sobie Krauze. A tak|e fakt, |e w oczach
Hauptsturmfhrera
coraz cz[ciej pojawiaB si starannie maskowany strach.
 O co chodzi?  spytaB obcesowo, nie bawic si ju| w uprzejmo[ci ani nie zachowujc
ostro|no[ci.  Co tu si dzieje?
Nie musiaB nawet pyta. Te| miaB niejasne przeczucie, |e sprawy zmierzaj ku rozstrzygniciu.
{e ju| wkrtce si dowie, na czym polega tajemnica, ktrej tak obawiaB si Otto Diehl. CzBowiek
traktujcy innych ludzi jak obiekty do[wiadczeD.
Nie odpowiedziaBa. W pBmroku pod brezentowym dachem dostrzegB bBysk jej spojrzenia.
Przez chwil spogldaBa mu prosto w oczy, a on miaB dziwne uczucie
deja vu.
Wspomnienie
pierwszego przebBysku zrozumienia, uczucia, |e rozwizanie sprawy jest blisko.
I wizaBo si to ze spojrzeniem tej wBa[nie, intrygujcej, rudowBosej kobiety. Z nieuchwytn
nici porozumienia, ktra nawizaBa si midzy nimi.
Zanim sprbowaB ponowi pytanie, poczuB w dBoni chBodny, znajomy ksztaBt.
 Schowaj  rzuciBa Heidi szorstko.  I o nic nie pytaj. Teraz wychodzimy z samochodu i
zachowujemy si normalnie. Tak normalnie, jak tylko potrafisz.
WydawaBo mu si, |e skrzywiBa wargi w u[miechu. Ale nie byB pewien. Gste, ciemne chmury
spowiBy znw niebo, w pBmroku pod brezentowym dachem
Kbelwagena
widziaB tylko jasn
plam jej twarzy. I bBysk zmru|onych oczu.
Nie patrzc, przeBadowaB czterdziestkpitk, trzasnB skrzydeBkiem bezpiecznika. WsunB broD
za pasek starym, konspiracyjnym sposobem.
 On ci kazaB da mi broD?  spytaB jeszcze.
Znw nie odpowiedziaBa, cho przecie| wiedziaBa doskonale, o kogo pyta.
 WyBaz  burknBa tylko i poparBa polecenie mocnym szturchniciem pod |ebro.
*
Znw zaczynaBo pada. Jeszcze nie tak jak rankiem, deszcz sipiB ledwie, ale podmuchy wiatru
ciskaBy w twarz rzadkie, zimne krople. Krauze staB oparty o terenwk, sByszc za sob niewyrazne
przekleDstwa |oBnierza w transporterze. Ktem oka widziaB profil Heidi, jej [cignite w
oczekiwaniu rysy.
Wci| nie wiedziaB, na co czekaj. Ale byB zadowolony, czujc za paskiem znajomy ci|ar
pistoletu.
Nie czekali dBugo. Zbite z ko[lawych desek drzwi chaty mieszczcej punkt dowodzenia
otworzyBy si z rozmachem, a| uderzyBy o futryn. WyszedB z nich Diehl.
Nie ogldajc si, ruszyB przez placyk. Ju| z daleka wida byBo, |e jest w[ciekBy. SzedB, nie
zwa|ajc na kaBu|e i koleiny, rozchlapywaB bBoto. PoBy jego skrzanego pBaszcza powiewaBy na
wietrze. Za nim pod|aB Jeschke. Ten przynajmniej w plamistym kombinezonie Waffen SS
pasowaB do tego miejsca.
Krauze dostrzegB, |e podoficer rozglda si czujnie i niesie swojego szmajsera tylko pozornie
nonszalancko.
Ju| si nie dziwiB. ZaczynaB rozumie. Plan Diehla, jakikolwiek byB, zaczynaB si zaBamywa.
OkazaBo si, |e Otto Diehl nie jest wszechmogcy, a jego papierki i peBnomocnictwa niewiele
znacz na froncie. Niewa|ne, jakie pieczcie i czyje podpisy na nich widniej. PopatrzyB na Heidi i
poczuB fal gorca, kiedy zobaczyB, jak wargi kobiety poruszaj si, jakby klBa bezgBo[nie.
Pod|yB za jej spojrzeniem.
Z chaty wychodzili ludzie  oficer i trzech |oBnierzy. MBody kapitan, ktrego jasne wBosy
rozwiewaB wiatr, miaB [cignit gniewem twarz, co nawet z tej odlegBo[ci dawaBo si dostrzec.
DBoD opieraB na rozpitej ju| kaburze walthera i wbijaB ci|kie spojrzenie w plecy Diehla. Pozostali
bez |enady trzymali peemy w gotowo[ci do strzaBu.
Nie jeste[my tu mile widziani, pomy[laB Krauze z dziwn mieszanin satysfakcji i gniewu.
Jeszcze raz spojrzaB na kobiet, pochwyciB jej wzrok. WydawaBo mu si, |e leciutko pokrciBa
gBow. PostanowiB jej zaufa, sam nie wiedziaB, czemu.
RozluzniB si, odetchnB gBboko, lekko odchyliB poB peleryny, by w ka|dej chwili mc
chwyci kolb pistoletu. Spod oka [ledziB poczynania |oBnierzy, ktrzy pozostali blisko chaty.
Byli zapewne do[wiadczonymi frontowcami, ale stali zbyt blisko, wida pewni siebie,
nieprzygotowani na jakiekolwiek niespodzianki. Machinalnie oceniB odlegBo[, nie byBa zbyt du|a.
Ale i przewaga siBy ognia ogromna.
Diehl stanB przy volkswagenie, nie patrzc nikomu w oczy. Z rozmachem otwart dBoni
huknB w mask, a| zadudniBo. Spod chaBupy dobiegB krtki, urgliwy [miech, ktry zaraz zamilkB
uciszony krtk komend oficera.
Krauze miaB ju| pewno[, |e ten pokaz bezsilnej zBo[ci byB starannie przemy[lany. Tym bardziej
|e Diehl odwrciB si zaraz i zaczB ruga
Rottenfhrera,
ktry stanB na baczno[ i wytrzeszczaB
tylko [lepia niczym pierwszy lepszy rekrut.
GBos esesmana, z pocztku podniesiony, kiedy wykrzykiwaB przekleDstwa, cichB po chwili coraz
bardziej zjadliwy. Kapitan poczuB, jak Heidi bierze go pod rami.
 Uwa|aj teraz  syknBa mu do ucha, zanim sam zd|yB si zorientowa, |e Diehl mwi do
nich wszystkich. Coraz ciszej, by nie dosByszaB nawet kaemista na pBgsienicowym SdKfz.
 Mamy jedyn szans, wszyscy. Ty te|, Krauze, nie mo|emy ju| wrci, spalili[my mosty.
Wic rb to, co my wszyscy, a mo|e prze|yjesz. Zaczyna Jeschke.

Jawohl!
 wrzasnB podoficer. To wci| nale|aBo do przedstawienia.
Do przedstawienia, ktre jak dotd si nie powiodBo, spostrzegB Krauze. {oBnierze ze
stanowiska dowodzenia nie sprawiali wra|enia skBonnych znikn z powrotem w chaBupie. Wida
postanowili si upewni, czy pozbyli si nieproszonych go[ci.
 Terenwk nie dojedziemy  wyja[niB Diehl pBgBosem. OdwrciB si ju| od podoficera,
ktry poczB si krzta przy samochodzie i wycignit nie wiadomo skd, przybrudzon szmat
przecieraB staraD  nie zabBocon szyb, na ktrej wycieraczki zrobiBy dwa czystsze nieco pBkola.
Szmajsera oparB o karoseri, jak spostrzegB Krauze, jak najbli|ej Diehla.
 Ten skurwysyn zawiadomiB ju| posterunki na drodze, maj nas zawrci. A na bezdro|a ten
grat si nie nadaje.
 Co zamierzasz?  spytaB krtko Krauze. Diehl popatrzyB mu uwa|nie w oczy.
 Jedziemy na jednym wzku, kolego  odparB zimno.  Mo|emy prze|y albo wszyscy,
albo |adne z nas. Dlatego, je[li przychodzi ci do Bba co[ gBupiego &
Oczy esesmana zwziBy si ostrzegawczo. Kapitan omal nie parsknB [miechem.
 Daj spokj, kolego  odparB z rwnym chBodem w gBosie.  Nie jestem idiot. I je[li chodzi
ci o to, czy bd w razie czego zabijaB Niemcw &
SkrzywiB si cynicznie.
 CaBa przyjemno[ po mojej stronie, Diehl  dokoDczyB.  CaBa przyjemno[ &
WydawaBo mu si, |e Diehl u[miechnB si drwico. I na przyjemno[ nie musiaB dBugo czeka.
*
Jeschke odrzuciB szmat w bBoto. Popatrujc z ukosa na
Hauptsturmfhrera,
z udawan obaw
poczB grzeba w kieszeniach. WyjB w koDcu pogniecione pudeBko, wycignB z niego zmitego
papierosa. PrzesuwaB si przy tym nieznacznie, jakby chciaB schroni si przed deszczem pod
osBon burty transportera.
Heidi szukaBa czego[ na siedzeniu volkswagena. Z caBej jej sylwetki wida byBo teraz zgrabny
tyBeczek opity mundurowymi spodniami. Diehl staB przy samochodzie i postukiwaB nerwowo
palcami o blach. Cho ten drobny gest byB z daleka zapewne niewidoczny, caBa jego postawa
sprawiaBa wra|enie zniecierpliwienia. Tylko z bliska mo|na byBo zobaczy szybkie, ukradkowe
spojrzenie, jakim zmierzyB odlegBo[ od peemu opartego o karoseri.
Napicie wyraznie opadBo. JasnowBosy kapitan zdjB dBoD z kabury. Jego |oBnierze gapili si na
tyBek Heidi, wymieniajc midzy sob przyciszone uwagi.
Czas, jak zwykle w takich chwilach, zwolniB.
Jeschke macaB si po kieszeniach z coraz wiksz irytacj. Zgnieciony, zgity papieros sterczaB
mu z kcika ust. Wreszcie popatrzyB w gr na zmoknitego |oBnierza przy kaemie.
Ten u[miechnB si niepewnie i rzuciB spojrzenie na swojego dowdc, i nie widzc sprzeciwu,
machnB zapraszajco rk. Nie mgB przecie| opu[ci posterunku.
Gba Jeschkego rozja[niBa si u[miechem. ChwyciB klamr przyspawan do pancerza, postawiB
nog na pokrytych rdzawym nalotem, zabBoconych trakach gsienicy. PodcignB si w gr.
Krauze odwrciB wzrok. WiedziaB, co si za chwil stanie. ByB gotw. SkupiB uwag na
jasnowBosym oficerze.
Zanim jeszcze dobiegBo go gBuche stknicie, zobaczyB, jak oczy Niemca rozszerzaj si ze
zdziwienia i zaskoczenia. Jak siga dBoni do kabury z wykrzywion w zBo[ci twarz.
Machinalnie rejestrowaB szczegBy. WidziaB je ostro, jak zwykle w walce. {oBnierze podrywali
szmajsery.
ZBowiB bBysk wystrzaBw. Sam wyszarpnB pistolet zza paska, opadajc jednocze[nie na prawe
kolano, by stanowi jak najmniejszy cel. Jak go nauczono w o[rodku cichociemnych. Drug rk
podparB broD, zanim jeszcze przyrzdy celownicze najechaBy na jasn plam odlegBej,
wykrzywionej ju| teraz przera|eniem twarzy. I ju| bez udziaBu [wiadomo[ci palec nacisnB spust.
Dziura w czole oficera wci| byBa jeszcze czarna. Nie zd|yBa wypeBni si krwi, kiedy z boku,
zdawaBo si, tu| nad uchem Krauzego, rozszczekaB si empi. Z tyBu dobiegB odgBos pociskw
bbnicych o blach volkswagena. Przeciwnicy otrzsnli si z pierwszego zaskoczenia.
Kapitan padB na ziemi, przetoczyB si po niej. W miejscu, w ktrym le|aB, seria wzbiBa fontanny
bBota. Mam nadziej, mignBa bezsensowna my[l, |e Heidi zd|yBa schowa dup. NacisnB spust,
nie celujc nawet, by cho troch wspomc Diehla, przydusi |oBnierzy ogniem. Kolejna seria
przeoraBa grunt tu| przed nim.
PrzemknBo mu przez gBow, |e to na nic. Nie maj przecie| szans, s odkryci jak na patelni.
Wci| strzelaBy co najmniej dwa szmajsery. OsBaniajcy stanowisko dowodzenia piechurzy byli
do[wiadczeni. Ju| otrzsnli si z szoku, jakim byBa [mier dowdcy. I kiedy my[laB, |e ostatni,
desperacki plan Diehla zawidB, z odgBosem, jakby kto[ rozdzieraB monstrualnie wielk pBacht
pBtna, odezwaB si MG 34.
Jeschke zmitr|yB nieco czasu, prbujc wyrwa komandoski sztylet spomidzy |eber
drgajcego jeszcze kaemisty. OdepchnB wreszcie ciaBo, przylgnB policzkiem do kolby erkaemu.
NacisnB spust.
Pierwsza seria poszBa za wysoko, chlasnBa po [cianie chaBupy, znaczc ciemne belki trdem
ja[niejszych przestrzelin. W powietrzu zawirowaBy drzazgi i odBamki drewna. Ale cho niecelna,
zmusiBa dwch ocalaBych piechurw do przerwania ognia i wcisnBa ich w bBoto.
Nastpn Jeschke wymierzyB ju| lepiej. Opu[ciB nieco luf w perforowanej chBodnicy. Z
morderczej odlegBo[ci kilkudziesiciu metrw wizka pociskw o szybkostrzelno[ci teoretycznej
tysica dwustu strzaBw na minut nie mogBa chybi.
Krauze przymknB oczy i schyliB gBow. W ustach miaB smak bBota i krwi z przygryzionej wargi,
a pod powiekami obraz kotBujcej si ziemi i wirujcych wraz z ni krwawych strzpw.
Erkaem zachBysnB si i umilkB nagle. Cisza dzwoniBa w uszach.
 Szybciej, do wozu!  wrzasnB Diehl, wypluwajc bBoto. PoderwaB si z ziemi.  Heidi, do
kaemu!
Schneller!
StBuczone kolano zapulsowaBo blem. Krauze podnisB si i omitB otoczenie luf pistoletu.
 Jeschke umie tym jezdzi?  wskazaB transporter. Diehl szarpnB go za rami.
 Jeschke umie jezdzi wszystkim  warknB.  Szybciej, my[lisz, |e ich byBo tylko tylu?
Trzymaj Beb ni|ej!
PrzerzuciB broD przez plecy i pobiegB zgity do
Kbelwagena.
Krauze poszedB za jego
przykBadem. Kiedy dopadli burty samochodu, erkaem znw rozszczekaB si seri. Tym razem
krtk i oszczdn. Heidi celowaBa w okna chaty, by tych, ktrzy zostali wewntrz, definitywnie
zniechci do wygldania.
JknB rozrusznik. JazgotaB dBugo, wreszcie silnik SdKfzeta zapaliB, zawyB gBo[no, kiedy
Jeschke brutalnie go przegazowaB. Chmura bBkitnych spalin wystrzeliBa z rur wydechowych i
przesBoniBa na chwil sylwetk rudowBosej kobiety z kolb erkaemu przyci[nit do policzka.
 Bierz!  Diehl wyrwaB z wozu eleganck skrzan walizk i cisnB j Krauzemu pod nogi.
Sam tuliB do piersi okrgBe pudBo, jakby zawieraBo najcenniejszy skarb.
 Zabieramy si std!
Kapitan nie czekaB. PodbiegB do transportera, najpierw przerzuciB walizk przez wysok
pancern burt, po czym sam podcignB si na krawdzi. But ze[lizgnB si z pokrytej bBotem
gsienicy. Krauze na moment zawisB na rkach. PomogBa mu Heidi. OderwaBa si od kaemu i
szarpnBa peleryn. Po chwili spoczB na dnie przedziaBu bojowego, na mokrych, [liskich deskach
usianych mosi|nymi Buskami. Obok, ci|ko dyszc, przypadB Diehl.
 Ruszaj!  wrzasnBa Heidi. Mocniej chwyciBa obrotnic kaemu.
ZgrzytnB zle wysprzglony bieg, silnik ryknB gBo[niej i znw wyrzuciB z rur wydechowych
kBby niebieskawego dymu. Traki gsienic drgnBy. O[miotonowy transporter ruszyB
majestatycznie, zawadziB o volkswagena i odrzuciB go na bok z chrzstem dartych blach niczym
dziecinny samochodzik. Mo|na byBo dosBysze poprzez ryk silnika, jak Jeschke na przemian klnie
i zanosi si radosnym [miechem.
On jest dokBadnie tak pierdolnity, jak si wydaje, pomy[laB Krauze. Nagle poczuB si bardzo
zmczony.
PodnisB oczy i popatrzyB prosto w pobladB, pokryt bBotem i krwi twarz Diehla. Nad ich
gBowami znw rozszczekaB si MG i obaj machinalnie skulili si, by gorce Buski nie posypaBy si
im za koBnierze.
Heidi krtkimi, mierzonymi seriami demolowaBa wz Bczno[ci, wielkiego henschla z blaszan
bud. Samochd osiadB na przestrzelonych gumach. Pociski rozbijaBy szyby szoferki, dziurawiBy
blach. Krauze wychyliB si zza burty w sam por, by zobaczy jak benzyna z przestrzelonego
baku zapala si z gBuchym stkniciem. Jak caBa ci|arwka ginie w kuli pBomieni. I na chwil
przymknB oczy, kiedy wypadBa z nich ludzka sylwetka caBa ogarnita ogniem. Nie sByszaB krzyku,
ryk silnika zagBuszaB wszystko.
OpadB znw na podBog. SpojrzaB w gr, na [cignit, roz[wietlon po|arem twarz rudowBosej
kobiety. Heidi musnBa spust. WystrzeliBa trzy, mo|e cztery pociski. Cios Baski, pojB Krauze.
DostrzegB, |e z kcika zmru|onego oka po policzku spBywa Bza.
A mo|e tylko kropla deszczu.
Transporter wspiB si, przewaliB przez pBytki rw przy drodze. Lufa kaemu uniosBa si w gr.
Nie byBo ju| do czego strzela. Wioska, z ktrej wznosiBa si w gr kolejna kolumna dymu,
zostawaBa w tyle.
Nie rzucaBo ju| tak bardzo, pole byBo rwne, a i Jeschke zwolniB nieco. Krauze ze stkniciem
podcignB si na tward, drewnian Baweczk. PochyliB si i chwyciB Diehla za rami.
 Kurwa, powiesz mi wreszcie, o co chodzi?  spytaB, przekrzykujc warkot silnika i szczk
gsienic.
Esesman unisB gBow. W jego spojrzeniu bBysnBa w[ciekBo[.
 Wszystko przez ciebie, Krauze!  odkrzyknB.  Za dBugo marudziBe[,
Mensch!
I teraz
mamy przesrane!
Krauze miaB do[. PochyliB si, chwyciB Diehla za mundur na piersi, szarpnB z caBej siBy.
 Ale, kurwa, co jest za pzno?!  wrzasnB.  Co przesrane? Gadaj wreszcie albo si
wypchaj!
Diehl zanisB si [miechem, ktry zmieniB si szybko w paroksyzm kaszlu. KrztusiB si dBu|sz
chwil.
 Wszystko  odparB, kiedy ju| mgB znowu mwi.  PrzyszBo[ pierdolonej rasy
ludzkiej &
Kapitan rozwarB palce, Niemiec osunB si znw na podBog wstrzsanego szybk jazd po
bezdro|ach przedziaBu bojowego SdKfzeta. PodparB dBoDmi gBow, ramiona drgaBy mu od
tBumionego, histerycznego chichotu.
Krauze zBowiB ostrzegawcze spojrzenie Heidi. Nie teraz, zdawaBy si mwi oczy rudowBosej
kobiety. WzruszyB bezradnie ramionami.
A kiedy?  pomy[laB. Ale wiedziaB, |e w tej chwili niczego si od Diehla nie dowie.
Kanciaste pudBo transportera zachwiaBo si, przechyliBo. Silnik zawyB gBo[niej, gdy Jeschke
brawurowo wje|d|aB w rozryty gsienicami parw. Znw poprzez haBas dobiegB niski grzmot
artyleryjskiej salwy.
Front byB coraz bli|ej.
*
Deszcz bbniB o brezentow pBacht. Na zgrubieniu szwu nabrzmiewaBa kropla. Coraz wiksza.
PoByskiwaBa w blasku maBej |arweczki w drucianej osBonie, jedynego o[wietlenia przedziaBu
bojowego transportera.
ZwiateBko byBo |Btawe i sBabe. Akumulator wyczerpaB si prawie podczas desperackich prb,
ktre podejmowaB Jeschke, by uruchomi silnik. Ale wszystkie okazaBy si daremne, SdKfzet tkwiB
zaryty mask w gBbokim parowie.
I tak mieli[my szcz[cie, pomy[laB po raz ktry[ Krauze. Nie wszyscy, przyszBa refleksja, kiedy
z drewnianej Baweczki pod burt transportera dobiegB cichy jk i bolesne stknicie.
OdchyliB si do tyBu, oparB gBow o zimn, pancern pByt. Mieli[my szcz[cie, powtrzyB w
my[li. Ten parw, ktry okazaB si puBapk, byB te| wybawieniem. PrzymknB oczy.
UjrzaB znw sylwetk T 34 przypominajc szar|ujcego sBonia, z wycignit naprzd luf
osiemdziesiciopiciomilimetrowego dziaBa niczym dBug trb. Stukot odBamkw po pancerzu,
kiedy ciemne krzaki wybuchw wykwitaBy coraz bli|ej, a Jeschke rzucaB maszyn w oszalaBych
skrtach. Gsienice darBy traw, wyrywaBy fontanny darni, transporter koBysaB si, lecz do
zbawczej linii lasu byBo jeszcze daleko. Krauze zapamitaB oderwane obrazy  [cignit twarz
Heidi przytrzymujcej bezwBadn gBow Diehla, jego przymknite powieki, spod ktrych bByskaBy
biaBka. Nieobsadzony kaem na obrotnicy  luf koByszc si w takt podskokw transportera i
luzn ta[m amunicyjn hu[tajc si i tBukc o blachy. I neandertalsk czaszk pozbawion
|uchwy, przetaczajc si po podBodze niczym w upiornym taDcu szkieletw.
Kropla deszczu oderwaBa si wreszcie od brezentu. Pod przeciekajcym szwem plandeki
formowaBa si kolejna.
SBycha byBo tylko jednostajny szum deszczu. OdgBosy walk ucichBy ju| dawno. Pancerna
szpica Sowietw przetoczyBa si dalej. Heidi miaBa racj, pomy[laB Krauze. To jeszcze nie
ofensywa, zaledwie rozpoznanie bojem. SkrzywiB si. ZastanawiaB si, na ile uBatwili Rosjanom
zadanie, niszczc jeden z punktw dowodzenia na zapleczu frontu.
ByB [wiadom, |e niedBugo front znw si ustabilizuje, w wyBom [cign nowe siBy Wehrmachtu
i wszystko znw zamrze w oczekiwaniu na kolejn ofensyw. Trzeba std zwiewa, pomy[laB, i tak
mamy przerbane u wszystkich. Je[li bdziemy zbyt dBugo czeka, zaBatwi nas jedni lub drudzy.
Bez r|nicy.
ZaklB pod nosem. Niczego si nie dowiedziaB. Nie zrozumiaB. Tajemnica pozostaBa tajemnic.
Hauptsturmfhrer
Otto Diehl miaB j niebawem zabra ze sob do grobu. Roze[miaB si mimo
woli. ByBa w tym wszystkim jaka[ cholerna, ironiczna sprawiedliwo[. I potwierdzenie obaw. W
koDcu ginB z rki swoich. Tak gBupio &
Krauze bezwiednie pokrciB gBow. ZaczynaB godzi si ju| z my[l, |e nie zrozumie do koDca,
w imi czego Diehl ryzykowaB tak wiele, a| w koDcu zaryzykowaB o jeden raz za du|o. I wszystko
nagle straciBo sens. Co gorsza, sam straciB mo|liwo[ powrotu. ZostaBa tylko czaszka.
Niewiarygodna jako odkrycie naukowe, ale bez znaczenia w obliczu wojny. I zdrady, bo te|
wszyscy poczytywa go bd za zdrajc.
SByszaB oddech Diehla, pBytki i przyspieszony. Paskudna rzecz taki postrzaB w brzuch, pomy[laB,
spogldajc na bezwBadn posta rozcignit na drewnianej, wskiej Baweczce pod przeciwlegB
burt transportera.
Polowy opatrunek przesikB krwi, prawie czarn w m|cym [wietle maBej |arwki. Ale i tak
nie miaBo to znaczenia, to wewntrzny krwotok zabijaB. Twarz Niemca byBa blada, pod
zamknitymi oczyma kBadBy si ju| sine cienie [mierci.
Mo|e jest w tym jaka[ pieprzona sprawiedliwo[, pomy[laB po raz kolejny Krauze. Mo|e musi
zapBaci za ka|d [mier, ktr sam zadaB. On wBasnorcznie, i nie tylko wBasnorcznie, w imi
swojej obBdnej idei.
Zreszt, ju| zapBaciB. Chyba najbardziej bezsensownie, jak tylko mgB.
PrzymknB oczy, oparB gBow o zimny pancerz. PrbowaB jeszcze raz zanalizowa, zrozumie,
co si wBa[ciwie staBo. Bezsens, pomy[laB, gBupi przypadek. Ale musiaBo si tak skoDczy, bo Diehl
sam si prosiB o [mier.
*
Gsienice [lizgaBy si jeszcze chwil w rozmikBej ziemi, ryBy gBbokie koleiny. Transporter
prawie obrciBo bokiem, zanim si zatrzymaB. Jeschke prowadziB z i[cie kawaleryjsk fantazj.
Diehl poderwaB si z miejsca. Ledwie pojazd znieruchomiaB, stanB wyprostowany, nie baczc
na trzask serii idcych gr nad pBoncymi zabudowaniami.
Nie prbowaB si kry. SpogldaB tylko przed siebie. Na zapadnitej, postarzaBej nagle twarzy
kBadBy si odbByski po|aru. Co[ zabBysBo nagle w kcikach oczu. Krauze pojB, |e to Bzy
w[ciekBo[ci. Ostatecznego zawodu.
 Dalej si nie przebijemy  powiedziaB Diehl gBucho. Jego sBowa daBo si sBysze nawet
przez trzask i huk ognia, postukiwanie wystrzaBw i rwny warkot silnika na jaBowym biegu.
 Nie przebijemy si!  wrzasnB ponownie i uderzyB otwart dBoni w blach, a| zadudniBo w
ciasnym wntrzu transportera.  Jeschke, cofnij si &
UsiadB znw pod odsBon pancerza. ZgrzytnB bieg, wz drgnB, gsienice buksowaBy chwil,
zanim odzyskaBy przyczepno[. SdKfz przetoczyB si przez niewielkie wzniesienie, mia|d|c
szcztki jakiego[ pojazdu, chyba lekkiej przyczepki amunicyjnej.
Pod osBon ocalaBych jeszcze budynkw byBo spokojniej. Nawet zbBkane kule przestaBy
dzwicze od czasu do czasu po burtach. Krauze wyjrzaB ostro|nie przez osBonity pancernym
szkBem wizjer. Obok transportera przebiegaBa grupka piechurw. WidziaB tylko ciemne,
niewyrazne sylwetki w migotliwym blasku po|arw. Kiedy dostrzegB niesione przez |oBnierzy
maczugi pancerfaustw zrozumiaB, |e zaraz mog si spodziewa sowieckich czoBgw.
 Diehl &  SzarpnB esesmana za rami. Ten spogldaB na niego przez chwil
nieprzytomnym wzrokiem.
 Trzeba std spieprza!  Krauze potrzsnB Niemcem. MiaB wra|enie, |e przemawia do
kukBy, krawieckiego manekina z zastygBym na obliczu wyrazem tpej rezygnacji.
 Zaraz tdy pjdzie natarcie. A my jeste[my znakomitym celem w tym pudle &
RozejrzaB si bezradnie, widzc, |e Diehl nie reaguje.
 Heidi, kurwa ma!  wrzasnB.  Jeschke!
Powoli, bardzo powoli wargi Diehla rozcignBy si w u[miechu. BBysnBy zby. Esesman
chwyciB Krauzego za przegub, zacisnB palce.
 Spieprza?  spytaB cicho, ledwie dosByszalnym gBosem.  Nie ma dokd spieprza. Ani
dokd wraca.
Gdzie[ niedaleko eksplodowaB pocisk z granatnika. OdBamki posypaBy si po pancerzu niczym
grad. Wszyscy bezwiednie wtulili gBowy w ramiona, Jeschke nasunB gBbiej na oczy swj okryty
plamistym pokrowcem heBm. Tylko Diehl pozostaB wyprostowany, wpatrzony w przestrzeD, jakby
to, co dziaBo si dokoBa, jego nie dotyczyBo. GrzebaB w skrzanej aktwce.
 Popatrz!  syknB, podsuwajc Krauzemu pod nos poByskujce w mdBym [wietle odbitki. 
Ju| jest za pzno, by wraca &
Rwn seri rozszczekaB si erkaem. Nad odkrytym przedziaBem bojowym na tle ciemnego
nieba pomknBy smugowe pociski. Blisko, pomy[laB Krauze. I za wolno jak na MG. To
diegtiariew.
OdtrciB rk Niemca, kartoniki posypaBy si na podBog. W nagBym rozbBysku bliskiej eksplozji
wydawaBo mu si, |e rozpoznaje, kogo przedstawia zdjcie. Ale zaraz zapadBa znw ciemno[
rozja[niana tylko odbiciem po|aru.
Heidi poderwaBa si ze swego miejsca.
 Otto &  krzyknBa. MusiaBa podnie[ gBos, strzelanina byBa coraz gstsza i bli|sza. Krauze
nie wiedziaB, czy to wyobraznia pBata mu figle, ale przysigBby, |e sByszy ju| niski ryk czoBgowego
diesla.
Okrzyk rudowBosej kobiety wyrwaB Diehla z bezwBadu. Esesman poderwaB si, signB do
kabury. WyszarpnB walthera, przeBadowaB.
 Otto!  W gBosie Heidi nie byBo zaskoczenia. ByBa tylko pro[ba. Kobieta drgnBa, jakby
chciaBa przypa[ do esesmana, ktry cofaB si w kierunku tylnej rampy transportera. I
znieruchomiaBa, kiedy ten wycelowaB prosto w ni.
 Nie prbuj!  wrzasnB Diehl.  Jeszcze jest szansa. Dadz mi piechurw, przebijemy si.
Byle osBonili nas na pocztku, to niedaleko &
 To ju| za frontem.  W gBosie Heidi dr|aBo napicie.  Nic tam nie ma, Ottonie, przepadBo.
Zginiesz.
Diehl pokrciB gBow. Oczy bByszczaBy mu gorczkowo.
 Zginiemy, chciaBa[ powiedzie.  Za[miaB si chrapliwie.  Ale jeszcze jest szansa. W
koDcu jestem pewnie najstarszy stopniem w tej zasranej dziurze! Nie odmawia si oficerowi SS!
OdwrciB si i chciaB zeskoczy na ziemi. W ostatniej chwili po[lizgnB si i wycignB rk, by
chwyci krawdz wBazu. Walther wypadB mu z dBoni, odbiB si od krawdzi podBogi i zniknB w
ciemno[ci. Cho odbezpieczony, nie wypaliB.
Diehl z trudem zBapaB rwnowag. ZawahaB si, po czym zeskoczyB.
Strzelanina przygasBa na moment. Krauze zrobiB ruch, jakby chciaB rzuci si za Diehlem w
mrok. PowstrzymaB go twardy u[cisk Heidi.
 Zostaw, Jerzy  powiedziaBa cicho, zbli|ajc twarz do jego ucha, a| poczuB delikatny
powiew jej oddechu.  Tak wida musi by. On ju| przegraB.
WydawaBo mu si, |e sByszy w jej gBosie |al.
*
Flara wystrzeliBa z rakietnicy z odgBosem otwieranej butelki szampana. Magnezjowy Badunek
zapBonB pod maleDkim spadochronikiem i koBysaB si, zalewajc okolic ostrym, widmowym
blaskiem.
Groteskowy, wydBu|ony cieD kBadB si za Diehlem idcym przez zorane gsienicami i oponami
pole. DrgaB i zaBamywaB si na nierwno[ciach niczym |ywe stworzenie. Garstka piechurw
stBoczona w pBytkiej, naprdce wykopanej transzei patrzyBa z niedowierzaniem, jak esesman idzie
wyprostowany, nie baczc na pociski, ktre raz po raz przeszywaBy powietrze, uderzaBy z tpym
pacniciem w glin lub z trzaskiem wgryzaBy si w belki ocalaBych jeszcze zabudowaD.
Krauze przestaB si ju| kry za pancern burt transportera. PatrzyB zafascynowany. Obok siebie
sByszaB szybki oddech Heidi i nerwowe posapywanie Jeschkego, ktry opu[ciB swoje miejsce za
kierownic.
Kto[ poderwaB si z okopu, wybiegB przygarbiony naprzeciw Diehla. ZatrzymaB si tu| przed
nim.
Nie byBo sBycha |adnych sBw. Krauze zacisnB palce na krawdzi pancernej blachy.
Magnezja ju| si dopalaBa, maBy spadochronik opadaB coraz ni|ej, cienie stawaBy si coraz
dBu|sze. Zd|yli jeszcze zobaczy, jak Diehl cofa si o krok, maca dBoni u pasa machinalnym,
odruchowym gestem.
 Otto, nie!  Krauze wiedziaB ju|, co si za chwil stanie. Zd|yB si jeszcze zdziwi, kiedy
dotarBo do niego, |e pierwszy raz nazwaB Niemca po imieniu.
Flara zgasBa. Gst, nieprzeniknion dla nieprzywykBych oczu ciemno[ rozdarB jaskrawy bBysk
pistoletowego wystrzaBu.
*
 Szybciej!
Jeschke docisnB gaz, transporter zakoBysaB si na nierwno[ciach. Gnali w ciemno[ po zrytym
pociskami polu. GBowa Diehla przetaczaBa si bezwBadnie, z kcika ust sczyBa si ciemna stru|ka
krwi, spBywaBa po policzku. Na mundurowej bluzie rosBa ciemna plama.
 Ju| po wszystkim  stknB esesman.  Trzeba mnie byBo tam zostawi.
 Nic nie mw!  syknBa Heidi.  A ty go trzymaj. Krauze skinB gBow. PatrzyB, jak kobieta
rozcina mundur, zrcznie mimo wstrzsw i podskokw gnajcego transportera. Jak przykBada
tampon osobistego opatrunku, dociska banda|em. I miaB [wiadomo[, |e to wszystko na nic.
PostrzaB w brzuch. Zapewne pocisk zatrzymaB si w krgosBupie, bo Diehl miaB bezwBadne nogi,
cignBy si za nim niczym za przejechanym kocurem.
 Ja &  Esesman znw stknB z wysiBku, przygryzB wargi.  Ja musz & Jerzy &
WydawaBo si, |e chce wskaza wzrokiem co[ na podBodze. Jego ciaBo zadrgaBo z blu i
wysiBku, opadBo bezwBadnie.
 Jerzy &  GBos zaBamywaB si, stawaB beBkotliwy i niewyrazny. 
Du Arschloch &
Za
pzno, wszystko &
Ju| nie sBycha byBo gniewu, tylko rezygnacj. I co[ jakby kpin.
 Za dBugo &  SBowa przeszBy w gBbokie westchnienie. Twarz Diehla zadrgaBa w
paroksyzmie blu. Chwil trwaBo, zanim mgB mwi dalej. O dziwo, Heidi ju| nie protestowaBa.
Przeciwnie, wygldaBa, jakby czekaBa na co[ z napiciem.
 MiaBe[, Jerzy, wszystko na wycignicie rki &  Powieki esesmana drgnBy, skrzywienie
warg tym razem byBo bolesne. To drwina, zrozumiaB Krauze.
 MiaBe[ wszystko & Ale to ja zrozumiaBem, ja poskBadaBem wszystko do kupy. Rozumiesz
ju|?
 Tak, Otto  Krauze odwrciB wzrok.  To ty miaBe[ racj. Ju| rozumiem.
DiabBa tam rozumiem, przemknBo mu przez gBow. Ale co mam mu powiedzie? ZacisnB
bezwiednie palce na ramionach Diehla. Ten nawet nie poczuB, jak wpijaj si w ciaBo.
Krauze miaB [wiadomo[, |e ci|ko ranny czBowiek jest morderc. {e je[li istnieje
sprawiedliwo[, powinien tak umiera setki razy. Jednak nie mgB pozby si wspBczucia. Jaka[
pierdolona zawodowa solidarno[, my[laB bezradnie. Wci| widziaB w Niemcu antropologa. I nie
mgB zapomnie pasji, ktra bByszczaBa w jego oczach, kiedy mwiB o wymarBych dawno ludzkich
rasach.
WstrzsnB si. Wcale nie tak dawno, jak si okazuje.
Transporterem nie rzucaBo teraz tak mocno. Wida Jeschke opanowaB si ju|, prowadziB
ostro|niej. OdgBosy potyczki oddalaBy si i cichBy, przez ryk silnika dobiegaBy ju| tylko co
gBo[niejsze armatnie salwy.
 Za pzno  westchnB Diehl. Krauze bardziej odgadB sBowa z ruchu warg, ni| usByszaB. 
Nie zd|yli[my.
Esesman otworzyB szeroko oczy pociemniaBe od blu. OdwrciB gBow z wysiBkiem, wpiB
spojrzenie w twarz Krauzego. Ten zrozumiaB i pochyliB si nad rannym.
 ByBe[ mi potrzebny &  wionB mu do ucha zduszony szept; Diehl traciB siBy. SzeptaB coraz
wolniej, coraz dBu|sze byBy pauzy midzy sBowami, wypeBnione ci|kim oddechem.  MiaBe[ &
Da [wiadectwo & Tobie by uwierzyli &
PrzymknB powieki.
 Nie zd|yli[my & Oni zniszczyli dowd, jedyny & GBowa opadBa mu na piersi. Krauze
poczuB, jak ciaBo Niemca wiotczeje w jego u[cisku. PotrzsnB nim, nie my[lc, co robi. UsByszaB,
jak Heidi odetchnBa gBo[no. Nie zwrciB na to uwagi.
 Jaki dowd?  syknB wprost do ucha Diehla, umazanego zasychajcym bBotem.  Jaki,
kurwa, dowd?
Esesman uczyniB ostatni wysiBek.
 {ywy &  wyszeptaB.  Za pzno & Zastrzelili & ZwisB bezwBadnie w ramionach
Krauzego. Krauze poczuB na sobie wzrok Heidi. PopatrzyB w brzowe, gBboko osadzone oczy
kobiety.
 To koniec  stwierdziBa gBucho.
Ze zdziwieniem dostrzegB na jej twarzy ulg.
*
Diehl odetchnB gBbiej, jknB cicho. Ale blade, jakby przezroczyste powieki nawet nie
drgnBy. Heidi dotknBa czoBa umierajcego, pokrciBa gBow.
 Kim ty wBa[ciwie jeste[?  spytaB Krauze, niespodziewanie dla samego siebie.  Mo|e
teraz wreszcie powiesz?
RudowBosa milczaBa przez chwil. Opu[ciBa wzrok.
 Jego asystentk  odparBa wreszcie wymijajco.  Przecie| nas przedstawiono, nie
pamitasz?
Roze[miaB si tylko, a| Jeschke, ktry dotd siedziaB oparty o pancerz, z przymknitymi
oczyma, jakby nic ju| go nie obchodziBo, uchyliB powieki. Podoficera opu[ciBa caBa energia. CaBa
niespo|yta, zdawaBoby si, siBa i okrucieDstwo. PrzywodziB na my[l wiernego psa, ktry pogodziB
si ju| ze strat swego pana i czeka tylko na nieuniknione, spogldajc od czasu do czasu
wilgotnym wzrokiem. Kiedy ju| bdzie po wszystkim, najwy|ej zawyje, przemknBo Krauzemu
przez gBow. Wierny pies.
Der treue Hund &
Za[miaB si jeszcze raz i nagle urwaB. Wszystko zaczBo si ukBada. Zdjcie. ZobaczyB je w
przebBysku ol[nienia. A raczej tego, kogo przedstawiaBo.
 KBamiesz  powiedziaB powoli.  Uwa|asz, |e z jego [mierci co[ si skoDczy. Ale nie
grasz po jego stronie, prawda?
SByszaB sBowa, jakby wypowiadaB je kto[ obcy. To byBo ol[nienie. KawaBki ukBadanki wpadaBy
na swoje miejsca. Nieznacznie odchyliB poB kurtki, by w ka|dej chwili mc sign do pistoletu
zatknitego za paskiem. PopatrzyB z ukosa na podoficera, ktry znw przymknB oczy i czekaB. A
ty, Jeschke, po czyjej jeste[ stronie?
GBupie pytanie. PamitaB rozpacz w jego oczach. I w[ciekBo[.
 Nie dopilnowaBe[, Jeschke  skrzywiB si.  Marny z ciebie piesek, zdajesz sobie z tego
spraw. MaBo czujny. Ciekawe, co zrobisz teraz?
Heidi nie zareagowaBa. OtarBa delikatnie czoBo Diehla. WydawaBo si, |e powieki
Hauptsturmfhrera
drgnBy.
 Odpowiedz.  Krauze podnisB si. Jego dBoD powdrowaBa nieznacznie w pobli|e kolby
pistoletu.
NachyliB si nad le|cym, nieprzytomnym Diehlem. ChwyciB za koBnierz mundurowej kurtki,
potrzsnB. GBowa Niemca uniosBa si, stuknBa o deski, gdy pu[ciB.

Du verfluchter &
 przekleDstwo Jeschkego zabrzmiaBo jak warkot zrywajcego si do
ataku, w[ciekBego psa.
Rottenfhrer
wycignB wielkie Bapska gotw udusi Krauzego goBymi
rkoma. I zamarB, zajrzawszy w czarny otwr lufy colta. TrzasnB bezpiecznik.
 ZostaD tam, gdzie jeste[  ostrzegB Krauze chBodno.  Nie zrobi mu krzywdy.
Rce podoficera opadBy bezwBadnie. ZdawaB sobie spraw, |e nie ma szans. Tylko jego oczy
bByskaBy krwaw w[ciekBo[ci.
 Heidi!  rzuciB ostro Krauze. Kobieta poderwaBa gBow.  Daj mu co[, doprowadz do
przytomno[ci. Przecie| si na tym znasz, cho na chwil.
Nawet nie drgnBa. SpogldaBa chBodno i beznamitnie.
 On i tak umrze, dobrze o tym wiesz. Ale ja musz &
PrzerwaBa mu, skrzywiBa si ironicznie.
 Nic nie musisz, Krauze  wycedziBa.  A on niczego ju| nie powie, on umiera. Nie ma
takiej siBy, ktra przywrciBaby mu przytomno[. I &
ZawiesiBa gBos na moment, uciekBa spojrzeniem.
 Mw  przynagliB j.  Gadaj, bo &
 Bo co?  wpadBa mu w sBowo.  Nic ju| nie jest wa|ne, Krauze. SkoDczyBo si. Na
szcz[cie.
PoczuB, |e nerwy mu puszczaj. Czerwona mgieBka przesBoniBa oczy.
 Mo|e, kurwa, dla ciebie!  syknB.  Ale nie dla mnie!
U[miechnBa si tylko, co wprawiBo go w jeszcze wiksz w[ciekBo[. Jeschke byB czujny,
zwszyB okazj. Spr|yB si, czekaB na najmniejszy bBd.
 Jeste[ ciekaw?  spytaBa Heidi powoli.  Jak on?  Ruchem brody wskazaBa Diehla.
Za[miaBa si cicho.
 To uwa|aj  dodaBa.  Mo|esz skoDczy jak on. Nagle poczuB, jak zBo[ ustpuje. ZastpiB
j lodowaty spokj. I pustka.
 Tak?  spytaB powoli.  To uwa|aj &
OdwrciB si do Jeschkego. PopatrzyB w jego przekrwione, nabiegBe rozpacz oczy. I spokojnie
[cignB spust.
StrzaB zabrzmiaB ogBuszajco w zamknitej przestrzeni. Pocisk zrykoszetowaB z brzkiem o
pancerz, jeszcze niezdeformowany, cho znisB po drodze caBy wierzch gBowy
Rottenfhrera.
Fontanna krwi i mzgu zmieszana z odBamkami ko[ci chlusnBa na burt transportera.
Jeszcze dzwoniBo im w uszach, jeszcze palce Jeschkego nie przestaBy drga, kiedy Heidi spytaBa
spokojnie:
 Teraz moja kolej? Jeste[ gBupi, w ten sposb niczego si nie dowiesz.
ZaprzeczyB ruchem gBowy. To bez sensu, pomy[laB. Jestem &
 Jeste[ taki sam jak on  za[miaBa si kobieta.  Ale dobrze, powiem ci.  GBos jej
stwardniaB.  A potem &
Krauze odBo|yB pistolet. ZobaczyB, |e Diehl otworzyB oczy i spoglda pBprzytomnie. Wargi
esesmana drgnBy.
Oboje jak na komend zbli|yli si do niego i pochylili.

Der Totenkopf &
 Szept byB cichy, chrapliwy. 
Gib mir &
Heidi pogBadziBa rozpalone czoBo. Krauze pochyliB si, signB po neandertalsk czaszk,
poBo|yB j na piersi Diehla. PatrzyB, jak palce Niemca gBadz delikatnie ko[, przesuwaj si po
wydatnych Bukach nadoczodoBowych. WydawaBo mu si, |e w oczach esesmana dostrzega pro[b,
mo|e nawet rozkaz. PochyliB si. Ale usByszaB tylko ostatnie, gBbokie westchnienie.
Deszcz bbniB w brezentowy dach transportera. I sBycha byBo ju| tylko oddechy Krauzego i
Heidi.
 Co potem?  spytaB Krauze wreszcie. Nie widziaB twarzy kobiety. SpogldaB w podBog. Ale
byB pewien, |e si u[miecha swoim kpicym u[miechem.
 Potem zdecyduj, co z tob zrobi, Jerzy  odparBa po dBu|szej chwili.
*
Prawie nie widziaB jej w ciemno[ci. MaBa |arweczka ledwie ju| m|yBa. Wida byBo |arzcy si,
cieniutki drucik. Akumulator byB na wyczerpaniu.
Heidi objBa ramionami kolana i skuliBa si na Bawce. WBosy zakrywaBy nawet ja[niejsz plam
jej twarzy.
 Co chcesz wiedzie?  spytaBa. SkrzywiB si.
 Prawd.
 Ktr? Jego prawd? T, w ktr uwierzyB i dla ktrej zginB? Czy moj? A mo|e jeszcze
inn?
WzruszyB bezradnie ramionami.
 A ktra jest prawdziwa?  W gBosie Krauzego zabrzmiaBa gorycz.
Jej ramiona zadrgaBy w tBumionej wesoBo[ci.
 {adna  odparBa.  I ka|da. Ta, w ktr zechcesz uwierzy.
OdwrciBa si do niego i odrzuciBa wBosy z twarzy.
 Ta, w ktr potrafisz uwierzy.
MilczaB. Nie wiedziaB, co odpowiedzie. BawiB si swoim coltem. ObracaB w dBoni znajomy
ksztaBt. Ci|ar broni budziB pokus. Kilka zamknitych w nim jedenastomilimetrowych [mierci
wabiBo ostatecznym spokojem.
PoBo|yBa mu sw ciepB dBoD na nadgarstku.
 Nie my[l o tym  powiedziaBa cicho.  To nie jest rozwizanie &
{achnB si.
 A skd mo|esz wiedzie, o czym my[l? A nawet, je[li wiesz & To jakie mam szans?
SpaliBem mosty, jak on &
WskazaB w ciemno[ na sztywniejce na Bawce ciaBo Ottona Diehla.
 Ja du|o wiem  szepnBa spokojnie dziewczyna.  Zacznij si przyzwyczaja do tej my[li.
Bdzie ci Batwiej.
WyjBa mu z dBoni pistolet. Nie broniB si przed tym.
 Najpierw jego prawda. Jest najprostsza, mo|emy od niej zacz. NajBatwiej w ni uwierzy.
I najBatwiej z jej powodu zgin.
OparB si o pancerz. Przez mundur czuB chBd metalu. SBuchaB cicho wypowiadanych sBw,
spokojnej relacji o straszliwych uczynkach i obBdnych rojeniach. I czasem miaB wra|enie, |e
Heidi mwi o nim samym. O obsesji, ktrej gotw byB po[wici tak wiele.
 Jeste[ lepszy od Diehla. Bardziej do[wiadczony. I on o tym wiedziaB, dlatego ci wybraB.
Kiedy wydawaBo mu si, |e odkryB tajemnic. MusiaB poskromi swoje ambicje, uzna twoj
wy|szo[. I w koDcu ocaliB ci |ycie.
W gBosie Heidi zabrzmiaBa ironia.
To prawda, my[laB Krauze wpatrzony w ciemno[. Winien mu jestem |ycie. A przynajmniej te
kilka tygodni.
Otto Diehl. Przecitny antropolog, bez osigni. MiaB tylko ambicje, wielkie i nieposkromione.
ObBkaDcze idee rasowe staBy si jego jedyn szans. Wojna za[ okazj do wcielania ich w |ycie. I
caBkiem przypadkiem stanB na progu odkrycia.
 SzukaB potwierdzenia dla teorii. O ni|szo[ci SBowian i {ydw.  Heidi mwiBa cicho,
beznamitnie.  Z miernego naukowca staB si morderc. PiB si w gr, byB czBonkiem
Ahnenerbe
i szczerze wierzyB w te wszystkie bzdury. {e istniej inne rasy, gorsze,
prymitywniejsze. Bzdura, powiadasz?
Roze[miaBa si gBo[no.
 Do czasu. W koDcu znalazB. Dowd masz tu, niedaleko, spoczywa na jego piersi.
Homo
neanderthalensis
jak |ywy, nie znalezisko sprzed tysicy, a nawet setek lat. Jak ta twoja czaszka,
ktrej po[wiciBe[ pB |ycia i reputacj. Jednak nie bzdury, prawda, przyznaj? Te| uznaBe[, |e oto
nadszedB czas, |e ci, ktrzy ci wy[miewali, przyznaj ci racj?
Nie odpowiedziaB. ZacisnB tylko pi[ci.
 Nie pamitaBe[ wtedy, |e to nie wykopalisko? {e t istot trzeba byBo zabi, by zrobi z niej
preparat? To przecie| tylko czaszka &
Der Totenkopf &
 PrzestaD  poprosiB cicho. PotrzsnBa gBow.
 Nie jeste[ lepszy od niego  stwierdziBa zimno.  W niczym.
 Nie jestem  odpowiedziaB.
Chwil trwaBa cisza. Heidi parsknBa z odraz.
 Niewa|ne  mruknBa.  Obaj ju| zapBacili[cie. Albo zapBacicie. I &
ZawahaBa si na chwil.
 Twoje przewiny s mniejsze  dodaBa cicho. I co z tego?  chciaB spyta. Ale nie spytaB.
 Niewa|ne  powtrzyBa.  Wracajmy do rzeczy. Ot| Diehl uznaB, |e dokonaB odkrycia
wszech czasw. Gorsze, prymitywniejsze rasy istniej. Niemcy maj racj, trzeba uwolni [wiat od
zarazy. I wreszcie uzyskali naukowe potwierdzenie, pierdolone moralne prawo. Jak si domy[lasz,
byB peBen rado[ci i wiary. Oto wreszcie bdzie kim[. I wielce si rozczarowaB, biedak.
Krauze domy[laB si tego.
 ZostaB wy[miany?  spytaB. PrzypomniaBy mu si jego wBasne do[wiadczenia.
 Owszem.  Heidi za[miaBa si zgrzytliwie.  Bo jego odkrycie byBo za dobre, a gorsza rasa
za prymitywna. On nie znalazB wzorcowego {yda ani SBowianina. ZnalazB cholernego
neandertalczyka. Co[ absolutnie niewiarygodnego. Albo wybryk natury, jak uznali szanowni
profesorowie z
Ahnenerbe.
Antropologowie jak z kozich dup trby. Zwykli niedouczeni
doktrynerzy.
ParsknBa pogardliwie.
Ale Diehl nie byB niedouczony, pomy[laB Krauze. Nie byB a| tak za[lepiony. ZaczB szpera,
gromadzi informacje. A potrafiB kojarzy. I staB si niewygodny.
 Masz racj  powiedziaBa Heidi. Krauze zdziwiB si. Czy|bym mwiB na gBos, pomy[laB.
Niewa|ne.
 DoszukaB si StoByhwy. I znalazB ciebie. Tak, skorzystaB ze znajomo[ci w Generalnym
Gubernatorstwie. Wasza organizacja jest niezle spenetrowana. A poza tym & Widzisz, on umiaB
kojarzy. Ale miaB tendencje do teorii spiskowych &
Przed oczyma Krauzego stanBo znw zdjcie. WidziaB je przez moment zaledwie, ale utrwaliBo
si w pamici ostro, mgB je w ka|dej chwili przywoBa, jakby miaB je przed sob.
Der treue
Heinrich. SS Reichsfhrer
Heinrich Himmler. OkrgBa twarz z cofnit brdk, szkieBka
okrgBych okularw. I naniesione na zdjcie linie pomiarw antropometrycznych.
 Przecie| to, kurwa, jaka[ bzdura  szepnB z rezygnacj.  Idiotyzm.
DostrzegB w ciemno[ci, |e Heidi kiwa gBow.
 Owszem, idiotyzm. Ale dla niego logiczny. Przecie| wiesz, |e je[li dogrzebaB si do
StoByhwy, to i do twojej teorii. I wycignB wnioski po swojemu. Bo tak byB uksztaBtowany, byB
produktem epoki. Miejsca, w ktrym przyszedB na [wiat.
Tak uksztaBtowany & Krauze przetarB oczy, piekBy go z niewyspania, a mo|e tylko podra|nione
spalinami i gazem prochowym.
 Zaraz &  zaczB z namysBem.  Jakiej znw, cholera, teorii? O czym ty mwisz?
RudowBosa kobieta przysunBa si bli|ej, oparBa na jego ramieniu. Przez mundurow kurtk czuB
ciepBo jej ciaBa.
 Ty mi powiedz  szepnBa.  To przecie| twoja teoria. No, prawda, nie tylko twoja.
ChciaB si odsun, ale przylgnBa mocno. Jakby zzibnita chciaBa si rozgrza.
Zamy[liB si. WracaB pamici do czasw przed wojn, kiedy mgB by tylko porucznikiem
rezerwy. A przede wszystkim antropologiem. Jak|e [mieszne wydawaBy si teraz wszystkie
wcze[niejsze namitno[ci. Wszelkie pora|ki, nieznaczce, bo przecie| kogo tak naprawd
obchodzi ewolucja hominidw? Zagadka ludzkiego pochodzenia? MinB ju| czas emocji, wielkich
zmagaD darwinistw, kiedy za gBoszenie obrazoburczych teorii mo|na byBo stan nawet przed
sdem. Teraz kBtnie ograniczaBy si do [rodowiska akademickiego. I to byB kiedy[ mj caBy [wiat,
pomy[laB Krauze. Ale kt| przypuszczaB, |e antropologia stanie si narzdziem ludobjstwa? Kt|
w naj[mielszych snach przewidziaBby, |e w jej imi przyjdzie walczy? I zabija.
 Teoria rozwoju linearnego  zaczB powoli Krauze. Nie dziwiB si ju| niczemu. Wida tak
trzeba.  Najpowszechniej uznawana zakBadaBa, |e rozwj gatunku ludzkiego przebiegaB
stopniowo, wcze[niejsze formy przeksztaBcaBy si w coraz doskonalsze, coraz lepsze &
UrwaB i wyjB z kieszeni pogniecion paczk papierosw.
 Neandertalczycy byli naszymi przodkami  mwiB niewyraznie z niezapalonym papierosem
przyklejonym do warg. PoklepywaB si po kieszeniach w poszukiwaniu ognia.  Potem & Potem
po prostu zmienili si w nas. Udoskonalili. Ich cechy, charakterystyczna budowa, rozpBynBy si w
nas &
SzczknBo kBko zapalniczki, benzynowy pBomyk wydobyB na chwil z mroku twarz
dziewczyny. BByszczce oczy.
 Ale to nieprawda.  Krauze zacignB si gBboko, wydmuchnB dym.  Coraz wicej na to
wskazuje. Nie byli[my kiedy[ sami,
homo neanderthalensis
|yB obok nas. ByB odrbnym
gatunkiem. Zwiadcz o tym znaleziska. Kiedy[, wierz gBboko, ten pogld zwyci|y.
Prze|yli[my, bo mieli[my wicej szcz[cia.
ZamilkB na chwil. ByBo co[ dziwacznego w tej rozmowie. Prowadzonej tonem akademickich
rozwa|aD we wntrzu pBgsienicowego SdKfzeta cuchncego krwi i [mierci.
 Wicej szcz[cia  mruknBa Heidi.  On tak nie uwa|aB. OceniaB wBasn miark. WBasn i
jemu podobnych. Ju| rozumiesz?
RozumiaB. ZacigaB si gBboko. {ar na koDcu coraz krtszego papierosa rozbByskiwaB w
ciemno[ci i o[wietlaB na moment pancerne burty. A rudowBosa kobieta cichym gBosem opowiadaBa
o obsesji Ottona Diehla.
Diehl wierzyB w teori innego gatunku. Nie mgB nie wierzy, przecie| miaB dowody. Te
dawniejsze, kopalne. CaBy dorobek StoByhwy i Krauzego. C| z tego, |e zlekcewa|ony. I wreszcie
wBasny okaz. Tym bardziej niewiarygodny, |e wspBczesny.
MiotaB si, bo nikt nie doceniB znaczenia odkrycia. A wrcz przeciwnie. OkazaBo si
niewygodne.
Mimo to nie rezygnowaB. MiaB warunki, pomy[laB Krauze z gorycz. SkorzystaB z nich, na ile
mgB. Z caBej rzeszy naukowcw , zwykBych hochsztaplerw i nawiedzonych ordownikw
wy|szo[ci rasy aryjskiej. MiaB te| do dyspozycji rozkaz o komisarzach , zalecenie badaD
antropometrycznych schwytanych sowieckich oficerw. WykorzystaB je do wBasnych celw. I
wreszcie osignB cel.
 {ywy egzemplarz, jak to nazywaB.  W gBosie kobiety pojawiBy si twarde nutki.  MiaB
szans na przeprowadzenie ju| nie tylko badaD morfologicznych. Tak|e behawioralnych, mo|e i
wiwisekcji. Ale zaczynaB si ba. WietrzyB wokB siebie spisek. Potworny, przerastajcy wszystko,
co sobie do tej pory wyobra|aB. C|, byB produktem swej epoki. I twrczo rozwinB twoj teori.
Heidi mwiBa dalej w zasadzie ju| niepotrzebnie. Otto Diehl wierzyB, |e neandertalczycy nie
wyginli, my[laB Krauze. Byli eksterminowani, przez nas, przez
homo sapiens.
Tylko nie do koDca.
A najgorsz rzecz, jak mo|na zrobi, to zabi wroga  prawie.
PstryknB niedopaBkiem. {ar zatoczyB Buk w ciemno[ci i zgasB z sykiem w kaBu|y na podBodze,
ktra powstaBa z kropel spadajcych z przeciekajcego brezentu.
Trudno go nie rozumie, koBataBo si Krauzemu w gBowie. Diehl widziaB, co si dzieje, co
czBowiek rozumny  potrafi zrobi innym ludziom rozumnym . Nawet braB w tym udziaB. I
wreszcie uwierzyB, |e kto[ za tym stoi. {e to zemsta prawie zza grobu, |e jest inspirowana, kieruj
ni niedobitki. Doskonale zakamuflowane, podobne do nas zgodnie z ewolucyjn konwergencj.
Obce ludy.
ZagBada caBych narodw, caBych ras. I zrobimy to wBasnymi rkoma. A kto[ inny bdzie si
[miaB ostatni.
 Ty mnie znalazBa[?  spytaB cicho, cho w zasadzie pytanie byBo retoryczne. Heidi,
kimkolwiek byBa, wiedziaBa zbyt wiele.
 Tak  usByszaB zaskoczony. SpodziewaB si, nie wiedzie czemu, |e bdzie zaprzecza. Ale
na zaprzeczanie byBo zbyt pzno.
 ByBe[ potrzebny  cignBa spokojnie.  Jemu, ale nie tylko. Dla niego byBe[
niekwestionowanym autorytetem, wiesz. On jednak byB naukowcem, mimo wszystko. ChciaB
weryfikacji.
Krauze u[miechnB si mimo woli i zaraz spowa|niaB.
 To chyba nie wszystko.
 Owszem  przytaknBa.  ByBe[ & Jeste[ wrogiem. Kim[ z drugiej strony. Zmieszne,
prawda?
Od razu pojB, o co chodzi. SkrzywiB si tylko.
 Zmieszne & Bo to ja my[laBem, |e bd musiaB zdradzi, przej[ na stron nieprzyjaciela.
Tymczasem to on. Bo my[laB, |e stoi po stronie nieprzyjaciB rodzaju ludzkiego. C|, nie myliB si
tak bardzo. I byBem potrzebny nie tylko do weryfikacji. MiaBem by paszportem na tamt stron.
MilczaBa. Nie byBo sensu nawet potwierdza, to byBo oczywiste.
 SpaliB mosty. ZaczB podejrzewa spisek prehominidw. A jego podejrzewali & Pies to
trcaB, o co. WlazB komu[ na odcisk. Pewnie te| wietrz spiski. Nawet wiem, komu wlazB &
PoczuB, jak kiwa gBow.
 Heinrich Himmler. WedBug Diehla zakamuflowany neandertalczyk, ktry osobi[cie kieruje
zagBad.  WyczuB, |e kobieta u[miecha si w ciemno[ci.  Wierzysz w to?  spytaBa nagle.
ParsknB [miechem w odpowiedzi.
 Ale| skd! Wierny Heini ma po prostu tak paskudn mord. A biedny Otto w tym stanie
widziaB strachy za ka|dym wgBem.
Spowa|niaB.
 I nie bez powodu. Wida dobierali mu si do tyBka. A i przy okazji mnie. Ciekawe &
UrwaB na chwil. Przed oczyma stanBa mu znw strzelanina w Lesie Kabackim. Wtedy to on
byB celem.
 Ciekawe  podjB po chwili  co my[leli o mnie? Bo wiedzieli, prawda?
My[laB, |e nie odpowie. Ale pomyliB si.
 Owszem, wiedzieli. Nie daBo si dotrze do ciebie bez wzbudzania podejrzeD. To byBo
wkalkulowane, i tak nie mieli[cie wiele czasu. Nie mieli[my.
 Dlaczego?  spytaB sucho.
OdsunBa si od niego. SiedziaBa sztywno, odwrciwszy gBow, cho przecie| i tak nie mgBby
w ciemno[ci dostrzec jej twarzy.
 Bo nie mogBam dopu[ci, |eby mu si powiodBo. LiczyBam na ciebie, na twj rozsdek, na
wiedz. Tak, znaBam ci wcze[niej i wiedziaBam o tobie du|o.  WyczuB, |e znw u[miecha si w
mroku. MgB sobie nawet wyobrazi ten u[miech. Tylko skrzywienie warg.  Jak o wszystkich,
ktrzy zajmowali si kiedykolwiek tym tematem.
 Ale dlaczego nie mogBa[?  naciskaB.  Przecie|, pomijajc te jego durne spiski, to
odkrycie na miar &
UrwaB. WidziaB ja[niejsz od mroku plam jej twarzy, kiedy si do niego zwrciBa. PoczuB, jak
kBadzie dBoD na jego dBoni.
 Jerzy &  powiedziaBa cicho.  Nie jeste[cie na nie gotowi. Jeszcze nie. A mo|e nigdy nie
bdziecie.
OdtrciB j.
 W co ty grasz, Heidi? Kim w ogle, do cholery, jeste[? To ty miaBa[ dostp do dokumentw,
tam, w Anglii. Intelligence Service?
Bardziej domy[liB si, ni| zobaczyB, |e jej ramiona drgaj od tBumionego [miechu.
 Naprawd si jeszcze nie domy[lasz?
*
 {yjemy w[rd was  mwiBa cicho, wsparBszy gBow na jego ramieniu. Bezwiednie gBadziB
dBoni jej mikkie, rude wBosy.  Od tysicy lat. I jeste[my podobni, ale inni. Obcy.
To nie do wiary, my[laB Krauze, czujc pod opuszkami palcw ciepBo kobiecego policzka.
PrzyBapaB si, |e porwnuje. Stara si uzmysBowi sobie cechy, ktre mogByby j wyr|nia z
tBumu. I nie znajdowaB. Czujc ukBucie wstydu, przesunB dBoD ni|ej, na podbrdek.
Nie odsunBa si, ale poczuB, jak jej policzki si [cigaj.
 Zawsze antropolog?  spytaBa i w jej gBosie zabrzmiaBy weselsze nutki.  Przeprowadzasz
badania?
CofnB dBoD zbyt gwaBtownie. PrzytuliBa si mocniej.
 Daj spokj, to miBe  mruknBa cicho.  Fajny z ciebie facet, Jerzy. Ale jak si domy[lasz,
nic by z tego nie byBo. Mwic naukowo, jednym z kryteriw przynale|no[ci do gatunku jest
zdolno[ krzy|owania si. Nie mo|emy si krzy|owa.
Starsze ludy, pomy[laB, obecne w legendach i w podaniach, zawsze towarzyszyBy ludziom, od
zarania dziejw. Kiedy[ przyjmowane za co[ naturalnego, potem coraz rzadsze, odchodzce w
niebyt. Elfy, gnomy, krasnoludy. Ewolucja hominidw, nie prosta drabinka, ale raczej ogromny
kandelabr.
SkrzywiB si, przypomniawszy sobie, jak prbowaB kiedy[, w beztroskich przedwojennych
czasach, czerpa inspiracj z ba[ni. A nawet z przekazw historycznych. To pseudonauka,
zakrzyknBy autorytety, i na zawsze pozostaBo mu pitno hochsztaplera. Dopiero bezlitosna wojna
pokazaBa, |e miaB racj.
 Tak, Jerzy  powiedziaBa cicho Heidi. Wci| tak nazywaB j w my[lach, cho zapewne imi
jej brzmiaBo inaczej.  {yli[my obok was, podobni, ale odmienni. I |yjemy nawet w czasach,
kiedy
homo sapiens
oszalaB.
 Znasz moje my[li.  To nie byBo pytanie, to byBo stwierdzenie.
PogBadziBa go po dBoni.
 Nie  zaprzeczyBa z wahaniem.  A raczej nie do koDca. Prdzej emocje. Znam ci, poza
tym sporo o tobie wiem.
 Niewa|ne  burknB. I tak czuB si wystarczajco niepewnie, by dalej dr|y t spraw. 
Powiedz lepiej & No wBa[nie, podobni. A przecie| on &
Nie musiaB precyzowa, by wiedziaBa, |e chodzi o czaszk o wyrazistych cechach, jakby
przeniesion wprost z kultury mustierskiej.
 C|, zdarzaj si i tacy  odpowiedziaBa.  Diehl miaB szcz[cie. Nawet on nie mgB si
pomyli.
ZamilkBa.
Krauze siedziaB obok niej, gBadziB j wci| po policzku, po wBosach. CzuB na swojej dBoni ciepBo
jej oddechu. I nie wiedziaB ju|, czy my[li, ktre kBbi mu si w gBowie, s jego wBasnymi. Czy
mo|e rudowBosa, obca kobieta wBa[nie co[ do niego mwi bez sBw.
Kiedy[ odkryjemy prawd, mo|e ju| niedBugo. Poznamy lepiej tych, co |yli obok nas. Bo
przecie| przeszBo[ znamy zaledwie z kilkunastu znalezisk, ze zdeformowanych ko[ci. Wicej w
tym wszystkim naszej interpretacji i naszych |yczeD. Naszych wyobra|eD. Jeszcze przed nami
odkrycie innych ludzkich istot, tak nam bliskich i jednocze[nie odlegBych. Bo nasze drogi rozeszBy
si dawno temu.
Mo|e kiedy[, u[miechnB si Krauze, kto[ odkopie maBego hominida, ktrego nazwie  bo ja
wiem  krasnoludem kopalnym? Niewiarygodne, ale jest w tym jaka[ logika. Je[li jeszcze oka|e
si, |e datowanie siga czasw historycznych &
Ju| wiedziaB, czego obawia si Heidi. Neandertalka, u[wiadomiB sobie z caB ostro[ci. Obca.
Cho wci| potrafiB my[le o niej tylko jako o kobiecie.
 Skoro potrafimy niszczy si nawzajem, to co zrobiliby[my z wami?  powiedziaB powoli.
 Temu chciaBa[ zapobiec?
ZcisnBa go mocno za rk.
 Nie tylko, Jerzy, nie tylko &  szepnBa.  Macie takie powiedzenie: ludzie s r|ni.
PoczuB, jak si odsuwa.
 Masz papierosa?  spytaBa. PodsunB jej otwart paczk. TrafiBa bezbBdnie w ciemno[ci.
Kiedy przypalaB papierosa, widziaB jej bByszczce, wpatrzone w siebie oczy.
 Ludzie s r|ni  powtrzyBa.  I my te|, Krauze. Wierz mi.
PokiwaB gBow.
 Sdzisz, |e rojenia Diehla mog okaza si prawd? {e kto[ z was zem[ci si za zagBad?
 Nie  zaprzeczyBa.  Nie za zagBad, przecie| jej nie byBo. To jedna z teorii, bBdna. Kiedy[
si o tym przekonacie. Przecie| |yjemy.
ZacignBa si gBboko. Ognik papierosa rozjarzyB si, o[wietliB jej twarz. Krauze zobaczyB, |e
Heidi si u[miecha.
 Ale potrafimy nad wami panowa & Przynajmniej nad jednostkami. Hej, co z tob?
PrzestaB sBucha. Nie potrafiB opanowa ataku [miechu. SkrcaB si na Bawce, Bzy ciekBy mu po
policzkach.
Biedny Diehl, u[wiadomiB sobie. Co te| on musiaB prze|ywa. Tajna midzynarodwka
prehominidw, ktra manipuluje histori. To| to lepsze ni| ProtokoBy Mdrcw Syjonu &
UspokajaB si powoli. I spostrzegB, |e Heidi wcale si nie [mieje.
 Nie mogli[my & Nie mogBam do tego dopu[ci  powiedziaBa ostro.
ZrozumiaB, |e mwi caBkiem serio.
 Nie teraz, bo niebezpieczeDstwo jest zbyt realne. Dlatego byBam z wami od chwili, kiedy, na
nieszcz[cie dla siebie, Otto wpadB na trop.
ZdusiBa niedopaBek na drewnianym siedzisku.
 MiaBe[ jedn jedyn szans. Pomyli si.
PokiwaB gBow. WiedziaB ju|, |e jego rol byBo zdezawuowanie Diehla.
 A je[libym si nie pomyliB?  spytaB cicho. MilczaBa chwil.
 Nie ty jeste[ wa|ny, Jerzy. Przykro mi. Nie odpowiedziaB.
 Ale skoDczyBo si lepiej  dodaBa cieplej.  Ju| nie jeste[ potrzebny.
PoderwaB gBow. WpatrzyB si w ciemno[, tam, gdzie domy[laB si jej oczu.
 I co teraz?  spytaB.
UsByszaB, jak si przysuwa. PoczuB jej dBonie na swoich policzkach.
 Teraz zapomnisz  szepnBa, wionc mu ciepBem oddechu prosto w twarz.  Bo przecie|
chcesz zapomnie, prawda? Pomog ci &
DBugo nie odpowiadaB. Wreszcie kiwnB gBow, bez sBw. Rzeczywi[cie, chc zapomnie,
my[laB.
Tak byBo naprawd. Ale jedno chciaB zapamita. Spojrzenie gBboko osadzonych, brzowych
oczu.
PoBo|yBa mu palec na wargach.
 Nic nie mw, Jerzy. Tak bdzie lepiej. WydawaBo mu si, |e sByszy w jej gBosie ledwie
dosByszaln nut smutku.
III
SBoneczna plama wdrowaBa powoli po betonowej posadzce. Wkrtce wpeBznie na [cian nad
prycz. Wtedy ju| bdzie ciemniejsza, bardziej pomaraDczowa, i sczeznie niebawem, kiedy
niewidoczne sBoDce bdzie dalej chyli si ku zachodowi.
Plama pojawiaBa si jedynie latem, kiedy blaszane blindy przesBaniajce zakratowane okno
nagrzewaBy si od upaBu. Le|c na pryczy, mo|na byBo zobaczy tylko skrawek nieba, bBkitny, jak
dzi[, albo szary, kiedy przesuwaBy si za nim chmury. ByB zbyt maBy, |eby dostrzec ich ksztaBty,
tylko czasem wida byBo rbek albo biaBe, cieniutkie strzpy cirrostratusw.
Ale |eby je ujrze, trzeba byBo uBo|y si na pryczy, twardej, zbitej z desek, okrytej
wystrzpionym kocem. A to w dzieD byBo surowo zakazane.
Krauze siedziaB przy opuszczanej ze [ciany pBeczce peBnicej rol stolika. Taboret byB
przy[rubowany do podBogi, podobnie jak prycza. SpogldaB na swe dBonie. I czekaB.
CzekaB ju| bardzo dBugo.
PopatrzyB na plam jasnego [wiatBa. ZdawaBa si drga lekko i migota niczym |ywa istota.
WiedziaB, |e to z powodu rozedrganego, rozgrzanego powietrza nad blaszan blind. Ale ilekro
spojrzaB, jego wargi wykrzywiaB ledwie widoczny u[miech.
To byBo irracjonalne. Ale pierwszy raz sBoneczn plam ujrzaB, kiedy wrciB do celi po
wysBuchaniu wyroku. Ju| dawno, par miesicy temu. Po raz pierwszy wiosenne sBoDce staBo na
tyle wysoko, by zajrze w przesBonite blach okno.
To byBo tylko zBudzenie. Ale wydawaBo mu si, |e czuje zapach rozwijajcych si pkw,
wiosennej ziemi zroszonej pierwszym ciepBym deszczem. Aromat wiosny przebijaB si przez
smrd cuchncego chlorem kibla. I pomy[laB w nagBym przebBysku nadziei, |e pki sBoDce
zaglda bdzie do celi, wdrowa jasn plam po betonie posadzki, poty jego |ycia. A| wreszcie
dni stan si coraz krtsze, sBoDce zblednie, przestanie grza. I wszystko si skoDczy.
Na korytarzu zastukaBy podkute buty, zgrzytnBa klapka judasza. Nie poruszyB si nawet, cho z
tyBu ogolonej gBowy poczuB prawie dotknicie wzroku stra|nika. Po dBu|szej chwili ponownie
szczknBa stal, kroki poczBy si oddala. A| ucichBy.
Krauze u[miechnB si bezwiednie do ja[niejcej na podBodze plamy. WcignB gBboko
powietrze, jakby spodziewaB si, |e poczuje woD rozgrzanego upaBem piasku i trawy spalonej
sBoDcem. Ale tylko zakrztusiB si ostrym odorem chloru.
KaszlaB chwil, nie mogc zBapa oddechu. Azy popBynBy spod stale zaczerwienionych,
zaognionych powiek, podra|nionych nie tylko chemikaliami, ale te| [wiatBem mocnej,
stu[wiecowej chyba |arwki, ktra pBonBa w celi dzieD i noc. WizieD musiaB by wszak pod
kontrol. Nie mo|na dopu[ci, by kto[ skazany prawomocnym wyrokiem zupeBnie nielegalnie
podciB sobie |yBy, na przykBad tp By|k.
PopatrzyB w okno, na cynkowan, pociemniaB od deszczy blach blindy. Wiele by daB, |eby
cho raz zobaczy niebo, caBe i bezkresne, nie tylko maBy, prostoktny skrawek. Ale wiedziaB, |e i
to ju| utraciB, nikt nie da szans nawet na to. Ci tutaj nie rozstrzeliwali w lesie, nad doBem
pachncym [wie|o rozkopan ziemi. Strzelali w potylic w cuchncej krwi i [mierci, mrocznej
piwnicy, na betonowej, posypanej trocinami podBodze.
MaBe kreseczki wyryte paznokciem w olejnej farbie opuszczanej na BaDcuszkach pBki ukBadaBy
si w dni, tygodnie i miesice. Lipiec tysic dziewiset czterdziestego smego roku, pomy[laB
Krauze mtnie. Dobry rok. Szkoda, |e ostatni.
Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze sBoDce stoi wysoko, nie zbladBo, nie zatacza coraz ni|szego Buku
po widnokrgu. Jeszcze nie jesieD.
Jeszcze tli si nadzieja. Cho ju| powinna zgasn. Bo przecie| wyrok ju| dawno zapadB.
*
 Nie pamitam &
Ten [ledczy nie byB brutalny. Nie biB. Nie musiaB przecie|. Nie kazaB siedzie na taborecie
odwrconym do gry nogami, nie kazaB odprowadzi wiznia do karceru, do ktrego, w ramach
urozmaicenia, napuszczano po kolana wody. Nie zrywaB paznokci.
Nie musiaB, to wszystko zrobili ju| inni przed nim. I te| nie doczekali si odpowiedzi.
MBody kapitan wygldaB na [miertelnie znudzonego. To istotnie byBa ju| tylko formalno[,
ci|ka, mczca praca. Najgorsze dlaD byBo, |e musiaB ukrywa pogard dla tej istoty, ktra
siedziaBa przed nim skulona na stoBku stojcym na [rodku pokoju przesBuchaD. Dla wroga
klasowego, a przede wszystkim zdrajcy. Hitlerowskiego sBugusa.
Sprawa byBa jasna. Niewa|na pami, wa|na dokumentacja. Kapitan zacignB si papierosem,
popatrzyB na teczk, na wysypujce si z niej papiery, protokoBy przesBuchaD, donosy. Na zdjcie,
maB odbitk z pozaginanymi rogami. Jeszcze raz odruchowo porwnaB zapadnit twarz
czBowieka na taborecie z tym bezczelnym faszyst w mundurze z opask organizacji Todt.
Za choler bym skurwysyna nie poznaB, pomy[laB po raz ktry[. Ale w teczce s dokumenty, s
zeznania. Prawd mwili, |e ka|dy zapluty karzeB reakcji z Niemcami si kumaB, Polakom w plecy
strzelaB.
Jeszcze raz dla porzdku przegldaB papiery. Jego chBopska, naznaczona piegami twarz
zachmurzyBa si, wargi poruszaBy bezgBo[nie, kiedy sylabizowaB rwne rzdy liter. ProtokoBy
przesBuchaD. Zeznania.
Spomidzy kartek wypadBo maBe, legitymacyjne zdjcie. MBody chBopak u[miechaB si
zuchowato, na twarzy kBadBa si wiartka Buku, kawaBek pieczci. Zledczy zmarszczyB brwi, lubiB
porzdek w aktach. Skd to, psiama, wypadBo?  pomy[laB ze zBo[ci. Akta byBy obszerne. Przez
chwil przekBadaB kartki, usiBowaB dopasowa maB, wyblakB fotografi do ktrego[ z zeznaD.
ZBo[ciBo go, |e nie pamitaB dobrze, sprawa byBa jasna, nie po[wiciB wiele czasu na lektur.
Ju| chciaB zapyta wiznia, kiedy okazaBo si, |e wycignB w koDcu ten wBa[ciwy dokument.
ProtokB przesBuchania. Ze zBo[ci omal nie uderzyB si otwart dBoni w czoBo. Jak mgB
zapomnie? Kosa, taki rzadki pseudonim. Mimo |e te| wrg, omamiony przez londyDskich
plutokratw, to przecie| przejrzaB zdrajc.
Kapitan zastanawiaB si chwil, wachlowaB od niechcenia plikiem kartek. W zasadzie warto by
przesBucha jeszcze raz, tak dla pewno[ci. W koDcu to kluczowe zeznanie, to ono pogr|yBo do
reszty imperialistyczne  go szpiega. SkrzywiB si.
Mo|e i warto, ale ju| si nie da. Dla bandytw, ktrzy wci| kryli si po lasach, wrogw wBadzy
ludowej, nie mogBo by pobBa|ania. Nawet je[li ich zeznania pogr|yBy innych, tych stokro
gorszych. Bo zakamuflowanych i groznych.
PopatrzyB na skulonego czBowieka. Strach pomy[le, co taki jeszcze mgBby zrobi, gdyby kto
trzeba nie okazaB rewolucyjnej czujno[ci. Jeszcze raz przebiegB w my[li szczegBy sprawy.
Jerzy Krauze. Przedwojenny oficer i jaki[ tam doktor, diabli wiedz od czego. W papierach
napisane, ale kto by to wyrozumiaB, w ka|dym razie po|ytku z niego, co z psa gnoju. Inteligent,
ma jego smutna, znaczy wrg klasowy. UciekB do Anglii, potem przerzucony do Polski przez
swych londyDskich mocodawcw. Po to, |eby zamiast z okupantem walczy staB z broni u nogi.
{eby tylko staB. S zeznania i dokumenty, |e wspBpracowaB z SS. A potem zniknB. I zamiast
siedzie na Zachodzie jak mysz pod miotB wrciB do Polski.
Zledczy przewrciB kartk. Tak, ju| w czterdziestym szstym. Na ziemie odzyskane, do
piastowskiego WrocBawia, gdzie udaBo mu si wkrci na uniwersytet. Ale na szcz[cie
organizacja partyjna wykazaBa si czujno[ci i szybko zwrciBa uwag na czarn owc. Ale sprawa
i tak byBa jasna. Kto[ go musiaB przerzuci do kraju, pogrobowcy sanacji, niewtpliwie.
ZmarszczyB brwi. I kto[ musiaB to uBatwi. Sporo wci| byBo takich, co czekali, a| przyjedzie
Anders na biaBym koniu.
ChBopska, piegowata twarz [ledczego skrzywiBa si w zBym u[miechu. Niedoczekanie,
pomy[laB. ZacisnB palce na dokumentach. Ech, jak ja was, kurwy, nienawidz & Jakbym was
wszystkich wystrzelaB &
Spokojnie, nakazaB sobie, tylko spokojnie. Trudna sBu|ba, ale po|yteczna. Wkrtce wyplenimy
caB reakcj.
Ostatnie arkusze w teczce byBy sztywniejsze, grubsze. Fotokopie. Adnotacje na odwrocie
[wiadczyBy, |e zabezpieczono je podczas rewizji. Cwany byB, dywersant, na widoku trzymaB.
Wida pewny swego.
Zledczy unisB sztywn kart, zbli|yB do oczu.

Le crane de NowosiBka &
 sylabizowaB z wysiBkiem. 
Consi & consid &
Tfu, jzyk
mo|na poBama!
Ani chybi szyfr, skonstatowaB. Mimo wszystko trzeba bdzie da komu trzeba, chocia| ten gad
powinien jak najszybciej dosta dziewi gramw oBowiu w Beb. A mo|e lepiej nie dawa. Na
choler komu kBopot. W Beb i do piachu, a te bzdury do archiwum.
PopatrzyB jeszcze na niewyrazny, rozmazany rysunek. Co[ jakby czerep, pomy[laB. Pewnie dla
niepoznaki. No c|, sprawa jasna. Przyjedzie taki i naszpieguje jak ostatni sukinsyn.
OdBo|yB papiery i zgarnB je starannie do teczki. TrzasnBa gumka, kiedy zamknB po raz ostatni
kartonowe okBadki. Jeszcze tylko wypisa dyspozycj do archiwum i wcign na dziennik.
Na biurku zostaB tylko jeden arkusz. ProtokB ostatniego przesBuchania.
Zledczy odchyliB si na krze[le, przecignB, a| chrupnBo w stawach. Ci|ka sBu|ba, pojawiBa
si po raz kolejny refleksja, niewdziczna. Trzeba powstrzymywa odraz, nie mo|na wyj
tetetki, rozwali gada na miejscu. Bo jest, kurwa, praworzdno[. Kurwa, socjalistyczna.
SkinB na |oBnierza, ktry podpieraB [cian i dBubaB z namysBem w nosie. Ju| czas.
Skulony na taborecie czBowiek ni to stknB, ni jknB, kiedy osBonita perforowan chBodnic
lufa pepeszki dzgnBa go w nerki. PodnisB na [ledczego zaczerwienione, zaognione oczy paBajce
w wychudBej twarzy.
 Podpiszcie.
Poobijane, pozbawione paznokci palce nie potrafiBy utrzyma chemicznego oBwka.
 Nic nie pamitam &
Na szerokiej twarzy oficera [ledczego pojawiB si dobrotliwy u[miech. W koDcu nie byBo tak
zle. To ju| ostatni dzisiaj. Trudna sBu|ba te| kiedy[ si koDczy.
 Podpiszcie, podpiszcie & Przecie| to i tak ju| niewa|ne.
Grafit zachrobotaB po papierze.
*
Plama sBonecznego [wiatBa wpeBzBa powoli na prycz. Na korytarzu znw rozbrzmiaBy kroki.
To nie w porzdku, koBataBo si w gBowie Krauzego, kiedy szczkaBy rygle. To nie w por. Nie
powinno tak by.
PodnisB si z taboretu, nie odwracajc nawet. Kto[ co[ mwiB, wyszczekiwaB sBowa, mo|e
rozkazy? A mo|e odczytywaB jeszcze raz sentencj wyroku z zatBuszczonej, pogniecionej kartki?
SBowa zlewaBy si ze sob, nie byBy ju| wa|ne. Krauze nie obejrzaB si nawet, kiedy brutalnie
wykrcili mu rce do tyBu i poczuB na nadgarstkach zimny dotyk stali. Kajdanki zacisnBy si
mocno, do blu.
MiaB jeszcze chwil, zanim kto[ szarpnB krtki BaDcuszek, obrciB go do wyj[cia. SpogldaB na
plam [wiatBa, nie dr|c ju|, bardziej pomaraDczow. OszukaBa[ mnie, my[laB. OszukiwaBa[ caBy
czas.
Kto[ szarpnB BaDcuch kajdanek, w gr, a| zabolaBy wykrcone stawy. Inny pchnB w plecy. Za
otwartymi, |elaznymi drzwiami celi byB ju| tylko pusty korytarz. I ciemna czelu[ schodw.
Do piwnicy.
Krauze uderzyB bole[nie o futryn. ByBby upadB, gdyby |oBnierz o obojtnej twarzy nie chwyciB
go za rami. WydawaBo mu si, |e usByszaB cichutki trzask odpinanych sprzczek kabury.
*
Jak|e dBugie potrafi by schody, kiedy trzeba i[ po nich w ciemno[ciach rozja[nianych tylko
sBabymi, m|cymi |Bto |arwkami. Jak|e ci|ko zstpowa po wy[lizganych betonowych
stopniach ze skutymi na plecach dBoDmi.
Drewniana podeszwa wiziennego sabota [lizga si na krawdzi, na wilgotnej, ciemnej plamie.
Ten, co idzie z tyBu, szarpie kajdanki, a| podrywa wiznia, ktrego [cignit twarz wykrzywia
bl.

Idi, swoBocz!
 pada syczce przekleDstwo.
 Ju| niedaleko  wtruje mu zadowolony rechot z tyBu, tym razem po polsku.  Na
kolanach si, [cierwo, dowleczesz.
NagBy chBd z tyBu czaszki, skra martwieje. Czy to ju| zimny dotyk lufy na potylicy? Tak po
prostu, na schodach?
Skazaniec zastyga, czekajc na cichy trzask skrzydeBka bezpiecznika. I huk, ktrego ju| nie
usByszy. Pocisk 7,62 jest zapewne szybszy od przewodzenia nerww.
Jeszcze nie. Kolejne szarpnicie, kolejne przekleDstwa. Polskie i rosyjskie.
Schody si koDcz. Tu jest ja[niej. {arwka w drucianej osBonie daje wicej [wiatBa. Pod
nogami przesypuj si trociny. Pachnie |ywic, [wie|ym drewnem.
I [mierci.
Kolejne drzwi, stalowe, pocignite szar farb. {oBnierz przerzuca mosina z dBugim,
czworograniastym bagnetem przez plecy. Stuka.
Zgrzytaj zawiasy.
*
MaBy pokoik w suterenie, jasne, bielone [ciany. Proste biurko na [rodku. Ze [ciany, z
oleodrukowego portretu, spoglda [widrujco Feliks Edmundowicz.
Krauze pod naciskiem szorstkiej dBoni na ramieniu opadB na taboret. PodnisB wzrok na oficera
za biurkiem. ByBo mu ju| wszystko jedno. Ju| wszak po|egnaB si z |yciem. Ale machinalnie
rejestrowaB szczegBy.
Radziecki mundur, prosta bluza przecita paskiem koalicyjki. BBkitne wyBogi. Enkawudzista.
SzczupBa, wygolona twarz oficera drgnBa nieznacznie. ZwziBy si gBboko osadzone,
ciemnobrzowe oczy.
 Rozku!  padB cichy rozkaz po polsku. Bez wyczuwalnego obcego akcentu.
{oBnierz za plecami Krauzego wydaB z siebie jakie[ nieartykuBowane chrzknicie. ZatupaB
niezdecydowanie podkutymi buciskami po betonowej posadzce.

Towariszcz kapitan &
 Rozku!  Enkawudzista nie podnisB nawet gBosu.
ZabrzczaB krtki BaDcuszek. Przez dBug chwil |oBnierz nie mgB trafi kluczykiem w zamek.
Wreszcie kajdanki opadBy. Krauze znw mgB rozciera posiniaBe, zdrtwiaBe dBonie.
 I wypierdala  dodaB radziecki kapitan. SkrzywiB w u[miechu blade, niedokrwiste wargi.
Co[ znajomego byBo w jego sylwetce, budziBo niejasne wspomnienia. I lk. GBboko zagrzebany
w pod[wiadomo[ci. Dawno zapomniany. WizieD poruszyB si niezgrabnie na twardym taborecie.
Nie, nie zapomniany, u[wiadomiB sobie, a przynajmniej nie z wBasnej woli.
Kto[ kiedy[ kazaB zapomnie. I dopiero teraz Krauze miaB wra|enie, |e oczy [ledczego
przewiercaj go na wylot, |e w czBowiek wie o nim wszystko.
ZachwiaB si. O beton stuknBa |elazna pitka kolby mosina, kiedy stra|nik niezgrabnie chwyciB
za wizienn, szorstk bluz. Wzrok oficera zBagodniaB nieco, ale wci| pozostaB chBodny i
skupiony.
 No, kapralu, nie sByszeli[cie rozkazu? W podskokach miaBo by.
Krauze pozbawiony nagle oparcia omal nie zsunB si z taboretu. Rwnowag odzyskaB dopiero,
sByszc skrzypienie zawiasw ci|kich, stalowych drzwi. {oBnierz rzeczywi[cie zniknB w
podskokach.
Czego jeszcze ode mnie chc, zastanawiaB si z trudem Krauze. My[li formowaBy si powoli,
jakby umysB wypeBniaBa gsta, wilgotna mgBa. ZaczynaBo mu si krci w gBowie. MaBy pokoik w
suterenie pociemniaB nagle, z obrze|a pola widzenia wypeBzaBa czerD. GinBy w niej szczegBy,
rozmazywaBy si i zanikaBy. MgB ju| tylko skupi wzrok na twarzy [ledczego, na jego jasnych,
rudawych wBosach podcitych sowieck mod pod donic  i na czarnych, otoczonych brzem
zrenicach, nieruchomych jak u w|a, przenikliwych, ktre zdawaBy si zaglda w samo sedno
bezbronnego umysBu.
ChciaB unie[ rce. Nie mgB. I tylko bezradnie czekaB, czujc, jak co[ na ksztaBt zimnych
paluchw grzebie mu pod czaszk. Jak opadaj kolejne zasBony niepamici.
Ju| wiedziaB. I zamiast ulgi nadszedB strach. Oderwane obrazy.
Spieczone, popkane wargi Ottona Diehla. Odrzucona trafieniem gBowa jasnowBosego oficera.
Jego wytrzeszczone oczy zmieniaj si nagle w ciemne jamy oczodoBw pod masywnymi Bukami
brwiowymi. Szczerz si w drwicym u[miechu po|BkBe zbiska osadzone w |uchwie bez
podbrdka.
I spojrzenie. Ciemne punkty zrenic w gBboko osadzonych oczach. Opadajcy na policzek
kosmyk rudych wBosw. DBu|szych ni| u tego czBowieka.
CzBowieka?
Krauze zesztywniaB nagle, wypr|yB si na taborecie, widzc, jak oficer wychodzi zza biurka,
jak zbli|a si do niego. PoczuB dotyk na ramionach. W gBowie koBataBo si jedno zdanie,
wypowiedziane kiedy[ przez dawno zmarBego esesmana.
PrzyszBo[ ludzkiej rasy.
Zmiech ochrypBy i spazmatyczny odbiB si od [cian pokoiku w suterenie. MiaBe[ racj,
skurwysynu, my[laB Krauze, zwijajc si w kurczach. Oni s w[rd nas, kieruj nami. I bd,
dopki si nawzajem nie wytBuczemy. I wreszcie bdzie sprawiedliwie.
DBonie [ledczego zacisnBy mu si na ramionach. CzuB, jak twarde palce wpijaj si w ciaBo.
Oficer czekaB, a| ustan drgawki, podobne bardziej do ataku padaczki ni| zwykBego [miechu.

Nu, Jurij Iwanowicz
 powiedziaB wreszcie Bagodnie i zaraz przeszedB na polski. 
Po[miali[my si, [miech to zdrowie. Widz, |e nie musz ju| wam niczego wyja[nia.
Krauze bezwiednie pokrciB gBow. Zledczy zdjB mu dBonie z ramion, odstpiB o krok.
 I dobrze.  U[miechnB si chBodno.  Zatem wiecie, towarzyszu doktorze, |e mam dla
was propozycj. A wy, naturalnie, j przyjmiecie.
WycignB rk, zBo|yB palce na ksztaBt pistoletu. OdcignB kciukiem wyimaginowany kurek.
 Bo alternatyw jest &  Zmru|yB oko.  Paf! Przynajmniej oszczdziB gadaniny o ideaBach,
u[miechnB si w duchu Krauze. O lojalno[ci. I o zdradzie, ktrej przecie| nie popeBniam. Bo kogo,
kurwa, mam zdradzi?
RudowBosy [ledczy przysiadB na biurku. PopatrzyB w rozBo|one papiery, jakby rzeczywi[cie
musiaB zaglda.
 No to zaczynamy. Na pocztek & Mwi wam co[ nazwisko Diehl? Otto Diehl?
Krauze zwlekaB z odpowiedzi. Nie |eby cokolwiek ukry, zdawaB sobie spraw, |e nic si
ukry nie da. SpogldaB tylko w twarz [ledczego. I zamiast gBadko wygolonych policzkw i rudych
wBosw widziaB tylko poByskujc nago[ czaszki. Ciemniejsze linie szww na ciemieniu. I ksztaBt.
Prawie ludzki.
 A nie zapytasz o profesora StoByhwo?  PopatrzyB wyzywajco tam, gdzie dostrzegaB ju|
tylko jamy oczodoBw.  O czaszk z NowosiBki? Kolego &
Bl odezwaB si tpym uderzeniem z tyBu gBowy. W oczach pociemniaBo. My[li rozpierzchBy si
na chwil, zanim z trudem zdoBaB je pozbiera.
Kiedy ponownie zogniskowaB wzrok, nie widziaB ju| nagiej ko[ci, wyszczerzonych,
bByszczcych zbw. Tylko kpice spojrzenie [ledczego. Nie podskakuj, zdawaBo si mwi, sam
widzisz, jak to si koDczy. Jeszcze jeste[ potrzebny, ale &
Zanim z ostateczn rezygnacj skinB gBow, pomy[laB jeszcze, |e Otto Diehl mgB mie racj.
To, co nie udaBo si wiernemu Heinrichowi, im mo|e si uda.
Jerzy Ro[
LAF I BUTY
INTERA
Jerzy Ro[ urodzony w 1966 roku, archeolog, kustosz Muzeum Regionalnego PTTK w Olkuszu,
przewodnik turystyczny po Jurze Krakowsko Czstochowskiej, autor ksi|ek i artykuBw
po[wiconych historii i kulturze swojego regionu. Dotychczas nagrodzony odznak ZasBu|ony
DziaBacz Kultury  (w 2001 r. przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego), dyplomem za
szczeglne zasBugi dla zabytkw kultury |ydowskiej (w 2004 r. przez Ambasad Izraela) oraz w
konkursach literackich: O Gmerk Olkuski   2003, 2004; Zima Prozy  BolesBaw  2004,
2005, im. H. Snopkiewicz w Zawierciu 2005 i Centrum Herdera Uniwersytetu GdaDskiego.
Olaf, jeszcze tylko trzy kilometry i ju| stra|nica, ju| koDczymy. Trzy kilometry toru
kolejowego. Trzeba go pilnowa. Z dwch powodw: po pierwsze, tym torem jad na front
wschodni wagony z zaopatrzeniem dla naszych, po drugie, po lewej stronie torw zaczyna si ju|
Rzesza, Tysicletnia Wielka Rzesza, a po prawej stronie, w sosnowym lasku, Generalna Gubernia.
Ci gBupi Polacy nijak tego nie mog zrozumie i ty, zdaje mi si, te| nie za bardzo rozumiesz. To
jest granica i ju|. Kto j nielegalnie przekracza, ten jest przestpc. Na pocztku chodzili sobie ot
tak, jak przed wojn. Trzeba ich byBo goni, Bapa, odstawia do aresztu, pamitasz? To ju| ponad
cztery lata, jak sobie tak chodzimy po tych torach, co roku fasuj nowe buty. Te, ktre mam dzisiaj
na nogach, s caBkiem nowe. Jeszcze troch uciskaj, ale rozchodz je. Codziennie dwana[cie
kilometrw marszu. Albo z Ilkenau do Wolbromia pieszo, a z powrotem przejazd pocigiem, albo
najpierw pocigiem, a pzniej krok za krokiem, marsz po torach. Idzie si szybko i rwno.
PodkBady uBo|one regularnie. Ju| po pierwszym miesicu przyzwyczaiBem si do rytmicznego
przeskakiwania z jednego na drugi. Na pocztku mnie denerwowaBy, bo jestem wysoki, mam
dBugie nogi i wolaBbym, |eby odstpy midzy podkBadami byBy nawet szersze. MgBbym stawia
wiksze kroki. Szliby[my szybciej i szybciej koDczyBaby si nasza sBu|ba. Ale si przyzwyczaiBem,
a tobie to i tak wszystko jedno.
Trzeba uwa|a, patrze pod nogi i rozglda si na boki. Na razie jest spokj. Nie ma
partyzantw ani bolszewickich spadochroniarzy, ale uwa|a trzeba. Mog rozkrci tory albo
podBo|y min. Od paru miesicy front jest ju| caBkiem blisko, sBycha armaty. Ruch na torach te|
coraz wikszy. Pocigi je|d| w t i z powrotem. Chyba co[ si dzieje, bo armaty od wczoraj
sBycha jeszcze wyrazniej ni| wcze[niej, ale to nie nasze zmartwienie, bo my pilnujemy torw, a
nie sBu|ymy w artylerii. Co nie, Olaf? Tu jeste[my u siebie. Wrg tu nie dotrze, bo za torami ju|
Rzesza. Ju| niedBugo u|yjemy
Wunderwaffe
i bdzie po wojnie. Nie bdziemy musieli plta si po
tych cholernych torach, biega po kamiennych nasypach, polach i lasach za przemytnikami,
uciekinierami, bandytami. Wrcimy do siebie, w nasze gry, i do koDca |ycia nie pjd na dworzec
kolejowy. Chyba |e bd musiaB. Ale na razie pocigw i torw to ju| mam do[.
Towarowe z czoBgami i amunicj na wschd, ze zBomem i rannymi na zachd. Nie lubi tych
szpitali polowych na |elaznych koBach, teraz, zim, to przynajmniej wagony jad zamknite, ale
latem ranni wystawiali obanda|owane gBowy z okien wagonw albo siadali na stopniach w
otwartych drzwiach. Ten bez nogi, tam  ten bez rki. Straszny widok. Zaraz mi si
przypomniaBo, jak ze trzy lata temu zaczli wozi {ydw na zachd. Pamitasz, jak si dziwiBem:
po jasn choler wioz ich z powrotem do Rzeszy? Przecie| przez par lat ich wysiedlali[my,
wywozili[my, a teraz z powrotem. Sier|ant mwiB, |e wioz ich do fabryki mydBa w Auschwitz.
Pewnie do pracy, bo nasi chBopcy musieli i[ na wojn, tak jak ja. Jak sobie pomy[l, jak tam
rodzice daj sobie rad w Schwalbach z gospodarstwem, to a| si martwi. Brat jest jeszcze za
maBy. Bardzo przydaBby si im kto[ do pomocy, choby nawet i {yd. Tylko czy {ydzi umiej
pracowa? Na pewno im do tego nie spieszno. Jak ich wiezli tymi pocigami, to wyBamywali deski
w podBodze i [cianach wagonw i skakali z pdzcego pocigu. Akurat tu musieli skaka! Bo
wydawaBo im si, |e mog si schowa w lesie, ktry widzieli przez zadrutowane okienka.
Czasami zaczepiali o podwozie wagonu i pocig wlkB ich kilka kilometrw, zostawiajc krwaw
smug z resztek ubraD i strzpw skry. Z tymi przynajmniej nie byBo kBopotu. Wiksze kawaBki
nabijaBo si na bagnet i w krzaki, jak najdalej od torw, |eby tak nie [mierdziaBo. Gorzej byBo z
tymi, co skoczyli na stok nasypu, poBamali nogi albo si zapltali w druty sygnalizacyjne. Do
pierwszego, jakiego znalazBem, wezwaBem caBy patrol, podjechali[my drezyn, zaBadowali[my go i
do Ilkenau, na gestapo, pamitasz? Pzniej ju| nie byBem taki gBupi, nie do[, |e durny {yd akurat
musiaB wyskoczy w poBowie naszego odcinka i musiaBem te sze[ kilometrw, w t i z powrotem,
dyma drezyn z rcznym napdem, to pzniej jeszcze j umy. I znalez dwch Polakw, |eby
wykopali dB dla {yda na Bce koBo dworca. Bo gestapowiec tylko spojrzaB na niego i wyjB
pistolet.
Nigdy wicej.
Dwa lata temu i w tamtym roku znalezli[my jeszcze kilku, co dychali. Kolejnego od razu
zastrzeliBem, to znw si okazaBo, |e byBo za blisko dworca w Wolbromiu, nasi usByszeli strzaB,
zarzdzili alarm, zjechali si i
Bahnschutze,
i |andarmeria, i stra| graniczna. Sier|ant mnie
zbluzgaB przy wszystkich. No to nastpnych ju| bagnetem. Lepiej byBo z tymi, co odwlekli si
chocia| kawaBek od torw, chcieli si schowa w lesie. I tak si ich znalazBo, nie, Olaf? A
przynajmniej nie trzeba byBo si mczy z odciganiem trupa i szukaniem jakiej[ dziury.
WystarczyBo, tak dla spokoju sumienia, [ci kilka gaBzi z sosny i przykry zwBoki. Albo zim
przysypa [niegiem. Chocia| zim to {ydw ju| chyba nie wozili. Za to caBy czas wozili Polakw.
Ci te| prbowali czasem ucieka. Zreszt, oni zawsze uciekaj. Od samego pocztku, jak tu
jeste[my, to bez przerwy gonimy Polakw.
ZaczBo si od przemytnikw. Ledwie wytyczyli[my granic, to zaraz zaczli nosi towar. Do
Rzeszy kieBbas, szynk, jajka, masBo, a z Rzeszy poDczochy, kaw, sl, papierosy, naft, zapaBki. I
tak przez caBy czas przez nasyp Bazili, w t i z powrotem, i to nawet za dnia. Nie do[, |e to pas
nadgraniczny i pobyt osb nieuprawnionych jest zakazany, to jeszcze Bamali przepisy kolejowe.
Pierwsi zBapani to si tylko gBupio u[miechali. Prbowali czstowa papierosami, wdk albo
oddawa cz[ towaru lub pienidze. Mnie  niemieckiego |oBnierza  prbowali przekupi,
my[leli, |e to jeszcze polskie czasy! Jak pierwszych paru dostaBo po mordzie, to od razu zmikli.
Przestali chodzi m|czyzni, zaczli na handel posyBa baby albo dzieci. Wtedy odbieraBo si
towar, szczeglnie te starsze tak [miesznie zawodziBy: Bojesujesu . MBodsze prbowaBy ucieczki,
czasem rzucaBy toboBki, my[lc, |e zadowolimy si kawaBkiem boczku albo paroma flaszkami
bimbru. To sobie mogli[my pozbiera pzniej. PdziBo si po lesie za tak. Nabiega si czasem
trzeba byBo, karabin i ci|kie buty przeszkadzaBy, bagnet obijaB si o uda, spod heBmu [ciekaB pot,
ale jak si jedn albo drug dopadBo, to dopiero byBa zabawa. Wiosn i latem to od razu na [ciBk,
zedrze bluzk i spdnic. Chyba |adna nam nie uciekBa, co, Olaf? Szybko si nauczyBe[, |eby tak
tylko troch potarmosi, przestraszy, wtedy si nawet nie broniBy. Zim albo kiedy padaB deszcz,
cignBo si je do stra|nicy. DzwoniBo si na
Kripo,
a zanim policja przyjechaBa, to na zapleczu to,
co zawsze. Jak byB dobry miesic, to BapaBo si ze trzy albo cztery takie. Jak po wojnie wrc do
Schwalbach, sid z kumplami przy piwie w gospodzie Mutter Kraus , to chyba nigdy mi nie
uwierz, |e miaBem tyle bab. Przez cztery lata to bdzie & Sam nie wiem, przestaBem je liczy przy
dwudziestu trzech czy czterech. A to byB chyba drugi rok sBu|by. Gorzej byBo z chBopakami. Jak si
ich zauwa|yBo, to nawet tobie, Olaf, ci|ko byBo ich dogoni. Z karabinu te| nieBatwo takiego
trafi. Dwch poBo|yBem, a pamitasz, Olaf, jak temu gwniarzowi, co uciekaB przez pola,
odgryzBe[ chyba z pB dupy, zanim ci odcignBem? NisB ze trzy kilo czekolady. To si Kurt
musiaB ucieszy, jak dostaB t paczk ode mnie. ZwBaszcza |e to byBo akurat w pazdzierniku, na
jego urodziny.
Przejazd kolejowy. To tutaj gdzie[ le|y ta kobieta, co wyskoczyBa z pocigu z dzieckiem. Chyba
{ydwka, a mo|e Rosjanka, kto to wie? Co za pomysB, |eby wyskoczy z pocigu z takim maBym
dzieckiem. Chocia| fakt, maBej nic si nie staBo. Matka musiaBa jako[ tak skaka, |e caB siB
uderzenia wziBa na siebie. PotBukBa si niezle, ale byBa jeszcze na tyle mocna, |e spory kawaBek
odpeBzBa w las. Ty je obie znalazBe[, pamitasz? Mnie si ju| nie chciaBo taki kawaB od toru Bazi.
Zazwyczaj tych, co wyskoczyli i uciekli gdzie[ dalej od torw, nie gonili[my. Nawet jak byBy [lady
krwi albo wydeptany [nieg. Niech si o nich martwi stra| graniczna albo gestapo. My, Olaf,
pilnujemy torw. Ale tamta byBa bardzo Badna, chocia| potBuczona tak, |e si nie broniBa. Po
wszystkim przykryBem j gaBziami i chciaBem przegrzeba zawinitko le|ce obok. My[laBem, |e
ma tam co[ do jedzenia, mo|e jaki[ kawaBek polskiej kieBbasy dla ciebie. Odwijam szmaty, a tam
dziewczynka, patrzy na mnie tymi niebieskimi oczkami &
Co[ si dzieje za lasem. Strzelaj. I to du|o. SBycha nie jakie[ pojedyncze strzaBy jak czasem
nocami, tylko caBe serie z karabinw maszynowych. Mo|e SS robi porzdek we wsi. Dzisiaj rano
przejechaBo przez miasto z pitna[cie ci|arwek, chyba gdzie[ w tamt stron. Zatrzymali si
tylko na chwil i zajli si tym mBodym, co go we wtorek zgarnli[my na torach. ChBopak byB z
Hannoveru, jechaB na front i par kilometrw std wyskoczyB z pocigu. Dezercja. Ale nie miaB
szcz[cia, to znaczy troch miaB, bo mgB zamarzn z t swoj zBaman nog, ale go znalezli[my.
Fajny byB chBopak, pogadali[my troch, zanim zatrzymaBem nastpny przeje|d|ajcy pocig i
wcignli[my go jako[ do [rodka. MwiB, |e si baB wschodniego frontu i dlatego wyskoczyB.
ChciaB wraca do domu. OdstawiBem go do stra|nicy, przecie| to Niemiec. Nie kujn go bagnetem
ani nie waln jego gBow o drzewo, jak zrobiBem z tym rosyjskim dzieciakiem. A dzi[ rano
powiesili go na placu przed dworcem w Ilkenau, jak wychodzili[my na patrol, akurat to widziaBem.
Olaf, szybciej, nie rozgldaj si. Musimy dotrze do stra|nicy, co[ si naprawd dzieje. Jeszcze
kilka minut marszu & O, kto[ przebiega przez tory & Dwch, trzech, czterech w naszych
mundurach. Chyba kogo[ goni. A z lasu, od wschodu, biegn nastpni, chyba ze dwudziestu, a
dalej jeszcze inni. Oni nie goni, oni uciekaj! StrzaBy & To chyba Rosjanie! Bieg! Olaf, bieg! Stj!
W mie[cie te| strzelaj. Na bok, Olaf, skacz z nasypu. Przejdziemy przez pola. Tylko szybko,
jeszcze szybciej. Ale tu [niegu. Biegnij pierwszy, przetrzesz drog. Bd si ciebie trzymaB.
Biegnij, szybciej! Straszny mrz, powietrze suche, nogi si zapadaj po kolana. Szybciej, jasna
cholera, strzelaj do nas! Pewnie Sowieci weszli na nasyp kolejowy, ktry nas do tej pory zasBaniaB,
i maj nas teraz na tym za[nie|onym polu jak na strzelnicy. Kule albo [wiszcz nad gBow, albo
wyrzucaj w gr fontanny [niegu. Nie strzelaj najlepiej. Zreszt to ju| do[ daleko. Chocia|
zostaB spory kawaBek do wsi, dobrze, |e ci, Olaf, mam, pocigniesz. Wszystkich wyprzedzili[my,
jeszcze ze sto  dwie[cie metrw i schowamy si za stodoBami. A pzniej dalej na zachd, jak
najdalej, jak najszybciej. Z tyBu na polu nie ma ju| nikogo. Prawie wszyscy le|, mo|e jeszcze ze
trzech naszych biegnie. Karabin maszynowy! Szybciej, Olaf. Po co ja si ogldaBem, byliby[my
ju| prawie koBo stodoBy! Karabin bije dBugimi seriami, ale zd|ymy. Jeszcze kawaBek. Znieg spada
ze strzechy stodoBy strcony seri, co przeszBa nam nad gBowami. Zanim celowniczy wezmie
poprawk, wskoczymy za wgieB, odpoczniemy chwil, a pzniej pobiegniemy dalej na zachd &
*
Straszny mrz dzisiaj. Ju| par dni tak trzyma. GBowa boli, ale to nie od zimna, tylko od bimbru,
co go wczoraj Wawrzek postawiB. Zadowolony byB, bo przy jednym znalazB srebrn papiero[nic, a
przy drugim zegarek i obrczk ze zBota. Ja mam dwa BaDcuszki, te| chyba srebrne, z medalikami.
Jeden z Matk Bosk daBem Hance, a drugi w przyszBy pitek zawioz do Olkusza na targ, mo|e
kto kupi. Jak ruski komendant kazaB pochowa niemieckie trupy, to[my je z caBego pola [cigali.
Wystrzelali ich chyba ze trzydziestu, popatrzyli tylko i poszli dalej na zachd. SoBtys miaB zbiera
karabiny i list zrobi tych, co[my ich za grk pochowali. Lekko ich pogrzeba nie byBo. Kilofami
trzeba byBo ziemi ku, bo zmarznita wicej ni| pB metra gBboko. Ka|dy miaB tak blaszk na
szyi z numerem albo nazwiskiem albo jakie[ papiery po kieszeniach. SoBtys sumiennie odpisywaB
do zeszytu, lepiej z Ruskimi nie zadziera. Jeden Niemiec tylko zostaB, akurat koBo mojej stodoBy.
Ta czarna sobaka, prawdziwy diabeB, na trzy kroki do niego nie dopuszcza. Ju| dwa dni waruje
przy nim, do gardBa si rzuca ka|demu, kto bli|ej podejdzie. My[laBem, |e si znudzi albo |e w
nocy zamarznie, ale nie, dzi[ ju| ze trzy razy wygldaBem za stodoB  siedzi caBy czas.
Wieczorem pjd chyba do soBtysa, jeden karabin po|ycz i bydlaka ustrzel. Zale|y mi, bo z
daleka wida, |e ten za moj stodoB caBkiem nowe buty ma na nogach, oficerki. Szkoda psa, bo
dobra z niego gadzina, od pana nie odejdzie. O, szczekaj obydwa, i ten za stodoB, i mj Misiek.
Co[ si dzieje, trzeba zobaczy.
To stary Kozubski z synem przyszli po moje buty. A| z tamtego koDca wsi im si chciaBo. Stary
z widBami, a mBody z kBonic od wozu. Ano zobaczymy, jak im pjdzie.
 Ej, Kozubski, co wy tu chcieli[cie?
 A, to ty, Stachu & Pochwalony & Za tym Szwabem my przyszli. Nie bdzie przecie| tak
le|aB.
 Zostawcie go. Na moim polu le|y, niech sobie le|y.
 A pies?
 Co pies? Te| na moim, to mj!
 Na co wam on, wielki taki, wiecie, ile bdzie |arB? Macie ju| psa &
 Mam jednego, a jak bdzie trzeba, to i drugi, cho wielki, si uchowa. Sta mnie.
MBodszy tylko ramionami wzruszyB, wziB widBy od starego i ruszyB ku zwierzciu. DzgaB przed
sob widBami, usiBujc odepchn sobak od zwBok. Pies cofaB si i uskakiwaB w bok. StaraB si
zaj[ przeciwnika z tyBu, szczekaB, czasem zastygaB, gBucho warczc. Wreszcie mBody Kozubski,
odczekawszy do sprzyjajcej chwili, zamachnB si i rzuciB widBami. ChybiB. Pies natychmiast
skoczyB do przodu, obaliB bezbronnego w gBboki [nieg i zacisnB szczki na rce mBodego, ktr
ten rozpaczliwie osBaniaB gardBo. Stary Kozubski rzuciB si naprzd, wymachujc kBonic. Psa
odgoniB, ale przy okazji walnB syna w drug rk i sam si przewrciB. Pies przywarowaB przy
zabitym Niemcu. Tamci w[rd przekleDstw zbierali si ze [niegu.
 Kozubski, idzcie wy do domu, zostawcie go w spokoju.
 Przynie[|e, Stachu, co, siekier albo kija, ubijemy go &
 Swojego psa sobie kBonic ubijcie, a tego zostawcie.
Poszli. Szkoda psa, spodobaB mi si. Trzeba bdzie co[ wymy[li. Jutro to bdzie ju| trzeci
dzieD, jak nic nie je, na tym mrozie to chyba zesBabnie. Poczekamy do rana.
Faktycznie osBabB, na trzeci dzieD, po poBudniu. SzarpaB si i prbowaB gryz, jak |e[my go ze
Staszkiem, moim synem, na BaDcuchu do stodoBy przywizywali. Ale nie daB rady.
 Staszek, idz do domu, niech matka kaszy nagotuje i troch mleka doda, przynie[ misk i
postaw mu. Tylko uwa|aj, |eby ci nie capnB.
Niewiele z tego Niemca bd miaB. PBaszcz postrzelany, caB seri w plecy dostaB. Pas sobie
zostawi i bagnet, przyda si. Ma zegarek, w kieszeniach troch pienidzy, scyzoryk, bez obrczki,
to chyba nie|onaty, i chyba niepalcy, bo papierosw nie ma, mo|e zgubiB? W portfelu legitymacja
ze zdjciem & Ginter jaki[ tam. Buty nie chc zej[ z ng, przymarzBy.
 Staszek, na c| si gapisz? DaBe[ psu |re?
 DaBem.
 {re?
 Nie ruszyB nawet.
 To nic, jeszcze troch zgBodnieje, to ruszy. Gorzej z butami, zaczyna si [ciemnia. Nie
zostawi ich przecie| na noc, bo znw przyjdzie Kozubski albo kto inny i ukradnie.
 Staszek, idz do szopy, przynie[ pieniek, ten do rbania drzewa, i siekier, tylko t ostrzejsz,
z czarnym trzonkiem.
Sztywny ten Niemiec. Nawet powiek mu nie idzie zamkn, bo zmarznite na ko[. Trzy dni na
takim mrozie. Ale z drugiej strony, to dobrze. Nikogo po ssiedzku nie wida, wszyscy siedz w
ciepBych chaBupach. Tak, pieniek pod nogi, trzeba bdzie wysoko ci, nad kolanem, |eby butw
nie uszkodzi. Raz & Trzeba bdzie poprawi & Dwa & E, Batwo poszBo, jakby brzozowy konar
rba. Teraz druga noga. Raz & Dwa &
 To chyba wariat jaki[ &  powiedziaB podoficer, odwracajc si do Frycka.  I c| ja mam
z nim zrobi?
 Nie wiem, ale zamknijcie drzwi,
Feldfebel,
bo tu si nigdy ciepBo nie zrobi.
 No, racja. Dobrze, w koDcu Wigilia jest, mo|e nawet Laponiec ludzkim jzykiem przemwi.
Wyjd na dwr i sprbuj si z nim dogada, ale wez|e karabin i patrz na niego przez okno. Bg
raczy wiedzie, co dzikusowi przyjdzie do gBowy, nie chciaBbym sam na sam z wariatem zosta.
Zlzak skinB gBow. Gdy dowdca wyszedB, zamykajc za sob drzwi, Fritz zdjB mauzera ze
[ciany, przeBadowaB, odbezpieczyB i stanB przy oknie. ObserwowaB, jak
Feldfebel
stara si
nawiza z LapoDczykiem kontakt. Ten jednak staB w bezruchu. Frycek byB pewien, |e nie bdzie
musiaB u|y broni. StaB wic rozluzniony i z rozbawieniem obserwowaB Schlieebexa, ktry czym[,
co przypominaBo pantomim, usiBowaB porozumie si z tubylcem. Lap kojarzyB si chBopcu z
indiaDskimi wodzami z ksi|ek Karola Maya. SaksoDczyk chyba sam si dobrze bawiB, bo
odwrciB si do my[liwego tyBem i zaczB udawa jelenia, ku[tykajc na trzech koDczynach,
podczas gdy woln dBoD rozcapierzyB nad gBow, aby udawaBa poro|e. I wtedy LapoDczyk nagle
zadziwiajco szybko pochyliB si do swoich saD i wyjB dubeltwk.
Adrenalina uderza do gBowy w mgnieniu oka, zwalniajc caBy [wiat. Tak wiele mamy wtedy
czasu na my[lenie & Frycek podrzuca karabin do ramienia i gdy kolba przemierza ogromn
przestrzeD midzy biodrem a obojczykiem, ju| wie, |e nie zd|y. Patrzy, jak dwie lufy my[liwego
powoli kieruj si w stron Schlieebexa.
Ale strzaB cigle nie pada. Kolba ju| przy policzku, tak bardzo nagle dr| rce, oko, szczerbinka,
muszka, kurczowo [ciga spust, zwielokrotniony przez [ciany huk wystrzaBu ogBusza, caBy [wiat
milknie w przecigBym, wierccym dzwonieniu w uszach. LapoDczyk powoli osuwa si na ziemi,
na czerwonym kabacie nie wida krwi, Schlieebex przewraca si, wstaje, potyka si, podnosi
znowu, biegnie do drzwi, Frycek tkwi caBy czas z karabinem przy ramieniu, oszoBomiony patrzy na
ciaBo na [niegu, jednak najwyrazniej widzi maleDk dziurk w okiennej szybce. Natarczywie
nasuwaj mu si pytania: dlaczego si nie stBukBa?, dlaczego pocisk zamiast wybi caB szyb
wywierciB tylko dziurk?
Schlieebex wpadB do izby, nie wiedzc cigle, co si staBo, chwyciB pistolet maszynowy.
Widzc, |e chBopiec nadal stoi przy oknie i celuje z karabinu, dopadB go w dwch skokach,
krzyczc kryj si! , [cignB na ziemi.
 Co si staBo?  zapytaB.
 On & WycignB z sanek flint & ChciaB was zastrzeli,
Feldfebel &
 O, psiakrew. WidziaBe[ ich wicej? ByB jeszcze kto[ oprcz tego wariata?
 Nie wiem,
Feldfebel
 wyjkaB przera|ony Frycek.
Schlieebex zaklB jeszcze raz pod nosem i na czworakach szybko dopadB skrzyni, w ktrej
trzymali ekwipunek. NaBo|yB na gBow heBm, do kieszeni wrzuciB dwa magazynki i pospiesznie
wrciB do okna. Nie wypuszczajc peemu z dBoni, wyjrzaB na sekund, zlustrowaB przedpole i
schowaB si natychmiast.
 Nikogo.
Donnerwetter.
Dalej na czworakach przebiegB do drugiego okna i znowu wyjrzaB. Nie zauwa|ywszy nikogo,
podpeBzB do drzwi i zasunB skobel.
 Pewnie czekaj, a| wyjd, dupki. Frycek, opamitaj si, ilu[ ich widziaB?  zapytaB, siedzc
przy framudze.
ChBopiec zaczynaB orientowa si w caBej sytuacji. Ilu widziaB?

Feldfebel,
melduj, |e nikogo nie widziaBem. Ten Lap wycignB flint, to strzeliBem.
Stary podoficer pomy[laB chwil, po czym zdecydowaB. Z broni przy ramieniu pchnB lekko
drzwi, te uchyliBy si. Przez szpar Schlieebex widziaB le|cego w [niegu LapoDczyka.
 Rusza si, psiakrew & Gwno, wychodzimy.
WstaB i wyszedB przekonany, |e ewentualni wsplnicy my[liwego musieliby ju| jako[ da zna
o swoim istnieniu. Nikogo nie byBo, tylko postrzelony LapoDczyk na [niegu. Le|aB na brzuchu, na
haftowanym czerwon nici kaftanie plama krwi byBa ledwie widoczna. Kula z Fryckowego
karabinu uderzyBa go w krgosBup, midzy Bopatkami. {yB i cigle miaB nadziej  prbowaB uciec.
Rkami niezdarnie zgarniaB [nieg, jakby chciaB zaczepi o co[ zgrabiaB dBoD, wbi w co[ palce jak
pazury  potem ju| postronkowate mi[nie pocignByby chude ciaBo i odsunBby si od tego,
ktry strzeliB mu w plecy. Podoficer zbli|yB si do le|cego ostro|nie, trzymajc go na muszce,
odkopnB powizan drutem dubeltwk poza zasig rozpaczliwie teraz grabicych [nieg dBoni i
butem przewrciB LapoDczyka na plecy. Frycek odBo|yB karabin i wyszedB z chaty. PodnisB ze
[niegu strzelb, chwil szukaB dzwigni, ktr trzeba pocign, by otworzy broD, znalazB,
nacisnB, otworzyB i zamarB.
 Dziwny jaki[ ten my[liwy  stwierdziB Schlieebex, przypatrujc si postrzelonemu z
zainteresowaniem. Nie otrzymaB odpowiedzi, zmarszczyB brwi i odwrciB si do chBopca  ten z
otwartymi ustami wpatrywaB si w lufy dubeltwki. ByBy puste, nie byBo w nich naboi.
 Ta strzelba nie byBa zaBadowana. On chciaB pokaza, |e chce kupi naboje. Dlatego
wycignB broD.  wyrzuciB z siebie Frycek i Bzy spBynBy mu po policzkach.
Feldfebel
przypomniaB sobie bBotnisty lej w Belgii, na dnie ktrego le|aB zwinity w kBbek,
obejmujc rkami gBow w pikielhaubie. Jednak nie chroniB si tam przed artyleryjsk nawaB,
ktra skoDczyBa si kwadrans wcze[niej. ChciaB osBoni siebie przed tym, co staBo si przed chwil.
Obok le|aB Francuz, w jego tBustym gardle tkwiB bagnet. Francuz nie miaB heBmu, byB krpy, Bysy i
niechlujnie ogolony. GBow otaczaBo sadBo spite ciasnym koBnierzem, tworzyBo na karku cztery
faBdy pokryte siw szczecin. Francuz wygldaB jak ojciec strzelca Schlieebexa i byB pierwszym
czBowiekiem, ktrego strzelec Schlieebex zabiB wBasnorcznie. WskoczyB do leju, chowajc si
przed ogniem artyleryjskim, i nie zauwa|yB mBodego Niemca. ByBo ciemno, a mundur strzelca
Schlieebexa pokrywaBa gruba warstwa rudego bBota. Kiedy wic Francuz przytuliB si do [ciany
leja, strzelec Schlieebex wycignB z pochwy bagnet i wbiB go w gardBo wroga, speBniajc swj
|oBnierski obowizek.
Dlatego wiedziaB, |e nie mo|e pomc chBopcu znie[ brzemienia tego czynu. Cierpienie jest
szczelne, nie mo|na dotkn go z zewntrz. Nie widzimy ani nie czujemy cierpienia innych,
widzimy tylko objawy blu. Prbujc pomc, przypominamy lekarza, ktry leczyBby gruzlic,
podajc syrop na kaszel.
LapoDczyk jknB. Fryc nagle oprzytomniaB i rzuciB si do rannego. ZaczB rozsznurowywa mu
kaftan, jakby rozluznienie ubrania mogBo pomc na krgosBup zgruchotany pociskiem. Stary
my[liwy nagle obiema rkami chwyciB chBopca za bluz. Cienkie palce o zgrubiaBych stawach
powoli zacisnBy si na szarym materiale jak szpony, rkawy kurty zsunBy si, odsBaniajc
nadgarstki  na obu wytatuowany byB skomplikowany ornament jak bransoleta oplatajcy starcz,
luzn skr. Schlieebex staB obok z palcem na spu[cie, ale nie reagowaB. MBody |oBnierz nie chciaB
wyzwala si siB, a starzec swymi zadziwiajco silnymi rkami przycigaB chBopca do siebie.
WpatrywaB si intensywnie w oczy Frycka, otworzyB usta, odsBaniajc bezzbne dzisBa, i zaczB
[piewa. MBody Zlzak nigdy nie sByszaB takiego [piewu. Z gardBa LapoDczyka wydobywaB si
niski, wibrujcy, modulowany dzwik, przera|ajcy i pierwotny. My[liwy pu[ciB mundur chBopca,
lecz ten cigle trwaB pochylony, jakby dalej cignBy go niewidzialne ju| dBonie. LapoDczyk
podnisB praw dBoD  palce uBo|yB tak, jak Chrystus na obrazach ukBada swoje, prezentujc rany
po gwozdziach: wskazujcy i [rodkowy wyprostowane, a pozostaBe podkurczone, lecz
niezasBaniajce [rodka dBoni. My[liwy szybkim ruchem dotknB czoBa, ust i piersi chBopca,
przerywajc jednocze[nie [piew. PowiedziaB cztery krtkie sBowa, zabrzmiaBy [piewnie i
egzotycznie. Po chwili milczenia Schlieebex stwierdziB, |e w koDcu trzeba przerwa te gusBa.
 Frycek, chBopie, musimy go zabra do domu  powiedziaB.
ChBopiec milczaB, wic Schlieebex podszedB i potrzsnB nim mocno.
 Fryc! Bierzemy go do domu! Bo tu zamarznie!
 On nie |yje  odpowiedziaB gBucho chBopiec.
*
Trzy godziny pzniej zmczeni Schlieebex i Fryc siedzieli w izbie przy stole, ogrzewajc dBonie
o blaszane kubki z gorc kaw, za[ ciaBo LapoDczyka szybko zamarzaBo w pBytkim grobie.
{oBnierze, u|ywajc kilofw i Bopat, zdoBali wyku w ziemi mogiB gBbok na kilkadziesit
centymetrw. Obok ciaBa poBo|yli strzelb i caBy ekwipunek Bowcy, po czym przykryli wszystko
czterema gBazami. Na saniach nie znalezli skr ani misa ubitych zwierzt, tylko skrzane
woreczki z zioBami, grzechotk i kilka pokrytych znakami krgw szyjnych renifera. Gdy
skoDczyli, niebo rozja[niBo si jak na pB godziny przed [witem i zamiast ciemno[ci zapanowaBa
szaro[. Zza horyzontu sBoDce nie wyjdzie wcale.
Podoficer czuB, |e sBowa wyja[nienia i pocieszenia s jedynym narzdziem, jakim mo|e pomc
chBopcu. ZaczB, gdy tylko zabrali si do kopania. MwiB jak czBowiek, ktry ceni sBowa, bo nie
wypowiada ich zbyt wiele. Nie zalewaB chBopca potokiem erudycji, nie brylowaB, nie upajaB si
dzwikiem wBasnego gBosu. StawiaB dBugie pauzy midzy wyrazami i jeszcze dBu|sze midzy
zdaniami, jakby ukBadaB sobie w gBowie ka|d fraz, zanim j wypowie. MwiB najpierw o
przyczynach, potem o tym, |e naciskajc spust, chroniB dowdc, o tym, |e na wojnie nie mo|na
zakBada, |e potencjalny wrg ma broD niezaBadowan, potem o przypadku, potem o
odpowiedzialno[ci. Frycek sBuchaB, nie przerywajc. ByB inteligentnym chBopcem i rozumiaB
wszystkie argumenty swojego dowdcy, ale nie potrafiB si z nimi zgodzi. Wci| sByszaB
niezrozumiaBe ostatnie sBowa LapoDczyka. Gdyby mgB mu wytBumaczy! Prosi o przebaczenie!
WyBo|y, |e musiaB strzeli! Zamiast tego miaB [wiadomo[, |e my[liwy umieraB przekonany, |e
spoglda w oczy podstpnego mordercy.
Jednak, bez wtpienia, sBowa dowdcy pomogBy. Fryc czuB si paskudnie, ale wysiBek fizyczny
wyrwaB go z odrtwienia, w jakie wprawiBy go hipnotyczne sBowa i [widrujce, czarne oczka
LapoDczyka. Schlieebex specjalnie zaprzgB go do [witecznej krztaniny, by nie da mu zbyt
wiele czasu na my[lenie. I gdy tylko rozgrzali si kaw, nakazaB Fryckowi ponownie wyszorowa
drewnian podBog, nie omijajc |adnego kta, przewietrzy po[ciel, wyczy[ci piec, popioBem
posypa schody i dr|k do urzdzeD meteo, nanie[ nowego, Badnego drewna  [miejc si w
duchu, kazaB wybiera rwne polana, wyBcznie brzozowe, aby przynajmniej na [wita to
porzdnie wygldaBo .
Gdy chBopiec skoDczyB, na dworze panowaBy ciemno[ci. Nale|aBo uruchomi znowu agregat,
spisa dane meteo i przez radio przekaza je do centrali. Frycek zaBo|yB ko|uch i z kartk i
oBwkiem wyszedB na dwr. Diesel nie chciaB odpali  chBopiec spojrzaB na termometr,
dwadzie[cia osiem poni|ej zera. Trudno. NanisB sosnowych szczap, odgarnB [nieg spod
maszyny, zmiB stary numer Vlkischer Beobachter  i pod silnikiem urzdzenia rozpaliB maBe
ognisko. Chtnie schowaBby si na kwadrans do chaty, uciekajc od mrozu, ale wiedziaB, |e
Schlieebex w[ciekBby si, gdyby zobaczyB, |e zostawiB ogieD pod agregatem. CzekaB wic,
podskakujc i machajc rkami, aby troch si ogrza. W koDcu dotknB dBoni silnika  byB ju|
ciepBy. ZaskoczyB od razu, wyrzuciB chmur dymu i po chwili pyrkaB ju| miarowo. Elektryczna
lampa nad stacj przez chwil |arzyBa si niemrawo, a kiedy Fritz zwikszyB obroty silnika,
rozbBysnBa jasnym [wiatBem. SpisaB dane ze stacji  temperatura, ci[nienie, wilgotno[; zmierzyB
grubo[ pokrywy [nie|nej, chocia| od dawna nie padaBo, i wrciB do chaty. PodaB Schlieebexowi
kartk. Podoficer, jak zwykle krcc nosem, |e mBody bazgrze jak kura pazurem, piknym,
uroczystym pismem przenisB dane do ksigi, po czym uruchomiB radio, nowoczesny,
czterolampowy nadajnik Telefunken . PrzekazaB komunikat, wymieniB par [witecznych
grzeczno[ci i wyBczyB radio. Frycek wstaB oci|ale  do jego obowizkw nale|aBo wyBczenie
generatora po zakoDczonej transmisji, jednak podoficer wstrzymaB go.
 Zostaw, niech dziaBa. Dzisiaj Wigilia, posBuchamy audycji w Deutsche Welle .
Frycek usiadB znowu do stoBu. Nie czuB si najlepiej. W skroniach ttniB puls i piekBy go oczy.
Schlieebex zauwa|yB, |e chBopiec jest rozpalony. PoBo|yB mu rk na czole.
 Doskonale, brakowaBo tylko gorczki. Wskakuj do wyra. T Wigili spdzisz, biedaczku, w
po[cieli.
Fryc posBusznie zrzuciB mundur i poBo|yB si do B|ka. PrbowaB zasn  ale gdy tylko
zamykaB oczy, widziaB twarz umierajcego LapoDczyka. CzuwaB wic, grzejc si pod pierzyn.
SaksoDczyk tymczasem za  parzyB herbat, zastanowiB si chwil i wycignwszy z szafki
butelk, wlaB do obu kubkw po kieliszku sznapsa. PodaB chBopcu gorce naczynie, spojrzaB na
zegarek  ju| osiemnasta, ju| czas. Mieli pikny odbiornik Siemensa , z zielonym okiem w
eleganckiej obudowie z orzechowego drewna. Schlieebex przekrciB gaBk i delikatnie krcc ni
w lewo i prawo, z szumw i trzaskw wyBowiB znany gBos spikera Deutsche Welle . Wigilijna
audycja byBa chyba najbardziej wzruszajca ze wszystkich programw w cigu roku. Schlieebex
nie przyznaBby si do tego nikomu, ale |adne przemwienie
Fhrera
nie wywoBaBo w nim nigdy
takiego przypBywu patriotyzmu i miBo[ci do Niemiec, jak wsplne [piewanie Stille Nacht ,
razem, wszdzie tam, gdzie byli niemieccy |oBnierze. My[laB wtedy o swoich
Kameraden
walczcych na wszystkich frontach tej caBej wojny, od skutych lodem rosyjskich pustkowi, przez
piaski afrykaDskich pustyD, ciche gBbiny Atlantyku, niebo nad Angli, po ich zapomnian przez
[wiat izb w norweskiej chacie. Co do mBodego Zlzaka, to w ogle miaB wtpliwo[ci, czy chBopiec
czuje si Niemcem. W [lskim
Wasserpolnisch
mwi na pewno lepiej ni| po niemiecku. ByB
przekonany, |e sprawy narodowej to|samo[ci w ogle Frycka nie obchodz. SpojrzaB na chBopca,
ktry pogr|aB si tymczasem w apatii. Nie zasypiajc, gapiB si w sufit.
RozpoczBa si audycja. Najpierw spiker wygBosiB krtk pogadank o historii niemieckich
obyczajw [witecznych. Nastpnie  standardowy komunikat o sytuacji na wszystkich frontach.
Ja, ja, natrlich,
pomy[laB Schlieebex. W zeszBym roku ogBaszali przez radio zwycistwo Niemiec,
w tym przekonuj, |e nie mo|emy odda zwycistwa, za rok bdzie, |e musimy zwyci|y, za
dwa, |e nie mo|emy ponie[ klski, a za trzy & Ech, Bg raczy wiedzie. W koDcu spiker
zapowiedziaB, |e rozpoczyna si wBa[nie tradycyjne doroczne [piewanie Stille Nacht  przez
|oBnierzy na wszystkich frontach. Pierwsza zwrotka od[piewana zostanie przez |oBnierzy naszych
wojsk okupacyjnych w Pary|u. Pary|, czy mnie sByszycie? . W gBo[niku rozlegBy si trzaski,
ucichBy nagle i przemwiB Bagodny gBos z wyczuwalnym berliDskim akcentem. Cisza, ludzie.
Jeste[my na antenie . W tle ledwie sByszalny [miech, dzwik sztucw stukajcych o naczynia,
trcanie si kieliszkami. Wreszcie po chwili gBo[nik wypeBniBa pierwsza zwrotka koldy,
wy[piewana rozbawionymi, faBszujcymi gBosami &
Stille Nacht! Heilge Nacht!
Alles schlft; einsam wacht
Nur das traute hoch heilige Paar.
Holder Knab  im lockigten Haar,
Schlafe in himmlischer Ruh!
Frycek nagle wygiB si w paBk, jakby puszczono przez niego prd o wysokim napiciu,
charczc przera|ajco. Schlieebex doskoczyB do chBopca, lecz zanim zd|yB poBo|y na nim dBonie,
mBody Zlzak bezwBadnie spoczB w po[cieli bez przytomno[ci.
*
W Pary|u o osiemnastej byBo ju| ciemno. PadaB lekki [nieg szarpany dojmujcym, lodowatym
wiatrem. Na
rue
imienia Dumont de Urville, |eglarza, ktry opBy nB caBy [wiat, a zginB w jednej z
pierwszych katastrof kolejowych, [nieg pokrywaB szyby zaparkowanych w rzdzie sBu|bowych
mercedesw i adlerw. WzdBu| neobarokowej fasady hotelu Majestic , siedziby sztabu
niemieckich wojsk okupacyjnych we Francji, szBo trzech mBodych |oBnierzy. Z uwagi na
ssiedztwo tak powa|nej instytucji starali si zachowywa przyzwoicie. Wartownik przy wej[ciu
u[miechnB si do siebie  nad wyraz dokBadny, spokojny i rwny krok zdradzaB, |e chBopcy
zd|yli ju| sobie podpi i teraz caB siB woli germaDskiego wojownika wyt|aj, by nic nie byBo
po nich wida.
Horst, Bruno i Fritz nieudolnie ukrywali nie tylko szmer wypitych dwch butelek koniaku, ale
prawie parskali od tBumionego [miechu. Siedzieli na kwaterze u Bruna, gdy Frycek wymy[liB
zupeBnie nowy sposb na spdzenie Wigilii  pjd do burdelu! Absurdalny pomysB od razu si
chBopcom spodobaB, zwBaszcza gdy Horst zaczB argumentowa, |e kiedy jak kiedy, ale w [wita
oficerowie do domu publicznego nie pjd, wic nie bdzie tak jak zwykle, |e dla |oBnierzy
zostan tylko stare i brzydkie kurwy. Wezm sobie najBadniejsze dziewczta, po butelce szampana,
upij si wesoBo i pjd na gr & Kwadrans pzniej maszerowali razno po paryskim bruku, ryczc
na caBe gardBo
Vor der Kaserne, Vor dem groen Tor, Stand eine Laterne, Und steht sie noch davor,
nie pamitali dalszych zwrotek, wic bez koDca powtarzali pierwsz, zmieniajc si i razem
wykrzykujc refren,
Wie einst Lili Marleeeeeeen.
Przycichli dopiero obok sztabu, minli go i
skrcili w przecznic, gdzie wybuchnli [miechem. Szli dalej, zataczajc si, niewinnie
zaczepiajc nielicznych przechodniw i strojc sztubackie miny do szacownych pary|anek
spogldajcych z dezaprobat zza firan. Wreszcie stanli przed drzwiami, ktre niczym nie
odr|niaBy si od innych. Jednak chBopcy znali je dobrze. {aden z nich nie przyznaB si, |e nigdy
jeszcze nie byB w [rodku, nie przypuszczajc, |e koledzy mog tak samo kBama. Mieli wic
wszyscy odwa|ne i zadziorne miny bywalcw i lww salonowych. Bruno, najstarszy, nacisnB
przycisk elektrycznego dzwonka, Horst wyjtym z tylnej kieszeni spodni grzebieniem przyczesaB
gst czupryn, za[ Fritz dyskretnie [cignB z palca [lubn obrczk. Drzwi otwarBa im
burdelmama  ubrana z wyzywajc elegancj balansujc na granicy kiczu, zniszczona kobieta.
Dla swojej profesji byBa wrcz archetypowa, chocia| chBopcy nie mogli tego wiedzie, bo byBa
pierwsz wBa[cicielk takiego interesu, jak widzieli, oraz nie wiedzieli, co to archetyp . Kobieta
zmierzyBa chBopcw wzrokiem i otaksowaBa ich skromne, pozbawione odznaczeD mundury.
ChBopcy liczyli, |e w Wigili z powodu niewielkiego popytu na tego rodzaju usBugi skorzystaj z
dziewczt normalnie przeznaczonych dla oficerw. Jednak
madamoiselle
Leroux byBa
do[wiadczon
businesswoman
i nie prowadziBa dziaBalno[ci charytatywnej; magia [wit nie
nastrajaBa jej poza tym zbyt przyjaznie do [wiata. ChBopcy dostan takie dziewczyny, na jakie ich
sta.
 Ile chc oni pienidza wyda na dziewczyna?  zapytaBa Baman niemczyzn, gdy wspili
si ju| po schodach.
Bruno i Horst spojrzeli na Frycka. On trzymaB pienidze  sBu|yli razem na tyle dBugo, by
stwierdzi, |e gdy Fritz gospodaruje wsplnymi pienidzmi, wychodz na tym najlepiej. Zlzak,
kiwajc gBow, wyjB z kieszeni portfel. OtworzyB go z pietyzmem, odliczyB reichsmarki i bez
sBowa podaB plik burdelmamie. Ta szybko przeliczyBa banknoty, oszacowaBa, |e na oficersk
zabaw |oBnierzy nie sta, a na |oBniersk dali jej troch za du|o. Panna Leroux dbaBa o dobre imi
firmy. OdliczyBa wic poBow r|nicy midzy cen za trzy dziewczyny dla szeregowych a kwot,
jak otrzymaBa, i oddaBa Fritzowi, reszt traktujc jako napiwek. ChBopak ze zdziwieniem przyjB
reszt. Gdy wkBadaB pienidze do portfela, midzy palcami zapltaBo mu si zdjcie. Niewielki
prostokt cienkiego kartonu z zbkowanym brzegiem i wyretuszowanymi cieniami. Na specjalnym
tle z romantycznym greckim pejza|em staBo metalowe, secesyjne krzesBo. Fritz w galowym
mundurze i jego |ona w prostej, biaBej sukni z welonem i dBugimi rkawiczkami.
{onaty byB dopiero pB roku. Frida byBa dobr i pikn dziewczyn i Fritz nie wtpiB ani chwili,
|e j kocha. Znali si dBugo, w zasadzie od dzieciDstwa. Zarczyli si trzy dni po rozpoczciu
wojny z bolszewikami  dziewczyna miaBa nadziej, |e Fritz jako |onaty uniknie poboru. Zlub
wzili pB roku pzniej, Frida byBa ju| wtedy w ci|y, ale na tyle krtko, |e przed [lubem wiedziaB
o tym tylko
farorz,
ktry machnB rk 
niy ma o czym goda.
Dziecko jeszcze si nie narodziBo,
ale chBopiec wiele o nim my[laB. Frida pisaBa do m|a codziennie, wydajc fortun na znaczki, a
Fritz, nie majc ani lekkiego pira, ani swobody w wyra|aniu uczu, pisaB raz w tygodniu. Jego
listy byBy krtkie i rzeczowe, ale |onie, ktra dobrze go znaBa, wystarczaBy. WiedziaBa, |e gdy jej
Frycek na zakoDczenie listu, w ktrym zdaje raport z tego, co si dzieje w Pary|u, pisze, |e ckni
mu si za ni i chtnie by j zobaczyB , to znaczy wicej ni| pBomienne wyznania m|w jej
kole|anek, ktrzy w listach pisali, jak bardzo miBuj, a na miejscu pewnie zadawali si z tymi
rozpustnymi Francuzkami  a jej Frycek przecie| nie byB taki.
Madamoiselle
Leroux schowaBa pienidze do wypchanej gotwk torebki, otwarBa drzwi i
wystudiowanym gestem zaprosiBa |oBnierzy do [rodka. W sali panowaB stosowny do rodzaju lokalu
pBmrok. Zciany pokryto czerwon, pluszow tapiseri, w alkowach wisiaBy nieprzyzwoite obrazy
w pozBacanych ramach, a za barem wysoki i chudy m|czyzna w fartuchu i z fryzur na brylantynie
niedbale wycieraB szklanki. Przy kilku stolikach siedziaBy dziewczta. Niektre z go[mi. Oprcz
Fritza, Bruna i Horsta w lokalu byBo jeszcze dwch Niemcw w mundurach: zalany w trupa
szeregowiec w mundurze LuftwafFe chrapaB na stole, a gefrajter z piechoty emablowaB znudzon
prostytutk, ktra udawaBa, |e pozwala si uwodzi. Bruno natychmiast przysiadB si do rudej
dziwki, ktra nie byBa pierwszej mBodo[ci, ale za to dysponowaBa bez wtpienia najwikszym
biustem w lokalu. Horst siadB przy najbli|szym stoliku, bo siedzca przy nim kurwa pocignBa go
za rkaw, za[ Fritz przez chwil rozgldaB si po sali. W kcie siedziaBa maBa brunetka, jak na
tutejsze standardy skromnie odziana. Nie wykonywaBa |adnych zachcajcych gestw.
Iluzje przekonuj nas wtedy, gdy realizuj nasze pragnienia, a Fritz, idc do burdelu, chciaB
pj[ do B|ka z dziewczyn, nie z dziwk, wic nie prbujc dociec, jakim sposobem ten anioB
niewinno[ci mgB znalez si w takim miejscu, przysiadB si do stolika. Dziewczyna prawie nie
mwiBa po niemiecku, on znaB po francusku tylko par sBw. Nie rozmawiali wic. Koledzy poszli
ju| do pokojw, a Fritz z Francuzk siedzieli jeszcze nad dwoma kieliszkami koniaku. Dziewczyna
znaBa spojrzenie chBopcw, ktrych peszyBy przepastne dekolty, wypeBnione pulchnymi pagrkami
piersi, odsBonite a| do bioder uda spowite w jedwab i koronki poDczoch i podwizek, rozchylone
wargi zwil|ane samym koniuszkiem jzyka. Dla tych, ktrym wszystkie te atrakcje, zle|aBe jak
dwutygodniowy pczek na wystawie, nie wydawaBy si szczeglnie pocigajce, byBa ona.
SiedziaBa i caBym arsenaBem wyrachowanych niewinnych spojrzeD, rumieDcw, dyskretnego
u[miechu przysBanianego wierzchem dBoni wyczarowywaBa iluzj, w ktr nie mo|na byBo,
oczywi[cie, uwierzy przez wzgld na jej zawd i otoczenie, ale mo|na byBo da si przekona.
Fritz nie byB gBupcem, nie wierzyB, ale pozwoliB si zaczarowa. Pomy[laB tylko, |e dziewczyna ma
maBe, sterczce piersi, zupeBnie jak Frida, zanim zaszBa w ci|, po czym wstaB, wziB swoj dziwk
za rk i poszli do pokoju.
Gdy zaczBa si rozbiera, czar prysB. W koDcu byBa tylko kurw dla szeregowcw. W
oficerskiej cz[ci burdelu byBy czarodziejki, ktrych czar niewinno[ci trwaB, nawet je|eli wBa[nie
wprawnie wprowadzaBy w najwy|sze arkana rozkoszy dwch m|czyzn naraz, nawet wtedy ich
techniczne mistrzostwo nie przeszkadzaBo w tkaniu iluzji, |e to wszystko po raz pierwszy.
Brunetka Fritza nie byBa a| tak do[wiadczona, jej uroki dziaBaBy tylko na dole przy stoliku. W
pokoju staBa si zimnym manekinem, ktrym w istocie jest ka|da pBatna dziwka, chocia| najlepsze
potrafi ukry to pod warstwami pudru i aktorstwa. Z tych wBa[nie byByby [wietne gwiazdy
filmowe. Francuzka wystudiowanym gestem pchnBa chBopca na B|ko, rozpiBa |akiet i
odwrciwszy si plecami, powoli zsunBa spdnic. Nie lubiBa m|czyzn i sdziBa, |e ci w zasadzie
nienawidz kobiet, |e pociga ich jedynie widok po[ladkw i piersi oraz kopulacja. Nie wiedziaBa,
|e tak naprawd w domu publicznym wielu szuka nie rozBadowania napicia, bo to mog zaBatwi
sami w miejskim szalecie, lecz zapomnienia, ciepBa, podziwu i powrotu do chwil odkrywania
tajemnic. Pki nie zyska tej wiedzy, nie dostpi wy|szych stopni wtajemniczenia swojego zawodu.
Fritz patrzyB na ni z |alem. Ju| nie mgB dBu|ej udawa przed sob, |e dziewczyna jest niewinna i
|e zale|y jej wBa[nie na nim. Przez chwil pomy[laB o Fridzie, poczuB wyrzut sumienia i rozwa|aB
nawet, czy nie uciec z pokoju. Potem wyobraziB sobie swoich towarzyszy ryczcych ze [miechu, |e
Fritz uciekB na widok dziewczyny. PostaraB si zatem nie my[le wicej o |onie i skupiB si na
podziwianiu Badnych po[ladkw swojej dziwki.
Gdy pzniej siedziaBa na nim okrakiem, opierajc rce na jego chudym torsie, a jej piersi
podskakiwaBy rytmicznie, chBopiec oprcz profesjonalnie dostarczanej rozkoszy czuB gBboki
smutek. Nawet dobrze opanowane westchnienia, jki i wreszcie krzyki, ktre wydawaBa
dziewczyna, nie mogBy zatrze upiornego wra|enia, jakie wywarBo jej puste spojrzenie wbite w
[cian gdzie[ za nim. Fritz zrozumiaB, |e Francuzka jest teraz gdzie[ bardzo daleko. Nie mgB
wiedzie, |e maBa Dominique siedzi teraz przed kamiennym domem w Prowansji, wdychajc woD
rozpalonego sierpniowym sBoDcem rozmarynu i bazylii, za[ jej ojciec, zabity w kampanii 1940
roku, wraca wBa[nie strom [cie|k, niosc dwie perliczki na obiad, ktry Dominique ugotuje.
Po wszystkim zsunBa si z Fritza i chciaBa bezwiednie wypowiedzie zwykB formuBk, |e
byBo cudownie, jeszcze nigdy nie r|nB mnie taki m|czyzna, mam nadziej, |e nie bd musiaBa
dBugo czeka na twj powrt , ale spojrzaBa w jego oczy i zrozumiaBa, |e on rwnie| byB daleko.
Fritz z rozdartym sercem staB na progu wagonu caBego przystrojonego kwiatami i patrzyB w
okolon blond lokami twarz swojej Fridy. Po jej policzkach spBywaBy wielkie Bzy. DBonie poBo|yBa
na swoim okrgBym brzuchu, w ktrym nosiBa ich dziecko. Rana w sercu Fritza byBa pBytka i ju|
wtedy na peronie miBo[, zaufanie i Bzy Fridy pokrywaBy j delikatnym balsamem. Wtedy wiedziaB
 wystarczy, |e go nie zabij, a przecie| bycie |oBnierzem w Pary|u jest bezpieczniejsze ni| praca
na kopalni. Wystarczy, |e wrci do swojej |ony i dziecka, a Bzy wyschn i po ranie w sercu nie
zostanie nawet blizna. Teraz, po dwch kwadransach z parysk prostytutk, serce Fritza byBo
rozdarte na dwoje i nie ma innego balsamu na tak ran ni| czas. Jednak nawet to panaceum nie goi
ran do koDca. We wra|liwej tkance zawsze pozostanie blizna. Czasem ropiejca.
Dziewczyna przykryBa si kocem i czekaBa, a| klient wyjdzie. Fritz zapiB spodnie i szelki,
naBo|yB kurtk, spojrzaB na swoj pBatn kochank i zrozumiaB, co wypeBnia jej dusz. ChciaB
pogBadzi j po policzku, aby jako[ podzieli swj smutek, lecz gdy tylko wycignB rk, cofnBa
si jak dzikie zwierz. OdwrciB si i wyszedB. Dziewczyna jak zwykle podmyBa si, otarBa Bzy,
naBo|yBa swj roboczy strj i zeszBa do baru. Na korytarzu spotkaBa wBa[cicielk burdelu. Ta
wiedziaBa  maBa Dominique jest tutaj dopiero rok, tak szybko si nie przywyka, za jaki[ czas jej
przejdzie. PoklepaBa dziewczyn po plecach, mruczc swoje zwykBe
c est la vie,
i poszBa
odprowadzi klientw. ChBopcy, przechwalajc si, dopinali kurtki i zakBadali pBaszcze, Fritz [miaB
si gBo[no i opisywaB cycki i tyBek swojej kochanki, gdy Bruno wylewnie zachwycaB si objto[ci
wdzikw prostytutki, z ktr  jak mwiB  miaB okoliczno[.
Kiedy szli ulic, aby zakoDczy miBy wieczr w jakiej[ knajpie, Fritz, nie mogc znie[ ci|aru
[lubnego zdjcia w portfelu, mimochodem wyjB je, udajc, |e szuka po kieszeniach zapaBek do
fajki, zmiB w dBoni i gdy jego towarzysze wysforowali si nieco do przodu, wrzuciB kartonik do
kratki [ciekowej. Pzniej zalali si w trupa i zataczajc si ulicami, ledwie trafili do koszar, zwalili
si do B|ek, nie [cigajc butw, i zachrapali ci|kim, pijanym snem.
*
Schlieebex prbowaB przytrzyma rzucajcego si na posBaniu Fritza, z niejakim za|enowaniem
patrzc na wypychajc spodnie chBopca erekcj. Po chwili mBody Zlzak zwiotczaB caBy i opadB
luzno na posBanie.
Feldfebel
usiadB i zaczB si zastanawia, czy nie nale|aBoby wezwa lekarza.
ZmierzyB chBopcu temperatur  czterdzie[ci stopni. ZrobiB mu chBodny okBad na czoBo z mokrej
[cierki i rozmy[laB. ChBopak le|aB dalej bezwBadnie. W Deustche Welle , gdy powoli cichBy gBosy
paryskich |oBnierzy, rozlegB si mikki baryton spikera. Dzikujemy przedstawicielom wojsk
okupacyjnych w Pary|u. Spod wie|y Eiffla przenosimy si na za[nie|one stoki Arraratu, w
Kaukaz, gdzie w[rd dumnych gralskich plemion nasi dzielni |oBnierze staj tam, gdzie nie
postaBa jeszcze stopa |adnego germaDskiego wojownika w historii. Oddajemy gBos naszym
dzielnym |oBnierzom, spadkobiercom Aleksandra Wielkiego, ktrzy stoj ju| u bram Azji .
Zamiast paryskiego zgieBku zapanowaBa peBna skupienia cisza, przerywana jedynie tBumionymi
przez transmisj skrzypniciami krzeseB i dalekimi odgBosami kanonady. Kto[ cicho odliczyB
eins,
zwei, drei
i kilkana[cie gBosw za[piewaBo:
Stille Nacht! Heil ge Nacht!
Die der Welt Heil gebracht,
Aus des Himmels goldenen Hhn,
Uns der Gnaden Flle lt sehn,
Jesum in Menschengestalt!
*
Dupek. Aajdak. Gnida. Fritzowi nie mie[ciBo si to w gBowie. Jak ten Bajdak mgB! I le|y,
skurwiel, na pryczy, jakby nic si nie staBo, na plecach, a w wycignitej nad gBow dBoni obraca
swj nowy Krzy| {elazny. Krzy| {elazny! Pierwszej klasy! A Fritz nie dostaB nic. Nawet
pochwaBy.
A przecie| Moritz nie byB zBym koleg. Poznali si dwa lata temu, gdy przydzielono ich do tego
samego plutonu w dniu inwazji na Rosj, ale jeszcze daleko za lini frontu, w Prusach
Wschodnich. Zaczynali jako obsBuga karabinu maszynowego. Moritz caBy czas podpadaB dowdcy,
wic ten wyznaczyB go na celowniczego  to najbardziej niebezpieczna funkcja w plutonie,
Strzelec jeden  rzadko |yje dBugo. Fritzowi zrobiBo si |al maBego i chudego Bawarczyka, wic
zgBosiB si na Badowniczego. Razem dawali sobie rad. Frycek miaB wyczucie do personalnych gier
i Moritz, stosujc si do jego rad, wypadB po jakim[ czasie z listy podpadnitych. Po pB roku obaj
dosBu|yli si
Gefreitera
i dalej byli w tym samym plutonie.
Fritz nie uwa|aB si za nazist. Dobrzy nazi[ci pewnie tylko si z tego cieszyli, w koDcu Fritz
miaB ojca Polaka. ZniemczyB sobie nazwisko na Schimansky, ale to nie mogBo zmieni faktu, |e
ojciec nie tylko byB Polakiem spod Krakowa, ale przyjechaB na Zlsk w 1918 roku walczy z
Niemcami. Midzy jedn wojn domow a drug poznaB w Katowicach blondynk, Gerd
Siegling, nowoczesn dziewczyn, ktra przed wojn mieszkaBa w Pary|u i tam przejBa troch
niefrasobliwego nastroju stolicy [wiata.
I tak Andrzej SzymaDski, bojownik o polsko[ Zlska, po zbirce POW biegB do garsoniery,
ktr wynajB specjalnie do schadzek z Gerd. Gdy wchodziB do [rodka, ona le|aBa naga na
po[cieli. Andrzej szybko zrzucaB ubranie i kochali si godzinami, [miejc si, gdy ssiedzi z doBu
nie mogli ju| znie[ krzykw i haBasu, jakie wywoBywaBo rozklekotane B|ko na spr|ynach.
Kiedy le|eli potem nadzy, rozgrzani miBo[ci i ciepBem bijcym od kaflowego pieca, Gerda
robiBa Andrzejowi wyrzuty, |e na nocnym stoliku kBadzie swj pistolet, a ona nie chce oglda
broni. Andrzej w koDcu zaczB zostawia broD w kieszeni pBaszcza.
Zwiat, Zlsk, Polska, Niemcy, POW,
Selbstschutz,
wojna, zemsta, narody, Ententa, prezydent
USA Woodrow Wilson, wBoscy i francuscy |oBnierze, czoBgi i gaz bojowy, okopy, Dmowski,
PiBsudski, Korfanty, rewolucja, bolszewicy, Lenin, marszaBek Petain, Francja, krl angielski 
wszystko zostawaBo zamknite za drzwiami.
Tutaj byBa Gerda, ktrej zBote loki rozsypywaBy si po poduszce, a ona tak cudownie nie
wstydziBa si swojej nago[ci i wdzicznie przyjmowaBa jego du|e dBonie przesuwajce si po jej
po[ladkach i plecach.
I w tym pokoju w jej gorcym ciele wstrzsanym jeszcze oddalajcymi si spazmami rozkoszy
poczB si maBy Fritz.
A cztery miesice pzniej wszystko to, co zostawiali zamknite za drzwiami garsoniery, wdarBo
si do ich |ycia. Gerda powiedziaBa Andrzejowi przy kawiarnianym stoliku: jestem w ci|y .
Andrzej poprosiB j o rk. Potem zastanawiaB si, dlaczego on, polski nacjonalista, zakochaB si w
Niemce.
W czasie przygotowaD do skromnego [lubu postawiB jeden warunek  dzieci wychowaj na
Polakw. Gerda zgodziBa si wzruszeniem ramion. Narody nie miaBy dla niej znaczenia. I tak
mBody Fryderyk (imi po dziadku Andrzeja) wychowywaB si na Polaka.
Andrzej cigle byB spzniony i w koDcu wrciB do domu zbyt pzno. ByB zgorzkniaBy, pijany i
rozgoryczony, bo zamiast Polski miaB tylko Katowice. Idea, dla ktrej pitna[cie lat wcze[niej
gotw byB umrze, sparszywiaBa, skurwiBa si i rozmyBa w [lskiej polityce. WszedB do pokoju
swojego syna, aby widokiem spokojnie oddychajcego pod koBdr syna ukoi swoj nieodBczn
towarzyszk mizantropi.
Jednak B|ko byBo puste. Nie byBo te| Gerdy. ByB za to list.
Andrzej przez wszystkie te lata uprawiaB polityk. A polityk uprawia si, spdzajc godziny na
naradach przy mocnej kawie, na bankietach przy wdce, na spotkaniach przy papierosie. Trzeba
przemierzy kilometry wysokich korytarzy [lskiego Sejmu, wdrapywa si na schody do tysicy
mieszkaD, domw i kwater, odby tysice rozmw telefonicznych. Zawiera niechciane
przyjaznie, pozbywa si znajomych wbrew sympatii. Andrzej oddaB si polityce  Polsce, jak
sdziB na pocztku  bez reszty.
I tamtego dnia nie byBo Gerdy i Fryderyka w domu.
ChBopiec wiele czasu spdzaB z ojcem matki, dla ktrego najdonio[lejszym wspomnieniem z
dzieciDstwa byBa wojna 1870 i cesarska koronacja w Wersalu, nie bardzo byBo mu wic w smak, |e
jego wnuk miaBby by Polakiem. Dziadek Frycka, Ernst Siegling, byB skromnym urzdnikiem na
poczcie i w bezpo[rednim starciu, ktrego stawk byBa narodowo[ chBopca, nie miaBby szans ze
swoim ziciem, zaprawionym bojownikiem. Jednak Andrzej oddaB syna walkowerem.
I dlatego wBa[nie sierpniowego poranka 1937 roku Gerda ze swoim synem siedziaBa w
automobilu jadcym mikoBowsk szos na Gliwice.
Dwa lata pzniej Fritz w szeregach 28. Dywizji Piechoty Wehrmachtu przemierzyB t sam
drog, lecz w drug stron.
W 1937 roku jechaB, tulc pBaczc matk, z silnym postanowieniem, |e zostanie dobrym
Niemcem, czym najdotkliwiej ukarze ojca. Trzy tygodnie pzniej po zaBatwieniu formalno[ci
wstpiB do Hitlerjugend, a na wiosn 1938 zacignB si na ochotnika do wojska. MwiB po
niemiecku z twardym akcentem. Koledzy dokuczali mu, przezywajc wasserpolakiem . BroniB go
wtedy Moritz, zawstydzajc innych przemow, w ktrej zarzuciB szydercom, |e ich zasBuga w
byciu Niemcem jest taka, jak [winia ma w byciu [wini. Urodzili si Niemcami i nic wicej,
tymczasem Fritz wybraB bycie Niemcem, jego niemiecko[ jest efektem [wiadomej decyzji.
ChBopak zapamitaB sobie te sBowa i byB ze swojej niemiecko[ci dumny, i pielgnowaB przyjazD do
Moritza.
Ale teraz, w wigili [wit Bo|ego Narodzenia na Kaukazie, czuB tylko nienawi[, zazdro[ i |al.
C| takiego uczyniB na tym patrolu jego przyjaciel, czym bardziej zasBu|yBby na Krzy| ni| on? Czy
to tylko tym, |e Moritz byB z bawarskiej szlachty i jego ojciec podobno dwadzie[cia lat temu
poznaB
Fhrera?
A jego, Fritza, pominito, bo ma ojca Polaka. WyparB si go, zmieniB nazwisko, walczy dla
Niemiec, a oni nim gardz. Jego ojciec miaB herb, Dbrowa, ale to nic  lepszy byBby ostatni
Bajdak, szewc albo krawiec, byle rodzony Niemiec.
Lecz Fritz przejB od swego ojca subtelny zmysB, cech, ktra pozwala intuicyjnie dostrzega
rozkBad nakBadajcych si na siebie matryc oficjalnych struktur i wewntrznych powizaD.
Bez tego zmysBu wida po prostu kompani. Jest major, ktry dowodzi, s oficerowie,
podoficerowie i szeregowcy. Bez tego zmysBu nie uda si |adna polityczna gra  bo jak|e gra,
nie widzc boiska, kiedy nie umiemy dostrzec, |e w tej kompanii najpot|niejszy jest nie major, a
zwykBy kapral, ordynans Boli. To on ma dostp do majora, kiedy ten pogr|a si w artystycznej
depresji i wspomina pikne czasy, w ktrych arystokratyczne nazwisko nie byBo zobowizaniem,
lecz eleganckim dodatkiem do nihilistycznego |ycia berliDskiej bohemy. Swoje
von
i
zu
pisaB
wtedy tak, jak zawizuje si jedwabny krawat.
A dzisiaj zamiast po porannym espresso siada do maszyny do pisania dowodzi band
prostakw. Zamiast wygodnej bon|urki i fularu gruba weBna munduru
feldgrau.
{eby nie
zwariowa, zamyka si w swojej kwaterze ([ciany z desek, przez ktre cigle przesypuje si
ziemia &) z butelkami gruziDskiego koniaku i pisze. Nikt nie ma wtedy do niego dostpu inaczej
ni| przez ordynansa, ktry rozumie, jak obce s panu majorowi wojenne obowizki. Major ufa mu,
a on tego zaufania nie zawiedzie i nie nadu|yje. Podejmuje decyzje takie, jakie sam pan major by
podjB, gdyby zechciaB si zni|y do ich poziomu. OpracowaB nawet system podawania papierw
do podpisu  przypina je klamerkami do podBu|nej deseczki, uBo|one w schodki, za[ miejsce, w
ktrym pan major ma zBo|y podpis zaznacza czerwonym atramentem. Dowdca wie, jak wa|ne s
dokumenty, wic czasem, co kilka dni, po[wica swj czas i ka|e przynie[ papiery. Upro[ciB swj
autograf, opracowaB jego wojenn wersj pozbawion manierystycznych zawijasw i secesyjnego
kroju liter  w cigu minuty jest w stanie podpisa i pitna[cie papierw.
Jednak dokumenty to nie wszystko. Kiedy[ kapral nie potrafiB dobrze referowa problemw.
MwiB: Panie majorze, brakuje nam amunicji, co robi?  albo Sier|ant Munch kolb karabinu
stBukB swojego podwBadnego, strzelca Kirsta, czy zechce pan zareagowa? .
Gdy pan major miaB nastrj artystyczny, podobne pytania [cigaBy go brutalnie na ziemi. Nic
dziwnego, |e czsto wpadaB we w[ciekBo[, raz nawet strzeliB w stron ordynansa z pistoletu. Ale
kapral pojB, gdzie le|y ko[ niezgody, i zaczB przedstawia sprawy w sposb nastpujcy: Panie
majorze, zabrakBo nam amunicji, zechce pan podpisa zamwienie do zaopatrzenia  o, tu  to
[rodowym transportem przyjdzie , Sier|ant Munch stBukB strzelca Kirsta kolb, ale Kirstowi si
nale|aBo, bo to obibok i zBodziej. PozwoliBem sobie przekaza Munchowi, |e pan major nie |yczy
sobie wicej tego typu zaj[ w kompanii, ale tym razem jeszcze sier|ant nie zostanie ukarany . Pan
major, nie odrywajc wzroku od ksi|ki, kiwaB tylko gBow.
Dlatego wBa[nie na wszelki wypadek Fritz od pocztku sBu|by staraB si przypodoba
kapralowi. Ot, tak dla [witego spokoju. PodrzuciB mu czasem co[ dobrego z matczynej paczki,
przynisB zdobyczn butelk wina, zaoferowaB pomoc w glansowaniu majorowych butw. A
kapral lubiB Zlzaka i nieraz odwdziczaB si maBymi przysBugami i uprzejmo[ciami, na ktrych
zasadza si ka|da sympatia.
Fritz dostrzegaB te| rzeczy subtelniejsze, takie jak niewidoczna dla niewprawnego oka miBo[
kaprala. Kapral Bll mianowicie kochaB Adolfa Hitlera.
Nie sprawiaB wra|enia zapiekBego nazisty, nie nale|aB do tych butnych m|czyzn, ktrzy
ci|kimi butami tupali po bruku ka|dego niemieckiego miasteczka. Kapral Bll byB niepozornym
chBopcem, grzecznym i spokojnym, osieroconym przez zabitego pod Somm ojca. PochodziB z
pobo|nej robotniczej rodziny, wychowywaB si z matk, ktra pracowaBa jako sBu|ca w bogatych
domach. Bll nie miaB rodzeDstwa, a matka nauczyBa go, |e trzeba wtapia si w tBum, nie wdawa
w dyskusje, sBucha poleceD i wykonywa je jak najlepiej.
Ich mieszkanie skBadaBo si z pokoiku z kuchni, a honorowe miejsce na [cianie zajmowaBo
zdjcie ojca w mundurze, podmalowane bladymi pastelami. MaBy Bll wdrapywaB si na szezlong,
opieraB dBoDmi o [cian i wpatrywaB w m|czyzn oprawionego w szkBo. Prawa rka ojca opieraBa
si na bagnecie, lew przyciskaB do piersi. Wzrok przykuwaBa du|a gBowa o pulchnych policzkach
zabarwionych r|owym kolorem z kontrapunktem wsikw podkre[lajcych perkaty nos,
podkrconych i nasmarowanych brylantyn. GBow wieDczyBa okrgBa czapka z
czerwono biaBo czarnym bczkiem, lecz uwaga chBopca skupiaBa si na dwch baretkach oczu,
du|ych i ciemnych jak u dziewczyny, tak dziwnie nie pasujcych do tej porzdnej,
niemiecko mieszczaDskiej fizjonomii. Okolone dBugimi rzsami wpatrzone byBy w jaki[ punkt
znajdujcy si daleko za obiektywem Badowanego szklanymi kliszami aparatu, ktrym zdjcie
wykonaB Johann Dreise, jak informowaBa dystyngowana piecztka na passe partout.
MaBy Bll, patrzc na zdjcie, co jaki[ czas raptownie si odwracaB przekonany, |e stary Bll
patrzy na co[, co pojawia si na przeciwlegBej [cianie, na co[ wartego takiej skupionej uwagi, co
zBo[liwie znika, gdy tylko przyszBy kapral odwrci gBow, aby zobaczy To, Na Co Patrzy Tata.
Ci|ki pocisk z francuskiego mozdzierza zmieszaB ciaBo Taty z belgijsk gleb, a potem razem z
deszczem spBynBo ono w ziemi, zmieniajc si ostatecznie w bBoto, czyli mokry proch. Na
zdjciu mBody Boli zbudowaB legend ojca, wsatego, odwa|nego m|czyzny, ktry cigle bije
Francuzw, chocia| wszyscy inni si poddali. Arnim Bll, ktrego ciaBa nikt nie widziaB, bo
zniknBo, w gBowie syna dosiada karego konia i z karabinem w dBoni gna przed sob caB francusk
dywizj. ZapdziB si ju| tak daleko, |e nie mo|e wrci. Czasem tylko spoglda przez rami, ale
jego wzrok nie pada wtedy na maBego synka, lecz na To, Na Co Patrzy Tata.
Matka Boli krci gBow, sBuchajc sBw, ktre jej smutny syn mruczy pod nosem, pochylajc si
nad talerzem z zup, a przyszBy kapral Bll, dorastajc, zaczyna rozumie, |e nie ma |adnego
karego konia, |e to nie rumak, a bBoto pod Somm niesie to, co zostaBo z jego Taty.
Zbiega si to w czasie z odkryciem Niemiec, ktrego mBody Boli dokonuje przypadkiem,
pytajc mam, dlaczego Samuel nie idzie z nimi w niedziel do zboru. To Bczy si jako[ z
odkryciem [mierci ojca, zlewa si w jedno i zamienia w rozpaczliwy, dumny patriotyzm.
Wychowanie i skromno[ nie pozwalaj mBodemu Bllowi chodzi na manifestacje, nie przyBcza
si do bojkotw, nie bierze udziaBu w zamieszkach, ale gdy ma pitna[cie lat, zaczyna pojmowa,
|e ten dziwny czBowiek z maBym wsem rozumie ofiar Arnima Blla, ktry wsikB w belgijsk
ziemi. Wszyscy inni zapomnieli, a ten czBowiek rozumie. Ten czBowiek rozumie, jak maBy Boli
patrzy na czerwone i grube dBonie swojej matki, kiedy ta wraca wieczorem ze sBu|by.
MBody Boli nie uwa|a si za do[ dobrego, aby zapisa si do Hitlerjugend, gdy HJ staje si
obowizkowe, chBopiec jest ju| mBodym m|czyzn, za[ do NSDAP nie wstpuje, bo nie jest, w
swoim pojciu, godny tego zaszczytu. Gdy trafia do wojska, jego matka nie mo|e ju| nad tym
ubolewa, bo umarBa. W[rd nowych kolegw Bll tylko raz publicznie mwi o swoich uczuciach
do Wodza. Wy[miany  milknie.
ZrozumiaB, |e nie powinien opowiada o swoim uwielbieniu. Nigdy nie czuB potrzeby dzielenia
si swoimi uczuciami. ChciaB sBu|y Niemcom, sBu|c kanclerzowi.
Cigle jest cichy, skromny i pracowity, i przez wzgld na te cechy zostaje ordynansem i
awansuj go na kaprala. Jednak jest tylko czBowiekiem, nie staB si prywatnym [witym
narodowego socjalizmu. Nie caBym sercem po[wiciB si idei, ma rwnie| swoje, osobiste
namitno[ci. Jedn namitno[. Nienawi[.
Bll, dorosBy, mdrzejszy Bll, nienawidzi tych, ktrym sBu|yBa jego matka, biedna wdowa po
bohaterze wojennym. Tych, ktrzy gdy ojciec i jemu podobni wsikali w ziemi, nie wy[ciubiali
nosa z paBacw. Tych, ktrzy nie odrywajc wzroku od ksi|ki, unosili tylko nogi, aby matka Blla
mogBa umy parkiet pod fotelem, na ktrym oni umo[cili swoje tBuste zadki.
Tak|e Fritz dziki swej zdolno[ci dostrzegB nienawi[ kaprala Blla.
Nagle le|cy obok syn bawarskiego arystokraty Moritz, obracajcy w palcach swj {elazny
Krzy|, rozgoryczenie Fritza, wpByw Blla na dowdc kompanii i jego prywatne namitno[ci
poBczyBy si w gBowie mBodego Zlzaka w mo|liwo[ dziaBania, a nastpnie w decyzj.
Pozwalamy w sobie mieszka pogldom, ktrych nie pielgnujemy. Nie nale| do [cisBego
rdzenia intelektualnej formacji, jak dane nam byBo odebra, |yj w nas na poboczu, nie my[limy o
nich za wiele, nie przypuszczamy nawet, |e chcieliby[my ich broni. I czasem |ycie wystawia na
prb nie gBwn cz[ naszego [wiatopogldu, lecz testuje co[, w co wierzyli[my niejako na
marginesie.
Kiedy zapytali Moritza, czy to prawda, |e wyra|aB si pogardliwie o
Fhrerze,
uspokoiB si 
nic prostszego ni| wyBga si z takich podejrzeD. BaB si, |e zapytaj jeszcze raz o
Feldfebla
Grunna, ktrego osobi[cie zastrzeliB, ratujc |ycie paru kaukaskim gralom. Wymy[liB wtedy
mocn historyjk o rosyjskim snajperze, w ktr prowadzcy polowe [ledztwo uwierzyli, bo
chcieli wierzy. BaB si rwnie| troch, |e zapytaj o {elazny Krzy| & Tak si cieszyB z tego
kawaBka metalu, taki sam z dum nosili jego ojciec i dziadek, tak si cieszyB, |e wrci do domu i w
oczach ojca stanie si godnym dziedzicem rycerskiej krwi. Tym razem Krzy| nale|aB si bardziej
mBodemu Zlzakowi  ale Moritz tyle ju| dla niego zrobiB, |e to drobne oszustwo potraktowaB
jako niewielk rekompensat za swoj sympati. A zatem  drobnostka &
I z powodu tego spokoju wBa[nie tym bardziej zdziwiB si wBasnym sBowom. SByszaB je,
wydobywaBy si z jego gardBa, ale nie mwiB ich sam. MwiBa za niego krew, ktrej kolor na
bBkitny zmienili ofiar |ycia zBo|onego w piaskach hrabstwa Edessy m|czyzni [mierdzcy
potem, odziani w kolczugi i heBmy. Moritz nie mgB tego wiedzie, ale to wBa[nie te sBowa
sprawiBy, |e staB si godnym potomkiem szewca z Norymbergi, Ottona, ktry ginc, swojego syna
Hermanna uczyniB rycerzem (koD potyka si na piasku, poprg nie wytrzymuje ci|aru odzianego
w kolczug wojownika i ten wali si na ziemi razem z kulbak, prbuje wyswobodzi stopy ze
strzemion, ale saraceDska lanca jest szybsza).
Najpierw jednak spBodziB syna  i tak linia przelanej krwi doszBa a| do Moritza, ktry cigle
dziwic si wBasnym sBowom, po raz trzeci potwierdza: tak, drwiBem sobie z
Fhrera.
Dlaczego?
Ano, bo ten nie[lubny, plebejski bastard obra|a swoj ndzn osob caBe Niemcy. Dlatego, |e tylko
dziki drwinie mog cigle kocha ten nard, kiedy[ tak wielki, a dzi[ splugawiaBy tak bardzo, |e
pozwala takim ndznikom by jego wBadcami. Jak|e wzniosBe byBo posBuszeDstwo cesarzom,
potomkom najlepszych niemieckich rodw, jak|e podBa jest sBu|alczo[ dla tego Bajdaka. Jeden z
przesBuchujcych, przystojny kapitan noszcy na szyi gwiazd Pour Le Merite, najwy|szego
odznaczenia Cesarstwa, zaciska mocno zarysowane szczki, a| graj mi[nie na policzkach, a
Moritz odnajduje zrozumienie w jego gBbokich, szarych oczach. Kapitan patrzy na pozostaBych
dwch oficerw, lecz ci my[l o innym czBowieku, ktry tak wiele mo|e i siedzi teraz za nimi na
prowizorycznym stoBku, i u[miecha si z satysfakcj.
Moritz sdziB, |e go rozstrzelaj. Zamiast tego siedzi teraz na podBodze bydlcego wagonu. Nie
ma ju| pasa, dystynkcji, {elaznego Krzy|a. Korzystajc ze [wiatBa przebijajcego si przez szpary
midzy deskami, z ktrych zbudowane s burty wagonu, Moriz czyta dziwn ksi|eczk, ktr
wcisnB mu ukradkiem stalowooki kapitan, szepczc, |e nic wicej nie mo|e zrobi:
Damals wurde es mir deutlich, da die Panik, dereD Schatten immer ber unseren groen
Stdten lagern, ihr Pendant im khnen bermut der Wenigen besitzt, die gleich Adlern ber
dumpfem Leiden kreisen. Einmal, als wir mit dem Capitano tranken, blickte er in den betauten
Kelch wie in ein Glas, in dem vergangene Zeiten sich erschlieen, und er meinte traumend: Kein
Glas Sekt war kstlicher als jenes, das man uns an die Maschine reichte in der Nacht, da wir
Sagunt zu Asche brannten . Und wir dachten: Lieber noch mit diesem strzen, als mit jenen leben,
die die Furcht im Staub zu kriechen zwingt.
Umrze w Dachau dwa miesice pzniej, zaraziwszy si tyfusem. Zaprawd, umrze rycersk
[mierci.
Kapral Bll glansuje metodycznie wysokie oficerki majora, spokojny i syty speBnion
nienawi[ci.
Fritz siedzi na pryczy i my[li, gdzie| teraz mo|e by Moritz.
*
Gorczka nie opadaBa. Schlieebex jeszcze raz poprosiB o pomoc przez radio, bo okBady ani
aspiryna nie pomogBy. I po raz kolejny spotkaB si z odmow. Z w[ciekBo[ci walnB pi[ci w
aparat, szarpnB za wszystkie kable  co[ trzasnBo, poszedB dym i wszystko zgasBo.
UkryB twarz w dBoniach, zastygB tak na minut, po czym podnisB gBow, spojrzaB na
bo|onarodzeniow choink i postanowiB kontynuowa dalej kold, ktr kto[ tam pewnie [piewaB
do mikrofonu Deustche Welle . WyprostowaB si na krze[le i niskim gBosem za[piewaB cicho:
Stille Nacht! Heil ge Nacht!
Gottes Sohn, o wie lacht
Lieb  aus deinem gttlichen Mund,
Da uns schlgt die rettende Stund .
Jesus in deiner Geburt!
Frycek otworzyB oczy i podnisB si na pryczy.

Feldfebel,
co si dzieje?  zapytaB. SaksoDczyk przyskoczyB do chBopca.
 Le|, Frycku, le|. Nic si nie dzieje, wzywaBem pomoc przez radio, ju| wysBali po ciebie
transporter  trajkotaB. DotknB czoBa chBopca i cofnB zaraz dBoD zaskoczony. Gorczka ustpiBa,

Wwczas staBo si dla mnie jasne, |e panika, ktrej cienie rozpo[cieraj si zawsze ponad ka|dym z naszych
wielkich miast, ma swj odpowiednik w odwa|nej bucie tych nielicznych, ktrzy jak orBy kr| nad stBumionym
cierpieniem. Pewnego razu Capitano, pijc z nami, spojrzaB w pokryty ros kielich jak w szklan kul ukazujc
przeszBo[ i w rozmarzeniu powiedziaB:  {aden kielich szampana nie byB wspanialszy od tego, ktry podano nam do
maszyn tej nocy, gdy obrcili[my Sagunt w perzyn. A my pomy[leli[my: zawsze to lepiej run wraz z nim, ni| |y z
tymi, ktrych strach zmusza do peBzania w prochu. Na marmurowych skaBach , Ernst Junger, tBum. Wojciech Kunicki
nagle, jak duch  gorczkowy pot jeszcze nie zaschnB, ale skra byBa ju| chBodna.
 Czujesz si ju| lepiej?  zapytaB coraz bardziej zdziwiony Schlieebex.
 No, zwyczajnie,
Feldfebel.
Nijak si czuj  odpowiedziaB Frycek.
Drzwi domku impetem eksplozji wyrwane z zawiasw wleciaBy do [rodka i wyr|nBy w okno
naprzeciw. Z ciemno[ci natychmiast odezwaBy si pojedyncze strzaBy, a kilka pociskw gBucho
pacnBo o drewniane [ciany domu. Wszystkie szyby posypaBy si w rozdzwonionym deszczu
odBamkw, spadajc na podBog i meble. Frycek i
Feldfebel
jak wystrzeleni z procy skoczyli po
broD, dopadli do pozbawionych szyb okien i zaczli strzela w ciemno[.
OdpowiedziaBo im kilka strzaBw. Frycek nic nie widziaB, ale przeBadowywaB karabin, naciskaB
spust i znw przeBadowywaB, strzelaB w ciemno[, podczas gdy przeciwnicy widzieli ich doskonale
w roz[wietlonych prostoktach okien. Gdy skoDczyBy mu si naboje w magazynku, zorientowaB
si, |e jest cicho  ju| nikt nie strzelaB. PrzycupnB wic za oknem, wpatrujc si w ciemno[,
wygldajc jakiego[ ruchu, czego[, do czego mgBby wycelowa.
Nic nie zauwa|yB.
 Co to byBo,
Feldfebel?
Poszli sobie?
Nie usByszaB odpowiedzi, odwrciB si  Schlieebex le|aB na podBodze, krwawic obficie z rany
pod obojczykiem. ByB nieprzytomny. ChBopiec znalazB szybko banda|e i opatrzyB ran jak umiaB
najlepiej. Nastpnie postaraB si uBo|y swego dowdc wygodnie na podBodze, podBo|ywszy mu
pod gBow zrolowany koc. Gdy przyklknB, poczuB nagBy bl w lewym ramieniu  dotknB
palcami rkawa bluzy i cofajc je, ze zdziwieniem stwierdziB, |e s czerwone od krwi. PostrzaB! Jak
mgB wcze[niej nie zauwa|y? Nie bolaBo wcale. ZcignB wic kurtk i obejrzaB ran. Nie
wygldaBa groznie, raczej jak zadra[nicie. OwinB wic byle jak banda|em i zaBo|yB kurtk. W
izbie zrobiBo si lodowato. Frycek przez chwil rozwa|aB, czy najpierw wzywa pomoc, czy raczej
zaj si prowizorycznym osBoniciem wyrwanych drzwi i wybitych okien, aby ochroni si przed
zimnem. ZdecydowaB, |e najpierw wezwie pomoc  usiadB wic do nadajnika i sprbowaB go
uruchomi. Nie udaBo si  po chwili zauwa|yB pozrywane kable. Nie znaB si na tym i po paru
prbach naprawienia aparatu poraziB go prd.
WziB pistolet maszynowy
Feldfebla
i zaczB przygotowywa si do drogi. Z drewutni
wycignB lekkie sanki i wtaszczyB je do izby. NiemaBym wysiBkiem uBo|yB na nich swojego
dowdc, ksig kodw (wiedziaB, |e tej niepozornej ksi|ki nie mo|na w |adnym wypadku
zostawi wrogowi), mapy, z karabinu wyjB zamek i schowaB do kieszeni, |eby nie zostawia
wrogowi sprawnej broni, amunicj cisnB gdzie[ w [nieg. W nogach Schlieebexa uBo|yB troch
jedzenia, nastpnie przykryB swj Badunek dwoma pBaszczami i ko|uchem, po czym obwizaB
mocno rzemieniami. UbraB si ciepBo, ko|uszek przepasaB dodatkowym pasem, do ktrego
przywizaB sznur od sanek, do kieszeni wBo|yB dwa peBne magazynki. Ju| na dworze przypiB narty,
na piersiach powiesiB peem, wziB kijki i nie zwa|ajc na pulsujcy bl ramienia, ktre teraz
zaczBo przypomina o ranie, sprawdziB kierunek na kompasie i dziarsko ruszyB drog, ktr  jak
mu si wydawaBo  znaB doskonale. Gdy mijaB miejsce, w ktrym zakopali LapoDczyka,
przystanB na chwil, prze|egnaB si i zmwiB krtki pacierz.
Na nartach posuwaB si dosy szybko mimo ci|kiego Badunku. Jednak siBy opuszczaBy go
jeszcze szybciej. Po dwch godzinach marszu byB wyczerpany, ale szedB dalej. Wreszcie, gdy
fosforyzujce wskazwki zegara stwierdziBy, |e idzie ju| pit godzin, postanowiB zrobi krtki
odpoczynek. OdpiB rzemienie saD, narty i usiadB, opierajc si o pieD wysokiej jodBy. ZdjB
rkawice i odgarniajc futra i tkaniny, dotknB szyi swojego dowdcy.
Hoimar Schlieebex nie |yB.
CzBowiek, ktry prze|yB nawaB |elaza w okopach wojny [wiatowej, nieraniony przez |aden z
miliardw pociskw wystrzelonych w tamtych dniach, zginB od jednej z kilkunastu kul
wystrzelonych tego wieczoru. I od norweskiego, polarnego zimna.
Frycek otuliB si mocniej pBaszczem, podcignB kolana pod brod i schowaB twarz w ramiona.
Krew powoli wypBywaBa z niezasklepionej rany, spod zle zaBo|onego opatrunku, a mrz szybko
przegryzaB si przez owcz skr ko|ucha i weBniane sploty pBaszcza.
*
Frycek, Frycek. Stowej, syneczku, stowej, co by[ niy byB za niyskoro &
*
WstaD. UnisB wic Bokcie, wparB si dBoDmi w pylist ziemi, unisB grzbiet. Wargi miaB
popkane, usta, nozdrza i oczy peBne drobnego, na pyB zmielonego pustynnym wiatrem piasku.
Trzeba i[ do [wiatBa, ktre gorzeje nad horyzontem, a delikatnym blaskiem rozja[nia rosnce
nieopodal krzewy tamaryszku. Frycek podciga wic kolana, klka i z trudno[ci wstaje. Ziemia,
zeschnita na pyB, pokryta jest siatk pBytkich pkni. KaBu|e w czerwcu, gdy po deszczu mocno
za[wieciBo sBoDce, pokrywaBy si tak sam warstewk spkanego, zeschnitego bBota, my[li
Frycek. Tylko tutaj pknicia s takie, |e mogBaby uwizn w nich stopa. Gdyby miaB karabin,
mgBby u|y go jako laski, ale nie ma broni ani oporzdzenia. Idzie wic, chwiejc si i potykajc,
w stron zorzy, ktra r|owym i niebieskim [wiatBem rozpala niebo. Nie jest sam. Zewszd
pojawiaj si podobne mu postaci, idce tak samo chwiejnym krokiem, inni le| jeszcze na ziemi
albo wBa[nie wstaj. Nie zwracaj na siebie uwagi, id do przodu w stron [wiatBa.
Jest ju| jasno jak w dzieD. Sklecona z desek i bali szopa  oto, na co wskazuj mienice si
promienie [wiatBa. Fritz wchodzi do [rodka, gdzie nad wymoszczonym sianem korytem pochyla
si wysoka posta. Obok, przykryta derk, wolno oddycha kobieta. Spoczywajce w korycie
niemowl niedawno si narodziBo. Czarne wBoski oblepiaj mikk czaszk, mokre jeszcze od wd
pBodowych, dziecko zaciska maleDkie pistki, zaciska powieki na [lepych oczkach, matka nie
obmyBa go jeszcze z krwi. Frycek pochyla si nad maleDstwem, a ono otwiera oczy i chocia| nie
powinno, patrzy i widzi, spoglda Fryckowi w oczy, i wszystko  szopa, m|czyzna, kobieta,
koryto, dziecko  wszystko znika. Ziemia z hukiem wypitrza si we wzgrze, a Fryc klczy,
kolanem przyciska do solidnej belki wtBe rami skazaDca i drewnianym mBotem uderza w Beb
hufnala, ktry z obrzydliwym chrzstem przebija si midzy ko[mi, [cignami i chrzstkami
nadgarstka. Skazaniec wypr|a si, krzyczc, a Frycek z zaci[nitymi z nienawi[ci zbami wbija
dBugi gwzdz, nie baczc na to, |e krew obryzguje mu twarz i dBonie. Nagle jest ich tutaj tak wielu
i pomagaj mu postawi krzy|, ale Fryc wie, |e to on jest tutaj najwa|niejszy. Krzy| ju| stoi i
okBadaj go jeszcze kamieniami, aby staB pewnie, i spogldaj na pr|ce si mi[nie skazaDca,
ktre jeszcze prbuj utrzyma ci|ar ciaBa. Ach, czemu| nie jest tylko z materii [wiatBa! I gdy w
koDcu mi[nie wiotczej i ramiona wycigaj si w dB, |ebra nie mog ju| [cisn przepony,
napr|a si raz jeszcze, udaje mu si nabra tyle powietrza, aby po raz tysiczny wyszepta ciche
sBowa rozpaczy, i umiera. Fryc, pBaczc, chwyta za le|cy obok karabin, wspina si na palce i
bagnetem przebija bok, ostrze prze[lizguje si midzy |ebrami. Skra rozstpuje si pod stal i z
rany wypBywa kropla krwi, po czym spomidzy |eber skazaDca tryska ogromny strumieD wody,
wielki i [wietlisty. Oblewa Frycka, mundur rozmaka na nim jak mokry papier i spBywa razem z
wod, stal bagnetu zamienia si w rdzawy pyB, a woda cigle pBynie i obmywa Frycka z wszelkich
namitno[ci i z ciaBa, ktre spBywa z niego warstwa po warstwie i wsika w wyschnit ziemi.

Frycek, Frycek. WstaD, synku, wstaD, |eby[ si nie spzniB &
Woda zmywa te| ziemi, krzy|, kamienie i wszystko. I zostaje tylko Friedrich i Skazaniec, ktry
jest ju| samym [wiatBem. Mwi do chBopca po imieniu i podaje mu [wietlist dBoD, aby uBatwi ten
pierwszy, najtrudniejszy krok w gr.
RafaB Chojnacki
OAYSKA
RafaB Chojnacki urodzony w 1977 roku, swoj przygod ze sBowem pisanym rozpoczynaB jako
autor piosenek, a pzniej rwnie| dziennikarz muzyczny (prowadzi m.in. portal
www.folkowa.art.pl). Fantastyk interesuje si od dziecka dziki wstawiennictwu starszego
kuzyna, wwczas dziaBacza polskiego fandomu i posiadacza sporej biblioteczki, w tym tzw.
klubwek. Szczeglne zamiBowanie do horroru i grozy zaowocowaBo obecnie tym, |e wspBtworzy
internetowy serwis Carpe Noctem (www.carpenoctem.pl).
DziaBa jeszcze grzmiaBy, gdy pierwsi wyzwoleDcy ruszyli do domw. Drogi zapeBniBy si
wracajcymi pieszo, a pocigi wiozBy nie tylko zdobyte przez zwycisk armi dobra, ale rwnie|
setki ludzi, ktrzy po latach pracy w niewoli wracali w rodzinne strony.
Nie zawsze docierali tam, gdzie pocztkowo chcieli. Niekiedy zatrzymywali si gdzie[ na krtki
czas, a potem zostawali tam i prowadzili |ycie w miejscach, o ktrych wcze[niej nawet nie sByszeli.
Nie czuli si tam obcy, bo te| nikt nie byB tutejszy. Niemcw wysiedlano, a ich domy zajmowali
Polacy wracajcy z Rzeszy. Dla tych pierwszych tworzono prowizoryczne obozy przej[ciowe, w
ktrych oczekiwali na deportacj pozbawieni zarwno dobytku, jak i godno[ci. Resztki ukrytego
dobra oddawali niekiedy za chleb czy oseBk masBa. Czuli ju| tylko niepewno[ i strach.
*
Maria poznaBa Piotra Kwietnia w majtku rolnym na robotach przymusowych na poBudniu
Rzeszy. Sama pracowaBa jako podkuchenna. PomagaBa w przygotowywaniu posiBkw dla
robotnikw z folwarku  zarwno wolnych, jak i wizniw. Tych ostatnich byBa tam prawie setka,
wic pracy w kuchni nie brakowaBo.
Piotr KwiecieD byB jednym z robotnikw przymusowych: postawnym, mBodym m|czyzn z
Kujaw, do ktrego wiele dziewczt robiBo ma[lane oczy. Nawet Niemki sBaBy zalotne u[miechy w
stron mBodego, przystojnego Polaka. Ale widziaB tylko Mari.
Kiedy do majtku dotarBy wreszcie amerykaDskie wojska, dziewczyna szybko odrzuciBa
konkury czarnoskrego oficera i rwnie szybko przyjBa o[wiadczyny Piotra. By mo|e powodem
byB maBy Zbyszek, ktry pojawiB si na [wiecie kilka tygodni wcze[niej.
Z decyzj o powrocie do Polski mBodzi te| nie zwlekali. Niewiele jeszcze wwczas my[leli o
tym, co mieliby robi i gdzie zamieszka do czasu, a| odnajd rozrzucone przez wojn rodziny. Bo
|e odnajd, w to nie [mieli nawet wtpi.
Po dBugiej podr|y trafili do wsi o nazwie WBoszczowa. Tu dostali z przydziaBu dom i zagrod.
Uchodzcy czekajcy na transport do Rzeszy wci| jeszcze mieszkali w prowizorycznych barakach,
a do opustoszaBych chaBup sprawnie kwaterowano Polakw.
Wojna obeszBa si z WBoszczow bardzo Bagodnie, niemieccy osadnicy rwnie| nie zdoBali za
wiele zabra, nowym lokatorom nie brakowaBo wic niczego poza elektryczno[ci, ktrej jeszcze
we wsi nie byBo. Kwietniowie szybko zdoBali jako[ urzdzi si na gospodarstwie.
Noc w domach bez prdu zapadaBa jakby szybciej. Kiedy Piotr zje|d|aB z ssiadami z pola, byBo
jeszcze jasno, ale godzin pzniej zwykle zaczynaBo si zmierzcha. ZostawaBo tylko tyle czasu, by
pomc mBodej |onie w kilku ci|szych pracach, czasem co[ naprawi, przytuli na chwil maBego
Zbyszka i zasi[ do kolacji. T ostatni spo|ywali ju| zwykle przy blasku naftowej lampy.
Zaraz po kolacji, je[li dziecko ju| spaBo, maB|onkowie kBadli si do B|ka, by zazna cho
odrobiny blisko[ci. Ostatnimi czasy nieczsto jednak mieli ku temu okazj. MaBemu wyrzynaBy si
zbki i trzeba go byBo zwykle do[ dBugo koBysa, zanim usnB, a i tak budziB si czsto i
popBakiwaB.
Tego dnia niemal wszystko wygldaBo podobnie, tylko Piotr wrciB troszk pzniej ni| zwykle.
MusiaB wymwi si od uczestnictwa w libacji z okazji imienin nowego wjta WBoszczowej.
Wymwienie si oznaczaBo wypicie karniaka   szklanka wdki na pusty |oBdek nie byBa tym,
o czym marzyB mBody osadnik. C| jednak miaB zrobi? Gdyby nie wypiB, nie byBby swj .
Po kolacji Kwietniowie znalezli si w du|ym, maB|eDskim Bo|u. Piotr przewracaB si z boku na
bok, ci|ko trawic alkohol przemieszany z wieczornym posiBkiem. Maria zapadaBa powoli w sen.
Jej oddech stawaB si coraz rwniejszy i spokojniejszy. Wyczulone ucho matki usByszaBo jednak, |e
stojca w du|ej, kuchennej izbie koByska zaczBa si nagle miarowo porusza. Chwil pzniej maBy
Zbyszek zakwiliB cicho.
 Nie koBysz go teraz, bo si obudzi i nie bdzie mgB usn  powiedziaBa Maria, z trudem
powstrzymujc ziewanie.
 Ja go nie koBysz  usByszaBa niespodziewanie tu| obok siebie gBos Piotra.
Na krtk jak mgnienie oka chwil oboje wstrzymali oddechy. W tym czasie koByska
zaskrzypiaBa jeszcze raz, a dziecko zaczBo pBaka. Zerwali si oboje. Maria dr|cymi rkoma
szukaBa zapaBek. Kiedy wbiegBa do kuchennej izby z migoczcym kagankiem, Piotr ju| sprawdzaB,
czy wszystkie okna i okiennice s zamknite. W pomieszczeniu nikogo poza nimi nie byBo. MaBy
Zbyszek wci| pBakaB i dopiero ciepBe dBonie matki ukoiBy go do snu.
*
Szpadziewicz spiB konia. Ju| kilka dni temu sByszaB, |e w tej okolicy dzieje si co[ niedobrego.
WiedziaB, |e ktra[ ze [wie|o osiedlonych polskich rodzin ma kBopoty. Nie chodziBo raczej o takie
z innymi ludzmi. Wojna przetoczyBa si przez te ziemie kilka razy, nic wic dziwnego, |e peBno tu
byBo pozostaBo[ci po zBej [mierci.
Na drodze do WBoszczowej kilkakrotnie mijaB wiksze i mniejsze grupki, czasem pojedyncze
rodziny, prowadzone na zachd  w kierunku najbli|szego wzBa kolejowego. Na widok
polskiego oficera nawet radzieccy |oBnierze przestawali znca si nad wysiedleDcami. W jego
spojrzeniu byBo co[, co sprawiaBo, |e nagle odchodziBa im ochota do okrutnej zabawy. Coraz
cz[ciej sByszaBo si w okolicy o polskim oficerze, ktry pojawia si znikd, zawsze wtedy, gdy
kto[ prbuje krzywdzi cywili. Jednak Szpadziewicz wiedziaB, |e ta maskarada nie mo|e potrwa
dBugo. Nie dalej jak tydzieD wcze[niej omal nie zabiB radzieckiego sier|anta.
Rosjanie bawili si, strzelajc z automatw do stodoBy, w ktrej zamknli niemieck rodzin.
Szpadziewicz pojawiB si niczym duch i kazaB im odej[, gro|c raportem. Sier|ant byB tak pijany,
|e nie zwrciB najmniejszej uwagi na oficerskie dystynkcje Szpadziewicza, za to dosadnie
wytBumaczyB Polakowi, gdzie ma jego raport. Nie byBo ju| odwrotu. Chwil pzniej
czerwonoarmista prbowaB podnie[ si z ziemi, plujc wBasnymi zbami. {oBnierze z jego
oddziaBu nie odwa|yli si zaatakowa oficera, a mo|e po prostu byli nieco trzezwiejsi od swego
dowdcy. Polak miaB jednak pewno[, |e tym razem odpowiednie osoby w NKWD nie przegapi
informacji o samowoli polskiego |oBnierza. Wkrtce bdzie wic musiaB pozby si przebrania i
rozwa|y ewakuacj za granic.
Kiedy dojechaB do skrzy|owania drg, za ktrym zaczynaBa si WBoszczowa, doszedB go swd
spalenizny. Niewtpliwie zrdBem a| nadto intensywnego zapachu byB wypalony do kamiennych
fundamentw drewniany ko[ciB. Reszta budynkw wygldaBa do[ dobrze i tylko ko[ciB
przeszkadzaB najezdzcom. Szpadziewicz wci| nie mgB pozby si zwyczaju my[lenia o
Sowietach wBa[nie w tych kategoriach. W czasie wojny walczyB z hitlerowcami, ale teraz, widzc
niemieckie rodziny pdzone niczym bydBo do pocigw, nie potrafiB |ywi nienawi[ci do tych
ludzi.
*
ChaBupa, ktrej Szpadziewicz szukaB, nie r|niBa si specjalnie od innych, ale wiedziaB, |e to
szsty dom po lewej stronie za skrzy|owaniem. Nowa wBadza nie docignBa tam jeszcze prdu,
wic powoli zbli|ajcy si zmierzch byB dla wszystkich sygnaBem, |e czas wraca z pola i zamkn
si na cztery spusty w domu. Mimo |e w pobli|u stacjonowaBo wojsko, nie brakowaBo band
grasujcych po okolicznych lasach.
Nowi mieszkaDcy jeszcze nie czuli si wsplnot, niemal nikt tu nikogo nie znaB. Cz[ z nich
pewnie jeszcze ruszy gdzie[ dalej, na nieco spokojniejsze tereny, mo|e wrci do miast. Ale pki co
dla nich walka si skoDczyBa  rozpaczliwie prbuj odbudowa na tym kawaBku ziemi [wiat,
ktry znali przed wojenn zawieruch.
*
Szpadziewicz zsiadB z konia, odruchowo wygBadziB mundur i podszedB do wysokiej, niedawno
malowanej furtki. ZarzuciB uzd na pBot i okrciB dwa razy wokB szerokiej sztachety. Gospodyni
nie spuszczaBa go z oczu, wida byBo, |e obecno[ |oBnierza j niepokoi.
 M|a nie ma, do mByna pojechaB  powiedziaBa, zanim jeszcze Szpadziewicz zd|yB si
odezwa.
 Nie szkodzi, mog poczeka  odparB oficer.  Ja zreszt do was obojga, bo sByszaBem
nieco o waszych problemach. Mo|na by rzec, |e ptaszki w lesie sporo o nich wierkaj.
Kobieta przez dBu|sz chwil taksowaBa go wzrokiem. W koDcu z jej twarzy ustpiBo napicie,
cho wci| jeszcze nie wygldaBa na uspokojon. PamitaBa, |e Piotr wspominaB o caBej sprawie
wjtowi, mo|e wic oficer przychodziB od niego. Wreszcie ruszyBa w stron furtki i zdjBa rygielek.
 Wejdzcie, panie oficerze, tylko na gsi uwa|ajcie, bo nie lubi obcych.
Ptaki, jakby zachcone wypowiedzi gospodyni, ruszyBy w kierunku przybysza z gBo[nym
sykiem. Ten jednak tupnB gBo[no oficerkami i caBe stadko niechtnie rozeszBo si po podwrku,
haBasujc przerazliwie. Gospodyni u[miechnBa si po raz pierwszy, odkd zobaczyBa go przed
furtk.
 Sidzcie sobie, a ja zaraz przyjd  powiedziaBa, wskazujc na stojcy przy podwrkowym
stole stary taboret pomalowany niedawno t sam farb, co pBot. Sama weszBa na chwil do domu.
Szpadziewicz usiadB na taborecie i rozejrzaB si po obej[ciu. Wszystko wygldaBo na nieco
podniszczone, ale sumiennie wysprztane. Najwyrazniej nowi gospodarze dobrze sobie radzili z
tym, co otrzymali. Na drzwiach koBysaBa si drewniana tabliczka z napisem KwiecieD . Kiedy si
wprowadzali, Piotr uparB si, by tam zawisBa, tak sam mieli przed wojn na drzwiach jego
rodzice. WiedziaB wic, |e dobrze trafiB  to o tej rodzinie opowiadali mu ludzie.
Sam dom byB niewielki, skBadaB si najprawdopodobniej z dwch izb i strychu. No i piwnicy, bo
zsyp na wgiel wskazywaB na to, |e budynek byB podpiwniczony. Po przeciwnej stronie podwrka
staBa stodoBa, czy te| raczej stodBka, bowiem nie daBoby si tam pomie[ci wicej ni| dwch krw
i paru prosit. Do niej dobudowano te| maBy kurnik, nowy, prawdopodobnie postawiony ju| przez
Kwietniw.
Gospodyni wyszBa, trzymajc na rku maBe, kilkumiesiczne mo|e dziecko. NiosBa te| dzbanek,
a w kieszeni fartucha pobrzkiwaBy szklanki. Szpadziewicz podnisB si i odebraB z jej dBoni
naczynie wypeBnione, jak si okazaBo, [wie|ym mlekiem. MBoda Kwietniowa raz jeszcze si do
niego u[miechnBa, wyjBa z przepastnej kieszeni dwie szklanki i ustawiBa na stole.
 Ja nalej  zaoferowaB si oficer. Tymczasem matka usiadBa naprzeciw niego, sadzajc
sobie brzdca na kolanach. W tej prostej czynno[ci byBo tyle ciepBa, |e Szpadziewiczowi a|
zadr|aBa rka. WidziaB wBa[nie na wBasne oczy, co straciB, co po[wiciB i czego pewnie ju| nigdy
nie bdzie mu dane zakosztowa &
Kwietniowa nie zauwa|yBa tej chwili wahania, zapytaBa bowiem wprost:
 Co takiego pan o nas sByszaB, |e zdecydowaB si nas odwiedzi?
Oficer nie odpowiedziaB od razu. Chwil jeszcze wpatrywaB si w sielski obrazek. W koDcu
jednak przymknB oczy, a gdy znw popatrzyB na mBod matk, nie byBo w jego spojrzeniu nic, co
mogBoby [wiadczy o tej odrobinie sBabo[ci, ktr wBa[nie sam w sobie odkryB.
 Ludzie mwi, |e macie jakie[ kBopoty  powiedziaB.
 Ludzie mwi wiele rzeczy, panie oficerze  odparBa Kwietniowa.
Szpadziewicz pokiwaB w zadumie gBow.
 Tak, ale zwykle nie opowiadaj o domach, w ktrych przesuwaj si przedmioty, i o
haBasach, ktrych zrdBa nie daje si w |aden sposb wyja[ni.
Tym razem to kobieta nie odpowiedziaBa od razu. Dziecko prbowaBo najwyrazniej wdrapa si
na stB, by mo|e, spodobaB mu si mundur Szpadziewicza.
 Czy naprawd jest pan |oBnierzem?  zapytaBa tak, jakby byBo to najbardziej oczywiste
pytanie pod sBoDcem. Takim samym tonem mogBa go zapyta o godzin lub poprosi o wskazanie
kierunku.
 A| tak rzucaj si w oczy r|nice?  odrzekB Szpadziewicz, zrcznie kamuflujc
odpowiedz.
 Nie  usByszaB.  Nie twierdz, |e w naszym wojsku nie ma troskliwych oficerw, ale pan
jako[ nie pasuje mi do tych, ktrzy to niedaleko koszaruj razem z czerwonoarmistami. To po
prostu wida, jest w panu jaki[ taki przedwojenny sznyt, ktrego pr|no szuka u dzisiejszych
wojskowych.
Oficer bacznie przygldaB si mBodej dziewczynie, ktr wojna zbyt szybko uczyniBa dorosB.
Skd u niej taka przenikliwo[? Przecie| nie mogBa zbyt wiele pamita z dawnych czasw. A
mo|e tak j wychowano? Tak czy owak, postanowiB, |e powie jej prawd.
*
Tej nocy u Kwietniw dBugo paliBy si [wiece. Gdyby kto[ ich wwczas podsBuchiwaB,
wiedziaBby, |e tajemniczy wojskowy najpierw z uwag wysBuchaB opowie[ci Piotra Kwietnia, a
pzniej sam opowiadaB maB|onkom historie, od ktrych wBos je|yB si na gBowie. Wsplnie ustalili,
jak zaradzi kBopotom Kwietniw. Szpadziewicz miaB pomc w rozmowie z poprzedni
wBa[cicielk gospodarstwa, a dokBadniej w wydostaniu tej kobiety na kilka godzin spod stra|y
pilnujcych dworca |oBnierzy. UBo|yB te| plan, wedBug ktrego Maria miaBa kierowa rozmow z
Niemk.
Na szcz[cie nikt ich nie podsBuchiwaB, bo wwczas szybko rozstrzelano by londyDskiego
szpiega  i jego przybyBych z Niemiec poplecznikw. Ju| za samo podszywanie si pod oficera
groziBaby mu kula w Beb. Chyba |e uznano by go za szaleDca. Tyle tylko, |e tego szaleDca zbyt
wiele osb w okolicy potrafiBoby rozpozna jako czBowieka, ktry rozstawiaB po ktach
radzieckich |oBnierzy i potrafiB da w pysk pijanemu polskiemu oficerowi.
*
Berta Grundal usiadBa na krze[le, gniotc w dBoniach kraciast chust. Szpadziewicz od razu
zauwa|yB jej zaczerwienione od pBaczu oczy. Kobieta pocigaBa nosem, czasem ocieraBa go chust,
najwyrazniej byBa przestraszona. Nie przeszkadzaBo jej to jednak, by rozglda si bacznie po
izbie. MinBo troch czasu od chwili, gdy musiaBa opu[ci ten dom. Wiele si tu zmieniBo. Nie byBo
choby starej maszyny do szycia, starego, du|ego stoBu, na ktrego miejsce pojawiB si mniejszy,
bardziej wspBczesny mebel. Nie zmieniBo si natomiast to, co sprawiaBo, |e od kilku lat Berta
Grundal czuBa w tym domu strach.
Rankiem, kiedy wywoBano j do bramy, byBa pewna, |e mBoda Polka przyniosBa jej chleb i
mleko. Co prawda byBy umwione dopiero za dwa dni, ale zdarzaBo si, |e tamta czasem
przychodziBa szybciej. Zwykle odbywaBo si to w ten sposb, |e przekupywany papierosami
wartownik na chwil zostawiaB je same, wwczas dziewczyna dawaBa jej prowiant. A Niemka, by
odwdziczy si za po|ywienie, opowiadaBa czasem, gdzie mo|na znalez ukryte w obrbie
gospodarstwa dobra. Wielu jej ssiadw robiBo podobnie, mogli dziki temu czasem troch
pohandlowa. By mo|e, niektrzy wierzyli te|, |e jeszcze wrc w te okolice.
Tym razem jednak czekaB na ni mBody oficer, ktry powiedziaB, |e zabiera j na kilka godzin.
Nie miaBa innego wyj[cia jak pj[ z nim, zdziwiBa si jednak, gdy okazaBo si, |e udaj si do jej
domu. ByBego domu. Teraz oficer siedziaB naprzeciw niej.
 Niech si pani nie denerwuje  powiedziaB po niemiecku Szpadziewicz.
Zaczerwienione oczy Berty wpatrywaBy si z zaciekawieniem w polskiego oficera. Wida byBo,
|e si boi, jednak to nie oficer byB zrdBem lku, cho oczywi[cie strach przed polskim mundurem
nie byBby teraz niczym dziwnym.
 Czego ode mnie chcecie?  zapytaBa. Kwietniowa, ktra wcze[niej pouczona przez Szpa 
dziewicza miaBa ju| przygotowan w gBowie list pytaD, teraz odpowiedziaBa jednym z nich:
 Pani Grundal, niech mi pani powie Baskawie, jak dBugo wy[cie tu mieszkali przed nami?
Mo|e pani powiedzie?
 A czemu mam nie mwi? Z pi lat bdzie.
Osadnicy z pocztku wojny, przemknBo przez my[l Szpadziewiczowi. Wnikliwie przygldaB
si Niemce, majc nadziej, |e dostrze|e w jej zachowaniu co[, co naprowadzi go na rozwizanie
zagadki, a zarazem kBopotw Kwietniw.
 A dobrze wam si tu |yBo?
 Czemu mnie drczycie? Dobrze czy niedobrze, ale na swoim. M| zginB na froncie, to sama
tu gospodarzyBam. Ci|ko byBo, ale dawaBam sobie rad.
 Nie gniewajcie si, przecie| ja nie ze zBo[liwo[ci  uspokajaBa j Maria.
 To mwcie prosto, czego chcecie. Uczciwie mwcie. Ja te| was nigdy nie oszukiwaBam 
odciBa si Berta Grundal.
Kwietniowa przytaknBa. Mimo |e sama do[wiadczyBa wielu upokorzeD od Niemcw,
wspBczuBa tej kobiecie.
 Chodzi mi o to, czy w tym domu nie wydarzyBo si wam nic dziwnego?
To byBo to! Szpadziewicz zauwa|yB, jak Niemka rzuciBa dzikie, peBne strachu spojrzenie na
niskie drzwiczki w rogu pomieszczenia. TrwaBo to mo|e uBamek sekundy, ale on na taki znak
wBa[nie czekaB i nie mgB go przegapi.
 Nie wiem, o co mo|e pani chodzi  odparBa spokojnie bez chwili namysBu.
 A mo|e kto[ z ssiadw co[ takiego opowiadaB?  Polka trzymaBa si dalej linii rozmowy
wyznaczonej przez oficera.
 Nic takiego sobie nie przypominam, kochana.  Berta Grundal zdoBaBa najwyrazniej wzi
si w gar[.  Nic takiego sobie nie przypominam, moja droga.
Szpadziewicz byB ju| przekonany, |e po dobroci i z wBasnej woli Niemka nic ju| wicej nie
powie. Niechtnie uciekaB si do przemocy wobec cywili, a brutalnego traktowania kobiet nie
tolerowaB, ale wiedziaB, |e zastraszenie rozmwczyni mo|e przynie[ po|dany skutek.
Powolnym, nieco niedbaBym gestem wycignB z kabury pistolet. Oczy obu obecnych w izbie
kobiet rozszerzyBy si ze strachu. Oficer skierowaB broD w kierunku Niemki.
 Co tam jest?  zapytaB, kiwajc gBow w kierunku niskich drzwiczek.
Berta Grundal ci|ko odetchnBa. Jej rce mocniej zacisnBy si na chu[cie.
 A co ma by, panie oficerze? Piwniczka  odparBa, lecz gBos wyraznie jej si BamaB.
 Ale ja si pytam, co tam jest, |e tak si jej boisz?  Szpadziewicz nie ustpowaB.
Maria ochBonBa z chwilowego przera|enia. Ona wiedziaBa ju|, |e oficer blefuje. Niemka nie
mogBa tego wiedzie. DBu|sz chwil zwlekaBa z odpowiedzi, wic trzeba j byBo ponagli.
Szpadziewicz odbezpieczyB pistolet.
 Zejdziesz tam, skoro to tylko piwniczka. Albo powiesz nam, czego si boisz  rozkazaB.
Niemka straciBa ju| resztki animuszu. Podbrdek jej dr|aB, a w oczach pojawiBy si Bzy.
 Nie zejd!  zaprotestowaBa histerycznie.  Tu mnie zabijcie, a nie zejd.
 A co tam jest? Mw|e, kobieto!  krzyknB oficer.
 Trupy, panie oficerze. Trupy. Czasem noc sByszaBam, jak skrobi w drzwi  wyrzuciBa to z
siebie niemal jednym tchem.
W izbie zalegBa cisza. Szpadziewicz spojrzaB na Mari. Przera|enie, jakie zobaczyB w jej oczach,
sprawiBo, |e zdecydowaB si wyprowadzi j z izby, zanim podejmie dalsze [ledztwo.
 Niech pani wyjdzie na chwil  powiedziaB, odcigajc delikatnie kobiet w stron drzwi.
 Prosz  dodaB.
MusiaB sam j odprowadzi na podwrze. Maria caBy czas milczaBa, ale kiedy ju| usiadBa, zajBa
si stojc obok krzesBa koBysk. Oficer zauwa|yB, |e dziaBaBa jak w transie. MiaB nadziej, |e to
tylko chwilowy szok. ZostawiB j i wrciB do izby. Berta Grundal siedziaBa wpatrzona w drzwi do
piwniczki. Po jej policzkach ciurkiem pBynBy Bzy.
 Nie mogBam tego nikomu powiedzie, dlatego[my nie woBali ksidza  zaczBa sama, zanim
Szpadziewicz zd|yB j o cokolwiek zapyta. Opowie[ nie byBa dBuga, ale sprawiBa, |e oficerowi
zrobiBo si najzwyczajniej |al siedzcej przed nim kobiety. ZrozumiaB te| wreszcie, na czym
polega jej tragedia. I bynajmniej nie byBa to deportacja do Niemiec.
*
To byBo dwa lata temu, jesieni. Mj m| dostaB powoBanie do wojska i musiaB szykowa si ju|
do wyjazdu do jednostki. Mieli go zabra na front wschodni, gdzie nagle zaczBo brakowa
|oBnierzy. Wcze[niej wystarczyBo kilka [wistkw od lekarza, by unikn powoBania, jednak
sytuacja si zmieniBa. Kilku chBopw po otrzymaniu takich wezwaD uciekBo do lasu. Wikszo[
rozstrzelali |andarmi, reszt najprawdopodobniej wykoDczyli w lesie wasi ludzie. Mj m|, Karl,
nie nale|aB nigdy do najodwa|niejszych. WiedziaB, |e na froncie ma wiksze szans, ni| samotnie
tuBajc si po lesie w miejscach, gdzie wszyscy bd go mieli za wroga lub dezertera.
W naszej wsi urzdzono punkt zborny dla okolicznych poborowych. Na dzieD przed zbirk
poborowych we wsi pojawili si partyzanci. Ostrzelali posterunek |andarmerii, ktry mie[ciB si
koBo ko[cioBa, co to z niego dzi[ tylko zgliszcza zostaBy. Nie udaBo im si jednak caBkowicie go
zniszczy  musieli si wic wycofa. I w ten sposb trzech Polakw, uciekajc przed ostrzaBem,
znalazBo si na naszym podwrzu. Przegramolili si przez pBot, by zmyli po[cig. Ssiedzi,
podobnie jak my, pozamykali si w swych domach i nawet nie odwa|yli si wyglda, Karl jednak
nie mgB wytrzyma, |eby nie spojrze przez okno.
MiaB w piwnicy schowan star dubeltwk. TrzymaB j tam razem ze strojem i przyborami
my[liwskimi, ktre przywizB jeszcze z Bawarii. ZbiegB po ni, kiedy zobaczyB tych trzech.
SByszeli[my strzaBy we wsi i byBo jasne, |e skoro do nas weszli, bd chcieli schroni si w domu.
By mo|e uwa|ali, |e je[li pogro| nam broni, to bd mogli u nas przeczeka, a pzniej po cichu
uciec do lasu. Wywalili drzwi. Nie byBy zbyt mocne. WkoBo posypaBy si drzazgi, a ja
przestraszona zaczBam krzycze. Karl akurat wyszedB z piwnicy, zd|yB wic strzeli pierwszy,
zanim ktry[ z napastnikw wymierzyB. Jeden z partyzantw upadB, drugi wystrzeliB do m|a z
pistoletu, a trzeci uciekB. Kolejny strzaB z dubeltwki byB rwnie skuteczny jak pierwszy. My[l, |e
to trwaBo kilka sekund.
Stali[my przez chwil, oboje nie wiedzc, co zrobi. Karl wBa[nie z zimn krwi zabiB dwie
osoby. Kiedy[ byB my[liwym, ale nie sdzili[my oboje, |e tak dobrze strzela. Nie wiem, czy
powinnam mwi, |e dobrze . W ka|dym razie celnie. I wtedy przyjrzeli[my si le|cym w
wej[ciu zwBokom. Jeden z nich nie byB Polakiem. To byB Johann, syn naszych ssiadw. Jak si
pzniej okazaBo, zakochaB si w mBodej dziewczynie, ktra zaopatrywaBa partyzantw w prowiant.
Ludzie we wsi gadali, |e to ona zbaBamuciBa mBodego Niemca, a ten, by udowodni jej sw miBo[,
wystpiB przeciwko wBasnym rodakom. Ale ludzie to mwi r|ne rzeczy.
Gdyby to byli Polacy, skoDczyBoby si na krtkim przesBuchaniu i Karl zostaBby uniewinniony,
sami wiecie  wojna ma swoje prawa. Spisano by tylko protokB i byBoby po sprawie. Jednak w
przypadku mBodego Niemca chodziBo o co innego. Zreszt nie tylko o to chodziBo. Pewnie za
zastrzelenie zdrajcy te| nic by mu nie zrobiono. Jednak jak mogli[my spojrze w oczy wBasnym
ssiadom?
Karl zakopaB ciaBa w piwnicy, a ja pozmywaBam krew.
Na efekty dBugo nie musieli[my czeka. Po pierwszym pitku co[ zaczBo haBasowa. Nawet nie
sprawdzali[my, co to byBo. Po prostu wiedzieli[my.
Dwa lata nie wchodziBam do tej piwnicy.
*
Szpadziewicz siedziaB przez chwil, wpatrujc si w twarz starszej od niego o jakie[
dwadzie[cia lat kobiety. PBynBy po niej Bzy wstrzymywane przez dwa lata. Dwa lata |ycia z
koszmarem.
Teraz zmusiB j jeszcze do wyjawienia ponurej tajemnicy, ktr chciaBa zapewne zabra ze sob
do grobu.
Jednak bardziej, ni| litowaB si nad Niemk, chciaB pomc Kwietniom. WestchnB ci|ko,
pomgB kobiecie wsta, wyprowadziB na zewntrz.
Maria siedziaBa na ganku, tulc do piersi dziecko. WygldaBa ju| znacznie lepiej ni| przed
kilkoma minutami. Pki Szpadziewicz nie wyprowadziB Niemki za furtk, nie powiedziaBa ani
sBowa. Ale kiedy wrciB, usiedli przed domem, a oficer zaczB powoli opowiada. Ostro|nie
dobieraB sBowa, cho ju| w poBowie opowie[ci zorientowaB si, |e po szoku, jaki wywoBaBy
pierwsze sBowa Berty Grundal, mBoda Polka caBkiem ju| ochBonBa. Dlatego te| powiedziaB jej
wszystko, co sByszaB dotd o podobnych przypadkach. A w czasie wojny byBo ich niemaBo.
Kiedy Piotr wrciB z pola, zjedli wsplnie kolacj, a okoBo pBnocy pod pozorem odprowadzania
go[cia wyszedB z nim na drog. Kiedy upewnili si, |e nikt ich nie obserwuje, pojechali na koniu
Szpadziewicza w kierunku lasu. Gdzie[ tam miaBa by nowa kryjwka ludzi Spa . Dla nich
wojna jeszcze si nie skoDczyBa.
*
Wrcili przed [witem, tym razem na podwrzu Kwietniw przywizano dwa konie. Wraz ze
Szpadziewiczem i Kwietniem do domu przyjechaB jeszcze jeden czBowiek. Niczym specjalnym si
nie wyr|niaB, ale kiedy ju| wszedB do izby, natychmiast wyjB z podr|nej torby kropidBo i
mena|k i skropiB wszystko wkoBo [wicon wod. Po [niadaniu Piotr poszedB do pracy, a go[cie
mBodych Kwietniw zabrali si do dzieBa. DzieD to najlepszy czas na uporanie si z drczcymi
ludzi demonami.
Ksidz MichaB  tak bowiem zwracano si do nowego przybysza  byB kapelanem polskich
partyzantw z Pomorza. Szpadziewicz znaB go od kilku lat, podobnie jak znaB Spa , czBowieka,
ktry jeszcze przed wojn byB polskim oficerem, a obecna polska wBadza nazywaBa go bandyt .
W oddziale partyzantw ksidz MichaB sprawowaB funkcj kapelana, byB te| przedwojennym
podchor|ym. Pono potrafiB w ci|kich chwilach rwnie sprawnie strzela ze stena, co wspiera
chBopcw modlitw. MusiaBa to by prawda, bo jako jeden z niewielu prze|yB niemieck obBaw
pod Ko[cierzyn.
Ksidz zabraB si do pracy z wpraw godn najbardziej do[wiadczonych egzorcystw.
RozpoczB od peBnej skupienia modlitwy i po[wiciB izb, w ktrej Maria stawiaBa koBysk z
maBym Zbyszkiem. Potem zszedB do piwnicy, trzymajc w rku star naftow lamp.
Pomieszczenie byBo suche, ale pachniaBo nieco nie[wie|o, zapewne brakowaBo mu porzdnej
wentylacji. Na wprost schodw znajdowaB si kojec, w ktrym w zimie trzymano ziemniaki. Teraz
byB pusty. Zapach fermentujcej kapusty walczyB o prymat ze stchlizn. CaB [cian pokrywaBy
pBki peBne przetworw. StaBy tam obok siebie spore sBoje i caBkiem niewielkie sBoiki i garnuszki.
MBoda gospodyni umiaBa najwidoczniej zadba o to, by w zimie dieta rodziny nie staBa si
monotonna. Przy pBkach staBa sporych rozmiarw beczka, ksidz, ju| wchodzc, wyczuB zapach
kiszonej kapusty. Po[wieciB jeszcze w przeciwlegBy kt, w ktrym znalazB haBdk z wglem. Tam
postanowiB rozpocz. PostawiB lampk na ziemi, po czym pokropiB dookoBa wod [wicon. Przez
chwil nic si nie dziaBo, cho znajc opowie[ Kwietniw, spodziewaB si najgorszego 
udrczonej duszy nie mogcej zazna spokoju. Bo je[li nie mogBa trafi do nieba, to pewnie
nale|aBa ju| do ZBego. MdBawy pBomyk lampki zadrgaB tylko nieco, ale prawie przez caBy czas
peBgaB niepewnie, nie byBo wic w tym nic dziwnego. Wreszcie ksidz rozpoczB modlitw &
I wtedy [wiatBo zgasBo.
Ksidza MichaBa owionB chBd. W piwnicy ju| wcze[niej nie byBo ciepBo, lecz teraz w jedn
chwil przemarzB na ko[. ZamknB oczy, by wyobraznia nie zaczBa pBata figli. Nie opanowaB
jednak dr|enia rk i kropidBo wypadBo ze zmarznitych palcw. PochyliB si wic, by je podnie[, i
odruchowo spojrzaB w dB. SpodziewaB si egipskich ciemno[ci, kiedy wic po otwarciu oczu
stwierdziB, |e otacza go blask, natychmiast podnisB wzrok.
Spojrzenie ksidza zetknBo si z upiornym spojrzeniem widma. DokBadnie w miejscu, ktre
wydaBo si egzorcy[cie najbardziej podejrzane  przy stercie wgla, gdzie klepisko byBo
naruszone  majaczyBa bijca migotliwym [wiatBem posta. Jej wzrok zdawaB si wwierca w
umysB kapBana. Ksidz MichaB zauwa|yB tylko, |e z rozbitej gBowy widma wci| [cieka krew, jej
kolor byB jaskrawozielony. Oczy zjawy miaBy w sobie co[ hipnotyzujcego i duchowny nie mgB
oderwa od nich spojrzenia. WiedziaB, |e ma przed sob ducha niemieckiego |oBnierza, wida byBo
dokBadnie nawet guziki przy mundurze Wehrmachtu. Na pewno nie byB to jeden z polskich
partyzantw, o ktrych wspominaBa Berta Grundal. Co[ si tu nie zgadzaBo.
Dr|ca dBoD ksidza natrafiBa wreszcie na le|ce na klepisku kropidBo. ChwyciB je tak, jak
toncy Bapie koBo ratunkowe. Modlitwa sama popBynBa z jego ust, mimo |e byB w tej chwili niemal
skrajnie wyczerpany. To co[ najwyrazniej wysysaBo energi z |ywych stworzeD. A| strach
pomy[le, co mogBo zrobi dziecku. Prawdopodobnie nie miaBo jeszcze tyle siBy, by kogo[
skrzywdzi, ale pierwszy byBby pewnie najsBabszy spo[rd domownikw.
Duchowny widziaB, |e jego modlitwa odnosi po|dany skutek. Zjawa szeroko rozwarBa peBne
blu oczy. Wreszcie daB si sBysze pierwszy od jakiego[ czasu dzwik. PrzywodziB na my[l iskry
przeskakujce pomidzy dwoma przewodami energetycznymi. Nagle upiorne [wiatBo zgasBo.
Moje modlitwy zostaBy wysBuchane, przeszBo przez my[li wyczerpanego ksidza. OpadB bez siB
na klepisko. SByszaB kroki na schodach, lecz w tej chwili nie miaBo to znaczenia. CzuB jeszcze, |e
kto[ go unosi, ale traciB kontakt z rzeczywisto[ci.
*
Pierwszym, co duchowny zobaczyB po przebudzeniu, byBa zatroskana twarz Marii. WBa[nie
zmieniaBa mu na gBowie zimny okBad.
 Co[ przez chwil bardzo haBasowaBo.  KapBan wpierw usByszaB, a pzniej zobaczyB
podchodzcego do B|ka Szpadziewicza.  Dobrze, |e zszedBem niepomny na ksidza
ostrze|enia.
 Musicie o czym[ wiedzie  odparB z wysiBkiem.
 A ksidz musi oszczdza siBy  orzekBa Maria.
 Dobrze, ale najpierw mnie posBuchajcie &
*
Szpadziewicz nie czekaB nawet, a| ksidz skoDczy opowiada. WyszedB z domu, a po chwili
gnaB ju| konno w kierunku stacji kolejowej. Nie byBo go ledwie pB godziny.
Kiedy wrciB, z ksidzem MichaBem byBo ju| nieco lepiej. Oficer miaB jednak nie najlepsze
wiadomo[ci.
 Bert Grundal wywieziono wczorajszym transportem repatriantw do Niemiec. By mo|e,
nigdy nie dowiemy si prawdy.
 Jestem niemal pewien, |e to byB jej m|  odparB duchowny.  Szkoda, |e nie uda nam si
odkry ich tajemnicy.
Nazajutrz Kwietniowie po|egnali swoich go[ci. Mimo zapewnieD ksidza, |e dom jest ju|
bezpieczny, wyjechali w cigu miesica.
Marcin WroDski
ONS
44
Marcin WroDski urodzony w 1972 r.  z zawodu gBwnie redaktor i autor tekstw dla dzieci, z
wBasnej chci gBwnie pisarz. W XX wieku byB zwizany z nurtem trzeciego obiegu , w XXI
zadebiutowaB jako fantasta w Fahrenheicie  (2004). Pzniej wraz z PawBem MuszyDskim pisaB dla
Esensji .
Wielki bestiariusz praktyczny
w odcinkach  poBczenie fantasy, kabaretu i felietonu.
Autor zbioru opowiadaD fantasy
Tfu, pluje Chlu! czyli Opowie[ci z Pobrze|a
(Fabryka SBw,
2005), obecnie koDczy prac nad pierwszym tomem wyrastajcej z nich powie[ci
W| Mario.
Mons 44
to: efekt mojego pobocznego zainteresowania dziwactwami historii  tej mikro i tej
makro, tym, co by byBo, gdyby byBo, a pewnie nie byBo .
Oficjalna strona autora: http://www.wronski.fabryka.pl
Gustav Glaubner dr|aB razem z caB ziemi  mokr i rozdygotan wybuchami granatw. Ta
sama breja miaBa kiedy[ urodzi niemieckie ziarno na niemiecki chleb  jak obiecywaB Wdz.
Jednak gdy Glaubner le|aB twarz w bBocie, a w ustach czuB smak ziemi i krwi, nie wierzyB w
Niemcy ani w Wodza. Nie miaB w gBowie |adnych narodowosocjalistycznych my[li, tylko kuliB si
w nadziei, |e wojna nie zauwa|y go i kolejny granat rozerwie si gdzie[ obok, zabije kogo[ innego.
Nagle co[ ci|kiego spadBo mu na plecy. OdBamek? Nie, czuBby wtedy gorco. Ostro|nie odwrciB
gBow, spojrzaB spod heBmu. To Mathias Hitz le|aB przy nim i otwart dBoni waliB go w Bopatk.
 Co?!  zapytaB Gustav.
 Dwie minuty!
Tak, za dwie minuty przestanie si kuli i pobiegnie naprzd albo oficer rozwali go na miejscu.
Oficerowie niemieccy nauczyli si tego od sowieckich. Podobnie jak wielu innych po|ytecznych
rzeczy, choby zmasowanego u|ywania czoBgw. Gdyby tu byBy czoBgi! Gdyby| pojawiB si
Sturtngeschutz
albo cho byle co!
 Nie bj si, Bg z nami  za[miaB si Mathias, klepic dBoni klamr pasa. Ale wyryty na
niej napis
Gott mit uns
caBkiem zniknB pod lepkim bBotem. Nagle Hitz umilkB i z otwart gb
zapatrzyB si w niebo.
Tak, niebo na tej wojnie bywaBo ciekawym miejscem do patrzenia. Gdy ziemia dr|y od
pociskw, nie od gsienic tygrysw, niekiedy takie spojrzenie wywabia zza chmur kilka
messerschmittw. Przynajmniej tak zdarzaBo si jeszcze dwa lata  rok temu, pki
Gott
i Wdz
nie schowali si ka|dy w swoim bunkrze, coraz rzadziej zsyBajc pociech. Jednak Gustav pod|yB
za wzrokiem Mathiasa i te| zastygB z otwartymi ustami. Bo oto nad nimi otwarBy si wrota niebios
i wyszli z nich anioBowie. Pierwszy wskazaB mieczem ognistym sowieckie pozycje, a na ten znak
caBy anielski pluton spokojnie ruszyB do ataku. Ruscy przerwali ostrzaB i zapadBa taka cisza, jak
Glaubner sByszaB tylko, gdy topiB si w Wi[le. Cisza, jakby czas stanB. PrzerwaB j Hitz.

Ach, du Scheifie!
 zaklB, ale jego gBos rozbrzmiewaB zachwytem.  Widzisz to?!
Widzisz? Za Boga i Wodza!  PodnisB si, chciaB poderwa z bBota tak|e Gustava, jednak ten nie
byB w stanie wsta z klczek przygnieciony cudownym widokiem. Wojownicy Pana szli
przesBonici nieco dymem, a ich dowdca wci| wskazywaB mieczem wschd.
 Ty [wiDski tchrzu!  Mathias pobiegB za anioBami.
*
 Leni, to lepsze ni| berliDski stadion!  zachwyciB si Otto Lautschner, kadrujc [cian
kamienioBomu w ramk z dBoni i kciukw. PochBonity tym obrazem oddaliB si kilka krokw,
sprawdziB odczyt [wiatBomierza i znw spojrzaB na granitow skaB. Kobieta o nosie Kleopatry i
niesfornych wBosach na jaki[ czas przestaBa go interesowa. ZupeBnie nie pasowaBa do tej scenerii,
bo cho nosiBa w duszy monumentalne wizje, cho byBa najlepszym filmowcem III Rzeszy, to z
wygldu pasowaBa raczej do roli pasterki. A dla operatora wygld to podstawa. ZostaBa wic sama
na [rodku krateru, z ktrego tysice rk i kilofw wyrwaBy tony skaB. SpojrzaBa niepewnie na
rwny szereg wizniw w pasiakach, z cudacznymi, okrgBymi czapkami na gBowach i z
kolorowymi winklami na piersiach. Wprawdzie esesmani trzymali ich z daleka, ale mimo to baBa
si tych ludzi. Niedobrze, bo wBa[nie oni mieli gra w jej nowym filmie  pitym, o ktry
osobi[cie poprosiB j Wdz, ale te| pierwszym, o ktrym nie dowie si ani prasa, ani nawet
koledzy.
 Pani Riefenstahl!  Oficer SS stanB przy niej i wskazaB rk wizniw.  Powinni[my
zacz. Wyselekcjonowali[my dla pani tylko mBodych, zdrowych, wysokich Aryjczykw.
Niepewnie ruszyBa za nim, a dzikie, gBodne spojrzenia przeszywaBy Leni jak aparaty
rentgenowskie.
 Reszta nale|y do pani. Amerykanie mwi chyba na to
casting? 
Esesman u[miechnB si
jak Rudolf Valentino na fotosie Krwi i piasku .
Wizniowie patrzyli wrogo, jednak stali spokojnie, nie pokazujc po sobie |adnej nadziei ani
ambicji. Nie tak powinni wyglda aktorzy szukajcy anga|u  pomy[laBa Leni. W ka|dym razie
ona nie tak patrzyBa na re|ysera Fancka, gdy wa|yBy si losy jej roli w Zwitym szczycie .
Tamtego dnia kontuzjowane kolano bolaBo jak diabli, przypominajc, |e koniec z taDcem, koniec
ze scen, |e teraz ju| albo  albo. Dlatego mimo cierpienia byBa gotowa ubra twarz w ka|de
uczucie, jakiego zapragnBby Fanek, a ka|dy jej u[miech i ka|da Bza wygldaBy pikniej ni|
prawdziwe. A ci tutaj? Zrobiliby wszystko, czego si od nich za|da, jednak z wdzikiem kukieB.
Tak, byB taki film, do ktrego pasowali  Metropolis , tyle |e zrobiB go ju| Lang szesna[cie lat
wcze[niej, a ona zamierzaBa krci co[ zupeBnie innego! PrzejechaBa wzrokiem po szeregu
m|czyzn w pasiakach. Wszyscy wygldali tak samo. Nagle parsknBa stBumionym [miechem.
 Czy co[ jest nie w porzdku?  zapytaB uprzejmie oficer.
 Przepraszam. To tylko takie skojarzenie.
 Prosz powiedzie, pani Riefenstahl.
 Wygldaj jak stado zebr. Wszyscy tacy sami. Chyba tylko oni potrafi si rozr|nia.
RozbawiBo mnie, |e pewnie wy nie potraficie?
Esesman za[miaB si tak serdecznie, |e gdyby nie stale ten sam lodowaty wyraz oczu, pewnie
nawet ona daBaby si nabra na jego wesoBo[.
 Istotnie, pani Riefenstahl, nie potrafimy. Dlatego maj numery.
 A gdyby nie przebiera ich za zebry?
 Wtedy obozowi krawcy nie mieliby zajcia  odpowiedziaB wyrozumiale, cho jego zrenice
rozszerzyBy si w zdziwieniu jak puste oczodoBy
Totenkopfa
na esesmaDskim otoku. Nie pierwszy
raz stuprocentowy nazista patrzyB tak na ni, pB  czy wiernazistk, nie dowierzajc, |e to
wBa[nie ona nakrciBa Triumf woli .
 Czapkiii zdj! Kurtkiii zdj! Koszuleee zdj!  wydarB si podoficer, a funkcyjni
wizniowie powtrzyli to jak echo.
Leni przeszBa wzdBu| szeregu. Bez pasiakw dalej byli nie do rozr|nienia. Nie patrzyBa wic na
ich sylwetki, tylko w oczy  czy jest w nich ta wola gry, wyj[cia poza siebie i caBkowitego wej[cia
w rol, jak w niej przed Zwitym szczytem . MusiaBa a| kilka razy chodzi w t i z powrotem, aby
wybra dwudziestu cokolwiek obiecujcych. Nie, to z pewno[ci nie bdzie film na miar jej
talentu! Mo|e wic dobrze, |e nikt si nie dowie, kto go krciB &
Oficer dostrzegB jej niezadowolenie, ale taktownie milczaB. Jednak to wBa[nie on po chwili
rozproszyB zBy nastrj Leni, gdy wizniowie podeszli do skrzyni z kostiumami.
 SkrzydBaaa wB|!  krzyknB z pora|ajco powa|n min.
Roze[miaBa si. Nawet ten {yd Chaplin nie zagraBby tego lepiej!
*
Doktor Bruno Fehr ju| od kilku lat prbowaB wyjedna spotkanie z Himmlerem lub choby
Goebbelsem, ale odkd w 1939 Karl Wiligut z powodu podeszBego wieku  musiaB opu[ci SS, a
Otto Rahn popeBniB samobjstwo , caBe komando
Ahnenerbe
poszBo w odstawk. SBusznie,
niemieck duchowo[ powinni ksztaBtowa zdrowi Aryjczycy, nie szaleDcy i pedera[ci. Jednak
losy wojny nie uBo|yBy si jak w Mein Kampf  i dzi[ nawet oni byliby III Rzeszy bardzo
przydatni. Fehr mimo rozpaczy i upokorzenia powoli zaczB ju| godzi si z faktem, |e jako uczeD
i bliski wspBpracownik Rahna zostaB na zawsze zepchnity na boczny tor. Ale pewnego
jesiennego dnia 1944 roku nieoczekiwanie wywoBano go z wykBadu i dwaj m|czyzni w czarnych
pBaszczach jednocze[nie wskazali mu otwarte drzwi mercedesa:
 Polecono nam zawiez pana do Kancelarii Rzeszy. Godzin pzniej staB u szczytu stoBu, przy
ktrym zasiedli minister propagandy Goebbels, minister spraw wewntrznych
SS Reichsfhrer
Himmler i szef sztabu Wehrmachtu feldmarszaBek Keitel.
 A mwiBem panom, |e jeszcze usByszycie o
SS Ahnenerbe
 zagaiB |artobliwie Himmler.
 Oto jej czBonek, doktor Bruno Fehr, historyk. Opowie nam o swoim projekcie, zanim o nim
zapomni. Szybko zapomni. To jasne, Fehr?
 Tak jest,
Reichsfhrer.
 Zatem prosz zaczyna.
Zaczyna! Nie tak Batwo zacz referowa co[, co przygotowywaBo si od lat  z coraz
mniejsz wiar, |e kto[ bdzie tego sBuchaB. Czy powiedzie na pocztek zwyczajnie: Pozwlcie,
panowie &, czy mo|e: Dzi[ Tysicletnia Rzesza &? Fehr przetarB okulary i oparB rk na swoim
notesie, jakby miaB przysiga na Bibli.
 Od prawie dziesiciu lat badam tajn, mo|na by rzec, boczn histori wojen. 
OdchrzknB.  Interesuj mnie niedocenione przez sztabowcw rozwizania taktyczne i
techniczne. ZwBaszcza boczna historia po  przedniej wielkiej wojny mo|e odda nam
nieocenione usBugi. Odkd Sowieci stanli na linii WisBy, sytuacja na froncie wschodnim
przypomina to, co dziaBo si w 1914 roku pod Mons. Wwczas, jak panom wiadomo, dowdztwo
niemieckie przerwaBo front, zmuszajc Brytyjczykw i Francuzw do wycofania si. A jednak nie
zdoBali[my wedrze si wystarczajco gBboko i wrg zatrzymaB nas na swych dalszych pozycjach
obronnych. Gdyby, panowie, wczesny atak przebiegB prawidBowo, dzi[ pewnie nie musieliby[my
o nim rozmawia, bo ju| |adna wojna nie byBaby Niemcom potrzebna. Ale i teraz, gdyby nasze
wojska przerwaBy front wschodni, odcinajc Sowietom linie zaopatrzenia, znw zmusiliby[my ich
do obrony jak w 1941 &
Keitel ziewnB i zapaliB papierosa. Fehr zrozumiaB, |e pora przej[ do konkretw.
 W 1914 pod Mons Brytyjczycy i Francuzi wycofali si, ale nie uciekli w panice, poniewa|
staBa si rzecz, ktra w cudowny sposb podtrzymaBa ich morale. Ot|, osBaniali ich anioBowie.
DokBadniej, oni my[leli, |e pomagaj im anioBowie  pospiesznie wyja[niB, widzc, |e
feldmarszaBek ze [miechu zakrztusiB si dymem.  W rzeczywisto[ci zobaczyli tylko film: biaBe
postaci ze skrzydBami wy[wietlone przez projektor z naszego samolotu. I tu wBa[nie dochodzimy
do istoty rzeczy! w film miaB wspomc morale naszych wojsk, jednak kto[ popeBniB wwczas
karygodny bBd: zaBo|ono odwrotnie ta[m. I jak w lustrzanym odbiciu prawa strona staBa si lew,
a lewa praw. AnioBy zamiast mierzy we wroga mierzyBy w nas. Jednak mimo tej katastrofalnej
pomyBki jest jasne, |e film speBniB swoje zadanie psychotechniczne. Gdyby wszystko poszBo
zgodnie z planem, nasze wojska zatrzymaByby si dopiero w Pary|u.
 Ma pan jakie[ dowody?
 Je[li pan feldmarszaBek pyta o archiwa sztabowe, to nie. Po niepowodzeniu operacji
wszystkie dokumenty zostaBy zniszczone. Poszlak mo|e by jednak legenda o anioBach
osBaniajcych |oBnierzy, ktra szerzyBa si w[rd Francuzw i Brytyjczykw walczcych pod
Mons. Aby j o[mieszy, nasz wywiad opBaciB pewnego grafomana nazwiskiem Machen.  Fehr
zajrzaB do notesu.  Arthur Machen. W londyDskim dzienniku Evening Standard  zamie[ciB on
opowiadanie fantastyczne Aucznicy  o rzekomym cudzie, a potem wielokrotnie zapewniaB, |e
byBa to fikcja, ktr sam wymy[liB, a nie usByszaB od |oBnierzy. Zatem [wiadkowie tamtego
wydarzenia zamilkli i nie istnieje |adna publikacja, w ktrej wypowiadaBby si o tym ktry[ z
weteranw. Osobi[cie wiem tylko o jednym, ktry, by mo|e, mgBby o tym za[wiadczy.
Niemniej anioBowie dziaBali pod Mons. I gdyby zechcieli nam pomc nad WisB, [miaBy atak
mgBby caBkowicie zmieni ukBad siB tej wojny. Nale|aBoby tylko nakrci nowy film i wy[wietli
go z samolotu naszym |oBnierzom.
Keitel spojrzaB na obu ministrw. Milczeli i sBuchali. C|, widocznie tylko on tutaj wierzyB w
armaty, nie w duchy.
 No wie pan! W kinie oprcz projektora potrzebny jest ekran.
 Ekran, panie feldmarszaBku, jest potrzebny, aby obraz byB jasny i wyrazny.  Fehr nie daB si
zbi z tropu, a nawet przeszedB do ostro|nej kontrofensywy. 
A nam chodzi tylko o to, |eby byBo wida cokolwiek. {adnych szczegBw, anioBowie to nie
Marlena Dietrich i nikt nie bdzie gapiB si na ich &
&uda.  Ale to ostatnie sBowo zatrzymaB ju| dla siebie, gdy mina Himmlera przypomniaBa mu,
gdzie jest i z kim rozmawia. O tej dekadenckiej zdrajczyni nie nale|aBo wspomina. OdchrzknB i
podjB po chwili:
 Na potrzeby naszej akcji wystarczajco dobrym ekranem mo|e by wilgotne powietrze,
dym, chmura & Prosz spojrze!  SignB do teczki i wyjB z niej maBy projektor na slajdy.
ZapaliBa si |arwka i Keitel siedziaB teraz oko w oko z widmem Hitlera wysnuwajcym si z jego
wBasnego papierosa niczym d|in z lampy Aladyna.  Czy potrzeba wicej szczegBw, panie
feldmarszaBku? Czy gdyby |oBnierze von Paulusa zobaczyli taki obraz w chmurze na niebie,
oddaliby Stalingrad?
 Szkoda czasu, prosz mwi dalej.  Keitel zdusiB niedopaBek. Hitler zniknB.
 PrzedstawiBem panom projekt operacji, ktr nazwaBem roboczo Mons 44 . Dzi[ tylko tyle
mogBem zrobi dla Wodza i Rzeszy. ChciaBbym doda jeszcze drobn sugesti. Ot| mamy Leni
Riefenstahl, ktra w Olimpiadzie  tak |ywo i wiernie oddaBa ruch sportowcw, |e z anioBami nie
bdzie miaBa kBopotu. Jest te| wierna sprawie narodowego socjalizmu.
 Tu nie ma pan wszystkich informacji  powiedziaB Himmler.  W Polsce robiBa wielk
afer z ka|dego rozwalonego {yda.
 Bo trzeba byBo by gBupim, aby bra j ze sob na front.  Goebbels wzruszyB ramionami.
 Artystom porcjuje si |ycie jak psu miso. Trzeba pokazywa tylko to, co chc zobaczy.
Wtedy uwierz i jeszcze przekonaj innych.
 A aktorzy? Wierzy pan, |e bd milcze?  zapytaB Keitel.
 MaBo to aktorw mamy w obozach?  roze[miaB si minister propagandy.  Zagraj swoj
rol i bdzie mo|na ich zlikwidowa. Bez wzbudzania podejrzeD.
FeldmarszaBek nie miaB na to argumentu, wic znw zaatakowaB Fehra:
 Wrmy do paDskiego [wiadka, doktorze.
 Oczywi[cie, jak pan sobie |yczy. Tylko &  Historyk zawiesiB gBos.  Problem w tym, |e
jak ju| mwiBem, mamy wyBcznie jednego. Nie wiem, czy on &
 Tak  wtrciB si Goebbels.  Pan doktor ma racj, bo nie ma pewno[ci, czy ten [wiadek
bdzie dla pana wiarygodny, Keitel. No, ale czas ucieka, wic przekonajmy si od razu. On czeka
za drzwiami.
 Co?! Tutaj?!
 Tak.  Goebbels przycisnB guzik pod biurkiem, a za [cian odezwaB si stBumiony dzwik
dzwonka.
Kto[ otworzyB drzwi, z trudem przecisnB si przez nie minister lotnictwa Gring.
 Tak, panowie  za[miaB si rubasznie.  Wszystko, co powiedziaB wam ten doktor, to
prawda. Tylko dwch ludzi mogBo przemkn si z projektorem nad pole walki. Jednym byB von
Richthofen, a drugim & No kto byB drugim asem my[liwskim? Kto, je[li nie Gring?
Dwadzie[cia minut pzniej Bruno Fehr znw wsiadaB do mercedesa. WiedziaB ju|, |e jego plan
zostaB przyjty, cho na razie zostanie przetestowany na jakim[ maBo istotnym odcinku linii frontu.
Nie wiedziaB tylko, |e jeden z m|czyzn w czarnych pBaszczach wBa[nie podaB drugiemu maB
karteczk: Fehra zlikwidowa dzi[ w nocy. Wypadek samochodowy. Himmler .
*
Gdyby jeszcze w 1935 roku kto[ powiedziaB Danielowi Anielewiczowi, |e zagra w filmie Leni
Riefenstahl, postawiBby mu wdk, ale te| uznaB za poczciwego kretyna. WiedziaB doskonale, |e
jakby Bg uczyniB go nie aktorem, ale  powiedzmy  bel pBtna, to le|aBby na jednej z tych
podrcznych, cho maBo wyeksponowanych pBek, mo|e i robiB obrt, ale nie napdzaB zysku.
Szczyt kariery osignB a| dwa razy  przy Dymszy (kwestia: Czym mog szanownemu panu
sBu|y? , dwana[cie sekund na ekranie, 25 zBotych ga|y) i przy Smosarskiej ( Pani, powz
zajechaB , siedem sekund, 15 zBotych). A latem 1944 roku, kiedy |yczliwy kolega pouczaB go, jak
prze|y w Mauthausen, pokazaB midzy innymi micy ci|kim dymem komin krematorium.
 Tutaj, Danielku  powiedziaB  szczyt kariery wyglda tak.
Anielewicz baB si wic jakichkolwiek zmian. BaB si, gdy ustawiano go w innej kolumnie ni|
poprzedniego dnia. Znajomo[ci niemieckiego zawdziczaB wprawdzie, |e wolniej ni| inni
zamieniaB si w szkielet, ale strach i tak rsB. Wreszcie podskoczyB do gardBa, kiedy pisarz blokowy
wyczytaB numer Daniela i nawet nie kapowie, ale dwaj esesmani zaprowadzili go do wydzielonego
baraku. Po miesicu w obozie ka|dy wiedziaB doskonale, |e mo|e to oznacza tylko jedno &
A jednak Anielewicz zaczB dostawa jedzenie warte co najmniej sto papierosw dziennie. Nie
chodziB ju| do kamienioBomw, nawet nikt go nie biB za zle posBan prycz. Midzy wizniami
specbaraku zaczBy wic rodzi si legendy o interwencjach Czerwonego Krzy|a  wszystkie tak
samo idiotyczne. Ale najbardziej niewiarygodne byBo to, co zdarzyBo si naprawd  tydzieD
pzniej Daniel stanB w szeregu przed Leni Riefenstahl, a ona wybraBa go do gBwnej roli!
Przez dwa dni w [nie|nobiaBej szacie i ze skrzydBami na plecach widB serafinw do walki z
wrogami Pana i woBaB: Na wschd! Na wschd!  Film miaB by niemy (niemy, ale kolorowy  na
co[ takiego przedwojenni |ydowscy producenci nigdy nie daliby ani dwch groszy!), ale re|yserce
bardzo zale|aBo na wyraznym ukBadzie ust, jakby anioB Anielewicz miaB woBa do gBuchych.
Jeszcze dziwniejsze byBo to, |e operator caBy czas krciB peBne, statyczne plany, nie byBo |adnych
odjazdw kamery ani zbli|eD  zupeBnie nie w stylu Riefenstahl! No i dlaczego nie zaanga|owano
aktorw z drugiej strony drutw?
Pod koniec drugiego dnia pojawiB si oficer SS  ten sam, ktry wydawaB niemieckim i [lskim
rodzinom prochy ich zabitych krewnych, opowiadajc zbolaBym gBosem o nagBym ataku serca i
wysiBkach obozowych lekarzy.
 Pani re|yser dzikuje wam za dobr prac przed kamer  powiedziaB, a Leni u[miechnBa
si i skinBa wizniom gBow.  Teraz wrcicie do obozu, jednak mo|ecie by pewni, |e wasz
wysiBek zostanie doceniony.
Potem oboje odeszli w stron schodw wyrbanych w [cianie kamienioBomu i wkrtce byli ju|
za daleko, by choby z ruchu warg pozna, o czym mwi.
 Skoro jest pani z nich zadowolona, ci ludzie ju| jutro bd wolni.  Oficer u[miechnB si
|yczliwie.
 Naprawd?  o|ywiBa si.  Mo|e wrc i sama im to powiem?
 Nie, pani Riefenstahl, to wykluczone. Prosz zrozumie, taka wiadomo[ wywoBaBaby
niepotrzebne konflikty z innymi wizniami. Tu przecie| karnie pracuj wrogowie Rzeszy i
kryminali[ci. Gdyby si dowiedzieli, |e ci pojad do domu & Mogliby z zemsty wyrzdzi
aktorom krzywd, a stra|nicy, sama pani rozumie, nie mog by przecie| wszdzie.
 Rozumiem. To naprawd miBo, |e pan i o tym pomy[laB.  PodaBa mu dBoD.
 To mj obowizek, pani Riefenstahl.
 Tak. Dzikuj. Do widzenia.
 To byB zaszczyt pozna pani.
Heil Hitler!
Oficer odprowadzaB wzrokiem samochd
filmowcw, pki ten nie zniknB za granitowym usypiskiem. Potem ju| nie odrywaB oczu od
zegarka. Przez kilkana[cie minut cisz mciB tylko daleki pogBos pracy w ssiednich
kamienioBomach, a| wdarB si w ni tak|e silnik motocykla. Ci|ki
Zundapp
wyjechaB zza haBdy i
zahamowaB przed esesmanem.
 Pocig odjechaB,
Sturmbannfhrer!
 Doskonale, zaczyna!
I kamienioBom, jeszcze przed godzin peBen anioBw, nagle zmieniB si w dno piekieB &
*
Starszy politruk MikoBaj Wiernutin ju| miaB wraca z okopw do czekajcego ze sto metrw
dalej gazika, gdy na przedpolu pojawiB si giermaDski patrol i otworzyB ogieD. Oficer le|aB wic w
bBocie jak inni, osBaniajc dBoDmi gBow. Niebiesk czapk enkawudzisty zrzuciB mu ktry[ z
soBdatw, |eby swym kolorem nie przycigaBa uwagi. Politruk signB po nagan, ale ledwo wyjB
broD z kabury, GiermaDcy, a potem i krasnoarmiejcy nagle przestali strzela.
 Ki czort?  podnisB gBow.
ObsBuga karabinu maszynowego zastygBa wpatrzona w mgliste postaci ze skrzydBami, ktre
obleczone dymem sunBy na obBoku. Wiernutin znaB je i pamitaB z ikon, ktre przed Rewolucj
wisiaBy w domu jego babki. Sam spaliB na stosie pewnie ze dwie setki takich obrazkw, gdy
nadzorowaB w Charkowie walk z zabobonami.
 Gospodi pomiBuj  westchnB nabo|nie celowniczy cekaemu, a amunicyjny prze|egnaB si
trzykrotnie. W tym czasie kilkunastu GiermaDcw ruszyBo w stron okopu.
 Strielaj, swoBocz!  rozkazaB starszy politruk. Amunicyjny wyrwaB si z transu i zaczB
potrzsa swym towarzyszem, ale ten patrzyB przed siebie niewidzcymi oczami. SzeptaB jakie[
modlitwy.
Wiernutin doskoczyB i odepchnB celowniczego od karabinu. ZajB jego miejsce i pu[ciB krtk
seri. yle, za wysoko, odwykB, job jego ma! Dopiero nastpna seria powstrzymaBa atakujcych.
ZwolniB spust i ponad dymic jeszcze luf patrzyB, czy kolejni GiermaDcy poderw si z ziemi.
Ale gdy umilkB cekaem, znw nastaBa cisza przerywana tylko modlitwami celowniczego. Politruk
signB po opuszczony rewolwer i wypaliB |oBnierzowi w gBow.
 Ty te| co[ dziwnego widziaB?  zapytaB amunicyjnego.
{oBnierz nie odpowiedziaB, ale pokazaB rk. AnioBy dalej wisiaBy w powietrzu. Ich dowdca
zamierzaB si mieczem na cekaem i starszego politruka, a jego usta powtarzaBy jakie[ bezgBo[ne
rozkazy. Wiernutin odwrciB si znw do soBdata. TrzasnB go w pysk lew rk i kolb nagana w
heBm.
 Ja niczego nie wi|u i ty niczego nie widziaB, job twoju ma! PoniaB?
 Da, toczno, towariszcz kapitan!  wrzasnB amunicyjny, dalej wpatrujc si w biaBe postaci
na obBoku.
 Za mn!  Politruk wcisnB mu do gar[ci pepesz i razem wyszli z okopu.
*
Gustav nawet nie zauwa|yB, kiedy Mathias i kilkunastu innych ruszyBo do ataku. Reszta plutonu
podobnie jak on zastygBa na kolanach, wyznajc winy i szepczc prawie zapomniane modlitwy.
Glaubner spowiadaB si Bogu najpierw ze wszystkich zabitych m|czyzn, kobiet i dzieci. Kiedy
przeszedB ju| do grzechu nieczysto[ci, nagle wyrsB przed nim sowiecki oficer bez czapki, caBy
oblepiony czarnym bBotem, spod ktrego [wieciB tylko niby zBe oko order Czerwonej Gwiazdy.
Gustav usByszaB szybk, krtk seri i ktem oka zobaczyB, jak jego koledzy padaj martwi na
ziemi. Wtedy poczuB woD siarki i oficer wypaliB mu prosto w twarz.
Wiernutin poczekaB chwil, a| amunicyjnemu skoDczy si bben pepeszy. Wtedy spokojnie
podszedB i strzeliB soBdatowi w tyB gBowy. Kilka suchych trzaskw nagana odezwaBo si jeszcze,
kiedy wrciB do okopw. Dopiero potem starszy politruk znw spojrzaB na anioBw. CaBy czas
wskazywali mieczami wschd, ale nie mieli ju| |adnych [wiadkw, wic zgodnie z dialektyk 
nie istnieli.
Szymon Kazimierski
ONDERFHRER
Szymon Kazimierski urodzony 10 lipca 1942 roku. Lekarz i oficer. Zodiakalny Rak, ale jego
charakter jest totalnym zaprzeczeniem cech charakteru ludzi spod znaku Raka. W roku 1979 na
Uniwersytecie Warszawskim zdaje egzamin ze znajomo[ci jzyka arabskiego i wyje|d|a na
kilkuletni pobyt do Afryki PBnocnej i Zrodkowej. Egipt, Sudan, Czad, Pustynia Libijska i libijskie
Tobruk i Benghazi. W roku 1987 jest uczestnikiem dramatycznego seansu hipnozy
reinkarnacyjnej, a pzniejsze postpowanie sprawdzajce potwierdza niesamowite informacje
uzyskane podczas seansu. Bardzo silnie wpBywa to na jego dalsze |ycie. Hobby: dalekie, samotne
wyprawy motocyklowe, strzelanie z broni sportowej.
Nigdy przedtem nie miaBem takich problemw. Nigdy przedtem nie zdarzyBo mi si siedzie nad
niezapisan kartk z gBow peBn rojcych si pomysBw, bdc jednocze[nie zupeBnie niezdolnym
do przelania ich na papier w jakim[ sensownym porzdku.
Chc wierzy, |e powd tego stanu ducha mo|e by tylko jeden: po[piech. Za szybko chc
opisa to, co si nam przydarzyBo przed kilkoma zaledwie tygodniami. Jestem zbyt niecierpliwy.
Temat jeszcze si nie uBo|yB. Siedz teraz i gapi si przez okno na zasypan [niegiem ulic. My[li
wracaj uporczywie do tego zimnego, mokrego, troch strasznego i kompletnie pustego lasu.
Czy wszystko ju| zamarzBo? Czy nie pozostawili[my po sobie jakiego[ [ladu? Czy nikt nie
domy[li si, |e to nasza robota? A mo|e kto[ jednak nas podgldaB?
MaBo to prawdopodobne. Stryj twierdziB, |e wykluczone. WBadek sprawdzaB ka|dego dnia rano,
czy kto nie krciB si w tamtej okolicy. WychodziBo na to, |e faktycznie nie. Stryj mwiB, |e nie ma
powodw do obaw, znaB WBadka od urodzenia i byB pewien, |e ten wypatrzy i wytropi wszystko.
Nawet miejsce, gdzie przed dwoma tygodniami odlaB si zajc. A je[li WBadek tym razem jednak
co[ przegapiB?
Dziwni faceci ten WBadek ze stryjem. Na pierwszy rzut oka wydawali si caBkiem przecitni, ale
pzniej & Byli jakby obcy. CaBkiem z innej planety, jak to mwi. Midzy sob rozumieli si bez
sBw, innym stwarzali zawsze jaki[, choby tylko maleDki, dystans.
Kamraci. Zawodowi |oBnierze po[rd cywili.
Urodzili si po ssiedzku. Przez pBot. W samym [rodku wojny. Do tego stryjek byB starszy od
WBadka o rok, miesic, tydzieD i jeden dzieD.
Czy| mo|liwe s a| takie przypadki?
Znw wracam my[lami do tamtego miejsca. Wszystko ju| pewnie przysypaB [nieg, a tam, na
pBnocy, le|y go dobre pB metra. Czemu wic boj si o tym pisa? Nie czarujmy si. Po prostu si
boj.
A jednocze[nie co[ mnie korci, by sprbowa, |eby jak najdokBadniej opisa wszystko, co si
wydarzyBo.
Mo|e zamiast w nieskoDczono[ dobiera odpowiednie sBowa powinienem przytoczy relacj
stryja. To, co powiedziaB mi przed wypraw do tuneli. Mo|e wtedy Batwiej mi bdzie opisa swoje
wBasne wra|enia, wszystko to, co miaBo miejsce w trakcie wyprawy.
Kiedy si to zaczBo? Chyba od telefonu stryja. MwiB, |e trafiB na bomb .
Bomba? Tak! Nawet nie atomowa.  Wodorowa!
Po moim przyjezdzie przegadali[my pB nocy. OpowiedziaB mi o swoim odkryciu i nie tylko o
nim.
*
Wiesz, kto to jest, a [ci[lej, kto to byB
Sonderfhrer?
Nie dziwi si, |e nie wiesz. Tego
wBa[ciwie nie wie nikt. Nawet Niemcy nie wiedzieli. Ja przynajmniej spotykaBem tylko takich,
ktrzy nie wiedzieli. A w samym sBowie
Sonderfhrer
jest co[ niesamowitego.
Sonder
 to po
niemiecku specjalny, nadzwyczajny.
Fhrer
 to chyba wiadomo ka|demu. Wdz, ale te|
dowdca, kierownik.
Fhrerem
byB Adolf Hitler. Prawie wszystkie stopnie w SS miaBy koDcwk
 fhrer.
Tak si to ludziom kojarzy. PoBcz teraz jedno z drugim. Wyjdzie ci nadzwyczajny
Fhrer! ,
Specjalny
Fhrer! ,
Oho ho! Ten to dopiero musi by
Fhrer!!! .
Tak to ka|dy
odbiera.
W rzeczywisto[ci
Sonderfhrer
to nie byB stopieD wojskowy. No i nie oznaczaB dowdcy o
nadzwyczajnych uprawnieniach, ale kogo[, kto dostawaB uprawnienia do stopnia oficerskiego, bo
powody, dla ktrych znalazB si w armii, byBy nadzwyczajne.
Rwno trzymaj, Staszek.
I & Trzy & No, gotowe. Ty odniesiesz pieniek i siekier, a za to przynie[ widBy i Bopat. Nie
bdziemy go ani cign za grk, ani ku ziemi. Pod jabBonk mamy taki niedu|y dB po wapnie,
peBen gnoju, co go na wiosn miaBem pod ziemniaki da. Gnj tylko z wierzchu pewnie przymarzB.
Niemca si wrzuci do doBu i gnojem przysypie. Akurat si do tego doBka zmie[ci, bo jak mu te nogi
obciBem, to mocno skrtB. A na wiosn, jak ziemia odmarznie, to si tam wyrwna.
 No widzisz, Szwab, zmdrzaBe[, kasz |e[ ze|arB &
 Czemu Szwab, tato?
 A, tak bdzie miaB na imi, co za r|nica.
No, dBugo nam zeszBo, matka ju| poszBa spa. W piecu przygasBo, ale obiad czeka, jeszcze
ciepBy, blacha te| rozgrzana. Buty si tu postawi, to odmarzn. Na wszelki wypadek mo|na by
troch drzewa dorzuci. Nie wiem, czy si rozpali. Mo|e tymi papierami podBo|. T legitymacj
to dam soBtysowi, ale reszta papierw, listy, zdjcia, to mi niepotrzebne. O, tu[ jest, jak ci to byBo &
Ginter, z matk, ojcem i chyba bratem, takim jak mj Staszek. Na co ci to przyszBo &
 Staszek, pjdziesz do soBtysa. Zanie[ mu karabin, t blaszk i papiery. Tylko nie zgub. Jakby
si soBtys pytaB, gdzie my go zakopali, to nie mw. Powiedz, |e nie wiesz, |e ja sam zakopywaBem.
Jak chce, to niech przyjdzie si zapyta. I tak mu si nie bdzie chciaBo. No, idz ju|.
O, jak si Badnie rozpaliBo. {eby mi si tylko buty nie przypaliBy, bo co[ [mierdzi. Mo|e ju|
pu[ciBy? Mo|na by od razu przymierzy. Rzeczywi[cie, pu[ciBy. Do sieni trzeba wyj[. Mo|e
rkawice wBo|. Jakby to wycign? Jedna poszBa, teraz drug &
 Staszek, przytrzymaj, nie tak, za pit, o, dobrze, idzie, ju| jest nasz. Wez, Staszek, te nogi i
wrzu tam, gdzie wiesz &
 Ale noc, ju| ciemno, tato, mrz, tyle co od soBtysa wrciBem.
 Bierz, bierz. Jak si matka rano obudzi i te nogi w sieni znajdzie, to nas tak prze[wieci, |e
lepiej zanie[ to od razu do sadu.
*
Jaki[ samochd zajechaB. Nikt z rodziny, bo takiego to |aden nie ma. Rejestracja te| nie nasza
ani ludzi nie znam. Mo|e nie do mnie? Aadna ta dziewczyna, czarna, szczuplutka. O, jakbym tak
byB ze czterdzie[ci lat mBodszy &
 DzieD dobry. Czy pan Stach?
 Tak. StanisBaw Stach. O co chodzi?
 Ja jestem z Olkusza, ze Stowarzyszenia Miast Partnerskich, mo|e pan czytaB o nas w
gazecie &
 Nie.
 My mamy miasto partnerskie w Niemczech: Schwalbach koBo Frankfurtu, i pan Kurt, ktry
jest tu ze mn, przyjechaB wBa[nie stamtd. Jego starszy brat w czasie wojny sBu|yB tu w naszej
okolicy. ByB |oBnierzem. A szukamy pana Jzefa Stacha.
 To mj ojciec byB Jzef, ale i tak wszyscy mwili na niego Stach. Takie ju| mamy nazwisko,
co to mo|e by i imieniem.
Tamten zaszwargotaB co[. Dziewczyna zaczBa tBumaczy:
 To taki niesamowity zbieg okoliczno[ci. Pan Kurt przypadkiem si dowiedziaB, |e Olkusz w
czasie wojny byB wBczony do Rzeszy i nazywaB si Ilkenau. A jego brat wBa[nie tu przez cztery
lata caB wojn sBu|yB. ZginB w styczniu czterdziestego pitego. Pan Kurt mwi, |e brat nawet nie
byB |oBnierzem. ByB w stra|y ochrony kolei. Nie byB |adnym zbrodniarzem wojennym.
Niemiec wyjB fotografi.
 To jest zdjcie jego brata. Mo|e pan go poznaje?
 A skd miaBbym go zna? Jak si wojna skoDczyBa, miaBem dwana[cie lat. Sam niewiele
pamitam.
 Przyszli[my do pana, bo ten adres i nazwisko jest zapisane w dokumentacji jako osoby, ktra
pochowaBa jego brata.
 No, to nie ja, mwiBem ju|, |e miaBem tylko dwana[cie lat.
 To mo|e paDski ojciec albo dziadek.
 Ojciec mi opowiadaB, |e po wyzwoleniu chowali zabitych Niemcw &
 A gdzie?
No akurat, ju| wam powiem. A na zdjciu jest ten Ginter. Nie poznaBbym go, ale zdjcie sobie
zrobiB ze swoim psem. Szwab zdechB z dziesi lat po wojnie, sam go zakopaBem, tam gdzie i jego
pana. Tylko pBycej. Jak spojrzaBem na to zdjcie, to od razu ujrzaBem i jego szkliste oczy, i te bByski
ostrza opadajcej siekiery. I jeszcze lanie od ojca dostaBem. Za te obcite nogi, co je miaBem do
doBu pod jabBonk rzuci. ByBo mi zimno i doszedBem z nimi tylko do stodoBy, rzuciBem je
Szwabowi, bo chocia| kasz z mlekiem zjadB, to skamlaB z gBodu. Rano ojciec zastaB go przy
ogryzaniu ko[ci. I tym pasem, co go zdjB z Gintera, z klamr Gott mit uns , przylaB mi zdrowo.
 Wie pani co? Gdzie ich pochowali, to nie pamitam, to ju| tyle lat.
Dobry byB pies z tego Szwaba. Tyle lat byB z nami, chocia| na BaDcuchu przy budzie. W butach
te| ojciec Badnych par zim przechodziB. OddaBem zdjcie.
 Tak, teraz sobie przypominam. ByB tu taki |oBnierz z psem. Ale wydaje mi si, jak tak patrz
na to zdjcie, |e tamten byB jakby chyba troch ni|szy.
PaweB Siedlar
IURKO Z KAUKASKIEGO ORZECHA
PaweB Siedlar urodzony w 1953 roku w Krakowie, gdzie spdziB te| dzieciDstwo. DorastaB na
Podhalu. W mBodo[ci byB skrzypkiem, malarzem, robotnikiem budowlanym i drogowym,
stra|nikiem przyrody, trocinkarzem, Badowaczem wagonw towarowych. Od ponad dwudziestu lat
mieszka w Warszawie. Pracuje na lotnisku midzynarodowym Okcie. {onaty, ma dwch synw.
Jego opowiadania drukowane byBy dotychczas w Feniksie  i Fantastyce . W roku 2002 w
Fabryce SBw  ukazaBa si jego powie[ grozy pt.
Czekajc w ciemno[ci.
Jako dziecko lubiBem niepostrze|enie wymyka si z domu. MogBem potem bez koDca
wdrowa ulicami, zagldajc w ka|dy kt, w ka|d dziur. Ciemne bramy wabiBy obietnic
nieznanego: ciasne, brudne podwrka z buszujcymi po [mietnikach kotami ciekawiBy, mroczne
studnie piwnic o zapachu ple[ni kusiBy, budzc w mBodym umy[le nieznane skojarzenia. Tak byBo,
odkd pamitam.
Z czasem poznaBem dokBadnie wszystkie zauBki i zakamarki Starego Miasta. Moi koledzy kopali
piBk albo zo[k  na Placu Biskupim, bawili si w Indian na Plantach, podczas gdy ja badaBem
swe otoczenie dokBadnie i systematycznie, nie bardzo zdajc sobie spraw z tego, |e wci|
rozszerzam zasig swych wypraw, cigle poznaj co[ nowego. To byBo ciekawsze ni| wszystkie
piBki i zo[ki  na [wiecie. To byBo ciekawsze ni| udawanie czerwonoskrych kryjcych si w[rd
rachitycznych krzaczkw. To byBo prawdziwe. Mej wyobrazni nigdy nie poruszaB cherlawy
blondynek Faryna ka|cy si tytuBowa Wielkim Wodzem . Za[ maBy, piegowaty Szafran w roli,
dajmy na to, Sokolego Oka wydawaB mi si tylko [mieszny i prawd powiedziawszy  do[ gBupi.
A stary Krakw, jego podszewka, jego kuchnia, byBy ciekawe i niezmienne.
Najdalsz granic mych wdrwek dBugo stanowiB Wawel i poBo|one przy Stradomiu kino
Warszawa . Pewnego dnia poszedBem dalej ni| zwykle, przeciBem Planty Dietlowskie i
zagBbiBem si w nieznan dotd dzielnic. MaszerowaBem kawaBek ulic Krakowsk, ale nie
wydawaBa mi si interesujca. SkrciBem wic w lewo. Rozgldajc si uwa|nie, szedBem przed
siebie. MinBem jaki[ warsztat z odrapanym szyldem. Wiele witryn tutaj pozabijanych byBo na
gBucho deskami, a te, ktrych nie zasBonito, czsto miaBy powybijane szyby. OtaczaBy mnie domy
pokryte liszajami odpadajcych tynkw. Z bram ciemniejszych i  jak mi si wydawaBo 
gBbszych nawet ni| na JagielloDskiej, Poselskiej czy Brackiej dobiegaB dziwny, przenikajcy
wszystko zapach. Stary Krakw, ten, ktry znaBem dotychczas, byB brudny, zaniedbany, ale tu
sprawy przedstawiaBy si znacznie gorzej. Tu zaniedbanie i brud byBy bardziej gruntowne,
zakorzenione z dawna, wrosBe w domy i ulice. Gdzieniegdzie poniewieraBy si [mieci i gruz,
ktrych najwyrazniej nikt nie miaB zamiaru sprzta.
Meiselsa, Izaaka, Kupa, czytaBem nazwy mijanych ulic. Na jednym z domw widniaB jaki[
napis. Dziwne, jednocze[nie zawiBe i proste litery wymalowane czarn farb na sparszywiaBym,
ongi[ zapewne |Btym tynku co[ mi przypominaBy. Gdzie[ ju| widziaBem takie napisy, podobne
litery. Gdzie to byBo, gdzie to byBo?  zastanawiaBem si. ZajrzaBem do jednej z bram. ZmierdziaBo
w niej kotami, moczem i czym[ jeszcze. ChciaBem wej[ dalej, zbada podwrko, swoim starym
zwyczajem zerkn do piwnic, ale nagle przestraszyBem si czego[. StaBem sam w pustej sieni.
ByBo mi mdBo, duszno, wstrtnie. PanowaBa cisza. Nagle gdzie[ wy|ej, chyba na pierwszym
pitrze, trzasnBy drzwi. ZaskrzypiaBy drewniane, czarne od brudu i jakby poobgryzane schody.
Wci| staBem bez ruchu, cho bardzo chciaBem wyj[ z tej bramy. Uciec. Kroki po schodach
zbli|aBy si. Z mrocznej czelu[ci klatki schodowej wynurzyB si m|czyzna. ZobaczyB mnie i
zatrzymaB si zaskoczony. Przez chwil przygldali[my si sobie.
 Czego tu, gwniarzu?  wychrypiaB wreszcie, [mierdziaB jak ta brama, jak ta ulica. ByB
nieogolony, wstrtny, ndznie ubrany.
 Czego tu?  powtrzyB i postpiB krok ku mnie.
 Czy tu mieszka pan StanisBawski?  spytaBem grzecznie.
 Mo|e mieszka, mo|e nie. Co ci do tego?
 Nic. Mam co[ dla niego.
 A co?  Znw zrobiB krok do przodu, zachodzc mnie z lewej strony.
 UmarB mu wujek i wBa[nie mnie przysBali, |ebym zawiadomiB.
 Wujek powiadasz? UmarB?  Ju| staB w przej[ciu, blokujc mi odwrt.
 Tak. Wujek. Je[li zna pan pana StanisBawskiego, to niech pan mu o tym powie. Ju| on bdzie
wiedziaB, co dalej robi. Ja musz i[. Nie wie pan, ktra mo|e by godzina?
 WpB do dupy za dwa jaja  zarechotaB.  Nie masz zegarka? Taki Badny, cacany chBopta[
i bez zegarka?
 Nie mam.
 A znasz bajk o fokach?
 Nie znam.
 To spierdalaj w podskokach. Bo ci si jeszcze co przytrafi. Tu nie mieszka |aden
StanisBawski.  Niechtnie zrobiB mi przej[cie.
Na ulicy odetchnBem z ulg. Jak tu dziwnie, my[laBem. Wszystko jest dziwne. Ten czBowiek te|
byB dziwny. Jeszcze takiego nie spotkaBem. A wiedziaBem ju| nawet, co to pijak, a nawet (ku
zgrozie babci)  zboczeniec. Pijakiem byB stary zdun z ulicy Kurniki, ktry czasem przychodziB
do babci po zaliczk. Babcia mwiBa do niego panie wariatuDcio , a on do babci szanowna pani
administrator  albo pani dyrektorowa .
ZboczeDcem byB ten starszy pan, ktry rozpinaB sobie spodnie przy ludziach. Raz go pani
Gienia, sBu|ca paDstwa Kardysiw, zauwa|yBa w naszej bramie i zaraz przybiegBa do babci. Potem
razem go wypdziBy na ulic w tych rozpitych spodniach i gnaBy dobry kawaBek drogi. Bo on
chciaB pani Gieni nastraszy, ale mu nie wyszBo. A jak go ju| przepdziBy na dobre, to pani
Gienia powiedziaBa zdyszanym gBosem: zboczeniec . Na to babcia krzyknBa: nie przy dziecku .
Ale to byBo do[ dawno temu. Chyba w zeszBym roku.
A ten czBowiek z brudnej bramy [mierdziaB jak pijak, ale nie beBkotaB i nie [liniB si jak
WariatuDcio, no i mwiB raczej do rzeczy. Tylko miaB w oczach co[ takiego, czego WariatuDcio nie
miewaB i nie mgBby mie, nawet jakby si bardzo postaraB. ZboczeDcem te| nie byB, chocia|
wygldaB podobnie, bo miaB rozpite spodnie. Jego nie udaBoby si wyrzuci na ulic. Nawet babci.
Zastanawiajc si, co mo|e oznacza sBowo spierdalaj  , nawet nie zauwa|yBem, kiedy
wydostaBem si na rozlegB przestrzeD.
 Szeroka  przeczytaBem napis na tabliczce. Rzeczywi[cie szeroka, pomy[laBem. Zaraz dalej
byBa Miodowa. Z nastpnej, Starowi[lnej, dobiegaB szczk tramwaju.
Ach, wic tu jestem, ucieszyBem si. Po lewej stronie, ze dwa przystanki dalej, powinno by
skrzy|owanie. Tamtdy jezdziBem na By|wy. Niedaleko byBo sztuczne lodowisko Olsza .
PoczuBem si zupeBnie pewnie.
Wrc tramwajem, postanowiBem. MiaBem przy sobie trzy zBote, prawdziw fortun.
Wystarczy jeszcze na oran|ad i kokoska .
Tu| obok nas, na DBugiej, byB sklep U Jacka , gdzie sprzedawano oran|ad, sBodycze, drewno
w wizkach na podpaBk i wiele innych rzeczy. Szwarc, mydBo, powidBo , mawiaBa babcia.
WstpowaBem tam tak czsto, jak tylko udaBo mi si zwdzi zBotwk, a jeszcze lepiej dwie. Ale
musiaBem podbiera ostro|nie i nigdy nie za du|o na raz, bo babcia byBa czujna. Zreszt czasem
sama dawaBa mi drobne.
WsiadBem w sidemk  i z gBow peBn bBogich my[li o czekajcych na mnie delicjach
pojechaBem do domu.
Babcia natychmiast zapdziBa mnie do skrzypiec.
 C| to za dziecko?  wydziwiaBa.  Nie byBo ci od poBudnia. Ju| milicj miaBam wzywa.
Codziennie przez dwie godziny musiaBem rzpoli kawaBki, urozmaicajc je od czasu do czasu
wBasnymi wariacjami o tematyce podhalaDskiej. GraBem niezle.
Raz nawet wystpowaBem we Floriance  na popisie uczniw szkB muzycznych. LubiBem gra.
Nie lubiBem tylko wiczy. Menuety, gawoty i im podobne idiotyzmy wychodziBy mi czysto, lecz
bezdusznie. Ich cigBe powtarzanie doprowadzaBo mnie do szaBu. Na szcz[cie babci byBo wszystko
jedno, co gram, bo nie znaBa si ani na muzyce, ani tym bardziej na zapisie nutowym. Nie miaBa
wic jak mnie kontrolowa. ByBem graB. No to graBem. Tylko |e coraz rzadziej zwracaBem uwag
na pulpit z rozBo|onymi nutami.
Dzi[ miaBo by podobnie. Po kilku taktach beznadziejnej KoBysanki , ktr miaBem w maBym
palcu i odbbniaBem tylko dla porzdku, zaczBem gra naprawd.
To byBo to. Skrzypce przestaBy by martwym kawaBkiem drewna. O|yBy. Spod palcw
wypBywaBa mi melodia mikka i nieuchwytna, delikatna i subtelna, zarazem peBna jakiej[ dziwnej
mocy. ByBa inna od wszystkiego, co dane mi byBo sBysze i gra dotychczas. Nie miaBa nic
wsplnego z gralskimi nutkami, ktre z upodobaniem wplataBem w grzeczne kompozycje dla
dzieci. ZatraciBem si w tej melodii, zasBuchaBem, grajc wci| od nowa, stale zmieniajc jej zawiB
lini, przeskakujc od najni|szych do najwy|szych tonw wariackimi glissandami, ktrych nikt
mnie nigdy nie uczyB.
 Co to jest?  W drzwiach ukazaBa si zdumiona twarz babci.
 Och, nic  odparBem niezbyt przytomnie.  Tak sobie gram.
 Czy to masz aby na pewno zadane?
 Nnnieee  przyznaBem z ociganiem.  To kompozycja dla starszych rocznikw.
SByszaBem, jak co[ podobnego grali kiedy[ Kaja i Skowron  skBamaBem.  WBa[nie prbuj j
sobie przypomnie.
 Kaja, Skowron  powtrzyBa babcia z rozmarzeniem. Moi koledzy byli dla niej
niedo[cignionymi mistrzami i stawiaBa mi ich za wzr do na[ladowania.
 Bierzesz dobry przykBad  pochwaliBa.  Bd z ciebie ludzie. To, co graBe[, byBo
przepeBnione uczuciem. Nie wiedziaBam, |e tak potrafisz.
ZaskoczyBa mnie bardzo, gdy|  jak wspomniaBem  nie miaBa zbyt dobrego sBuchu ani
rozeznania w muzyce. Poza tym nigdy nie byBa skBonna do udzielania pochwaB.
 WkBadaBe[ w to dusz  zachwycaBa si.  To dobrze, to bardzo dobrze. SkoDcz ju| i
przyjdz na kolacj.
 Ju|?  wyrwaBo mi si niebacznie.
 Grasz bite trzy godziny bez przerwy  wyja[niBa i spojrzaBa na mnie z dum.
Niechtnie odBo|yBem skrzypce. WpasowaBem je delikatnie w futeraB wy[cieBany bBkitnym
pluszem. Po raz pierwszy zauwa|yBem, |e s pikne. Mikk szmatk oczy[ciBem gryf z osadu
kalafonii. Nigdy wcze[niej nie robiBem tego bez przypominania. ZamknBem wieko i pogBadziBem
je czule, nieoczekiwanie dla samego siebie. To nie byBo do mnie podobne. Zbyt wiele razy miaBem
ochot rzuci o ziemi czarnym pudBem zawierajcym narzdzie tortur i zBodzieja czasu, ktry
mo|na byBo wykorzysta du|o przyjemniej. A dzi[ &?
Na kolacj byBy placki ziemniaczane.
 Babciu, gdzie jest ulica Kupa?  spytaBem midzy jednym ksem a drugim.
 Kupa?
 No, Kupa, Meiselsa?
 Na Kazimierzu. Dlaczego pytasz?
 Gdzie[ sByszaBem.  AyknBem herbaty, by spBuka kBamstwo i odwrci uwag babci.
Fortel si udaB.
 Nie mw z peBnymi ustami. Cigle trzeba ci upomina.
 Kazimierz, Kazimierz  medytowaBem.  Trzeba tam bdzie jeszcze wrci.
Babcia sprawiaBa wra|enie cokolwiek nieobecnej my[lami. Nagle spojrzaBa bystro.
 ChodziBe[ tam?  zapytaBa.
 Tak  odpowiedziaBem. Upieranie si przy kBamstwie mogBo si okaza ryzykowne.
Prze[widrowaBaby mnie na wylot tymi swoimi czarnymi oczyskami, gdyby faktycznie zechciaBa
wzi na spytki. Lepiej si byBo przyzna od razu.
 Nie chodz tam nigdy wicej  przykazaBa.  To wstrtna dzielnica.
Domy[liBem si, |e gdybym spytaB, co znaczy sBowo spierdalaj , te| nie byBaby zachwycona.
 PomyliBem tramwaj i to dlatego. TrafiBem tam przypadkiem. Zreszt nie widziaBem nic
wstrtnego. ByBem tylko z brzegu, przy Krakowskiej  uspokajaBem.
 Przy Krakowskiej nie ma ulicy Kupa. Jest tylko Meiselsa. Mnie nie oszukasz. Po co[ tam
lazB?
 Nie lazBem. Samo mi si poszBo. ByBem ciekaw, co jest dalej, i to dlatego, babciu.
 To nie jest miejsce dla chBopcw z dobrego domu. Tam nie ma nic dla ciebie  przerwaBa mi
niecierpliwie.  Nie chodz tam nigdy wicej!  powtrzyBa z moc.
 Ale dlaczego? Dlaczego, babciu?
 To zBa dzielnica. ZBa i wstrtna. Tam mieszkaj bardzo zli ludzie. GBwnie
lumpenproletariat, bandyci, zBodzieje, prosty & tego, ten, hm, hm  chrzknBa i zmieniBa temat.
 Przed wojn mieszkali tam przede wszystkim {ydzi. Raczej ci biedniejsi. Bogatsi, lekarze,
adwokaci, powyprowadzali si do lepszych dzielnic. ZostaBa biedota. Podczas wojny Niemcy
zrobili getto niedaleko stamtd, na Podgrzu. Spdzili wszystkich {ydw z Kazimierza i z caBego
Krakowa i zabronili im wychodzi poza obrb murw. A potem ich wymordowali albo powywozili
do obozw koncentracyjnych, co omal na jedno wychodzi. Niemcy nienawidzili {ydw 
wyja[niBa.
 Wywozili ich do O[wicimia?
 Do O[wicimia te|. Skd wiesz?
 CzytaBem tak ksi|k. Za drutami [mierci   wyznaBem. Nie wolno mi byBo czyta tej
ksi|ki. Pewnie dlatego poBknBem j bByskawicznie od deski do deski. Le|aBa w szafie u babci i
nie byBa gruba.
 No to ju| znasz te wszystkie okropno[ci  westchnBa. BaBem si, |e mnie skrzyczy, ale nie
uczyniBa tego.
 Wyobraz sobie tak mas ludzi stBoczon na maBej przestrzeni. I ten gBd. I ten brud. I te
choroby. W czasie okupacji nikomu nie byBo lekko, ale to, co si dziaBo tam, za murami, przekracza
ludzkie pojcie. To zrobili Niemcy. Podobno cywilizowany, kulturalny nard. Nard, ktry wydaB
Bacha, Beethovena, Schillera oraz wielu, wielu znakomitych artystw i uczonych. HaDba! 
krzyknBa cienko.
 A dlaczego Niemcy nienawidzili {ydw?  dociekaBem.
 Nie wiem, jak ci to wytBumaczy.  Zamy[liBa si.  Przyjmijmy na razie, |e za odmienny
wygld i obyczaje.
 Jak to?
 {ydzi inaczej wygldali, inaczej si ubierali, inaczej mwili. Nosili brody i pejsy, takie
dBugie spr|ynki z wBosw po obu stronach gBowy, o, tu, z boku. Ubierali si w czarne chaBaty. Byli
bardzo zdolni i niezwykle sprytni w wielu dziedzinach. Na przykBad w handlu nie mieli sobie
rwnych. Mo|e dlatego bywali znienawidzeni?
 No ale dlaczego ja mam tam nie chodzi?  Nie dawaBem za wygran. Zawsze trudno mnie
byBo spBawi byle czym.
 Po wojnie na Kazimierz sprowadzono innych ludzi. Znaczn cz[ opustoszaBych,
pozostawionych przez {ydw domw zasiedlono rozmaitym elementem.
 Jakim elementem?
 Tak si czasem mwi na zBodziei i chuliganw.
 I prosty & tego & hm, hm  podpowiedziaBem. PopatrzyBa na mnie srogo, lecz nie
doszukaBa si drwiny w mym pytaniu.
 Och, idz ju|, idz. Masz pewnie jeszcze jakie[ lekcje do zrobienia?
 Nie  odpowiedziaBem.  Jeszcze sobie troch pogram.
 No to graj  udobruchaBa si.
ZagraBem wic i byBo mi smutno, ale i dobrze z tym smutkiem i z t muzyk. Spa poszedBem
pzno. Znili mi si Niemcy i {ydzi, i du|o, du|o twarzy, potem wielu ludzi bez twarzy, a potem
du|o ludzi z jedn twarz, stBoczonych w wskich uliczkach o zapachu brudu i ndzy. ZniBy mi si
te| nieczytelne litery na po|BkBej [cianie starej kamienicy. Ju|, ju| prawie wiedziaBem, co
oznaczaj, lecz one zniknBy. Na ich miejsce pojawiBa si mBoda kobieta wpatrujca si we mnie
uwa|nie. ByBa bardzo dziwna, u[miechaBa si do mnie albo zaraz miaBa si u[miechn, ale nie
zd|yBa, bo te| zniknBa, wtedy si obudziBem. Ta kobieta, ta dziewczyna, [niBa mi si pzniej
jeszcze wielokrotnie  zawsze tak samo. SprawiaBa wra|enie, |e chce si odezwa, co[ mi
powiedzie, u[miechaBa si do mnie i znikaBa. TskniBem za ni, ale baBem si tych snw, bo byBo w
nich co[, co miaBo dopiero nastpi, a czego przeczucie sprawiaBo, |e budziBem si z sercem w
gardle. Le|c na wznak, wpatrzony w mrok prosiBem dziewczyn, by wrciBa do mnie, powiedziaBa
wreszcie to, co ma do powiedzenia, i pozwoliBa mi do[ni moje sny do koDca.
W szkole przy pierwszej okazji spytaBem mego koleg Zbyszka Florkowa, co to s prosty &
tego, hm, hm. Zbyszek spytaB swego starszego brata SBawka, no i ju| wiedziaBem.
Mimo surowych zakazw babci nie zrezygnowaBem z wypraw na Kazimierz. Przy ka|dej
nadarzajcej si okazji gnaBem tam niecierpliwie, jak na spotkanie z kim[, na kim mi bardzo zale|y.
Gdy ju| znajdowaBem si po[rd tych zdewastowanych domw, po[rd brudnych uliczek,
usiBowaBem dociec, co przygnaBo mnie znw w to miejsce, ale nie potrafiBem znalez odpowiedzi.
WiedziaBem tylko, |e wrc tu i |e bd wracaB. Zawsze.
Kilka lat pzniej wyjechaBem. Przys